Dekada zaniechań rządu zamieniła prawo do mieszkania w luksus dla wybranych
Rząd ze zdziwieniem i „oburzeniem” przygląda się galopującym cenom nieruchomości, jakby były one wynikiem nieprzewidywalnej klęski żywiołowej, a nie bezpośrednim efektem lat systemowych zaniedbań. Najnowszy raport Daft.ie to nie tylko statystyka, bo bardziej akt oskarżenia przeciwko polityce, która zmusiła społeczeństwo do dopasowania się do braków lokalowych, zamiast do budowanych dla ludzi domów.
Kiedy ministerstwo lub rzecznik rządu wyrażają troskę o „przystępność cenową”, statystyki brutalnie weryfikują tę retorykę. Średnia cena ofertowa w kraju wzrosła o 5,5% w ciągu roku i np. w Dublinie, sercu irlandzkiej gospodarki, za dom trzeba zapłacić średnio 611 000 euro. To kwoty, które dla przeciętnego pracownika nie są już wyzwaniem finansowym, gdyż stały się barierą nie do przejścia. Autor raportu Ronan Lyons nie pozostawia złudzeń i mówi, że to dwunasty rok wzrostów z rzędu. Ceny są o 41% wyższe niż przed pandemią i niebezpiecznie zbliżają się do szczytu z czasów „Celtyckiego Tygrysa”. Różnica polega na tym, że obecny wzrost nie jest napędzany tanią akcją kredytową, lecz desperacją wynikającą z pustych placów budowy.
Natomiast rządowa strategia mieszkaniowa przypomina dzisiaj próbę ugaszenia pożaru szklanką wody, co obrazują dane, a te bezlitosne:
- Podaż vs. Potrzeby: Irlandia buduje obecnie 30-35 tys. mieszkań rocznie, jednak, aby zrównoważyć rynek, musimy tę liczbę podwoić.
- Zapaść rynku wtórnego: 1 grudnia na sprzedaż wystawionych było zaledwie 11 551 domów. To mniej niż połowa średniej z lat 2015–2019 (26 000).
- Regionalna katastrofa: Poza Dublinem sytuacja jest jeszcze gorsza, ponieważ podaż jest o 63% niższa niż pod koniec ubiegłej dekady. W regionie Connacht-Ulster ceny wystrzeliły o 11,6% tylko w ostatnim roku.
Najbardziej uderzającym wnioskiem z raportu jest postępująca segregacja społeczna. Dublin staje się enklawą dla „gospodarstw domowych o dwóch wysokich dochodach” oraz osób dziedziczących wielkie majątki. „Ludzie powinni mieć możliwość mieszkania blisko rodziny, przyjaciół i miejsca pracy. Nie powinno to być przywilejem tych w czołówce dochodów” – punktuje Ronan Lyons.
Dzisiejsza Irlandia wysyła więc jasny komunikat, głównie młodszym pokoleniom: jeśli nie zarabiasz znacznie powyżej średniej krajowej lub nie masz bogatych rodziców, nie masz czego szukać w stolicy. To przepis na społeczną i demograficzną katastrofę, która wkrótce odbije się na wydolności usług publicznych i kondycji miast.
Głosy opozycji, w tym rzecznika Sinn Féin ds. mieszkalnictwa Eoina Ó Broina stają się coraz głośniejsze i trudniejsze do zignorowania, choć słowa krytyki z tej strony płyną od lat. Zła ocena obecnej strategii rządu opiera się na prostym fakcie, że brakuje opcji socjalnych i komunalnych, które zdjęłyby presję z rynku komercyjnego. Rząd przez lata odsuwał się z roli głównego dewelopera i planisty, licząc, że „rynek sam się ureguluje”. Efekt? Rynek owszem dokonał tego, ale eliminując z gry wszystkich poza najbogatszymi. Jak zauważa Ó Broin, młodzi ludzie tracą wiarę w to, że kiedykolwiek założą własny dom we własnym kraju.
*
Najgorsze są jednak nasuwające się wnioski, bo aktualny stan rzeczy nie jest błędem w systemie – jest wynikiem systemu, który przez ponad dekadę przedkładał półśrodki nad realne inwestycje. Dopóki rząd nie przestanie „oburzać się” na statystyki, a właśnie to zrobił, i nie zacznie realnie podwajać liczby oddawanych mieszkań, raporty takie jak ten pochodzący z Daft.ie będą jedynie kroniką zapowiedzianej klęski. Czas skończyć z retoryką „spowolnienia inflacji” jako słów o sukcesie. Wzrost cen o 5,5% na rynku, który już dawno przekroczył granice absurdu, to nie jest dobra wiadomość. To kolejny gwóźdź do trumny marzeń o własnym domu dla tysięcy mieszkańców Zielonej Wyspy. Można tu jedynie przypomnieć rządowi, że młodzi ludzie, ale i ci, którzy kiedyś widzieli Irlandię, jako miejsce, gdzie da się żyć, coraz liczniejszą grupą mówią jej „żegnaj”.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Ernie Journeys on Unsplash
