Rada jednego człowieka. Projekt „pokoju” Trumpa spotyka się z globalną nieufnością
Zapowiadana i tworzona przez prezydenta USA Donalda Trumpa Rada Pokoju miała być nowym otwarciem w globalnej dyplomacji. W praktyce coraz częściej oceniana jest jako polityczna konstrukcja pozbawiona realnej legitymacji, budząca sprzeciw zarówno liberalnych elit, jak i konserwatywnej prawicy. Krytyka płynie z różnych stron świata, a wspólnym mianownikiem jest przekonanie, że inicjatywa bardziej przypomina narzędzie władzy niż mechanizm budowania pokoju.
Jedną z najmocniejszych ocen przedstawiła była już prezydent Republiki Irlandii Mary Robinson. W rozmowie na antenie RTÉ określiła Radę Pokoju jako „urojenie władzy” wytworzone przez „oszalałego na punkcie władzy” amerykańskiego prezydenta. Jej zdaniem Irlandia ani żaden inny „szanujący się kraj” nie powinien nawet rozważać przystąpienia do tego projektu. Robinson zwróciła uwagę, że w projekcie statutu nie ma nawet wzmianki o Strefie Gazy, czyli o konflikcie, który był pierwotnym pretekstem do powołania Rady, a realna władza wykonawcza skupiona jest w rękach jednej osoby.
Z dokumentów, do których dotarła agencja Reuters, wynika, że Donald Trump miałby zostać pierwszym przewodniczącym Rady, z wyjątkowo silną pozycją ustrojową. Chroniony byłby przed usunięciem ze stanowiska nawet w przypadku jednomyślnego głosowania w sprawie jego niezdolności do pełnienia funkcji, a dodatkowo sam wyznaczałby swojego następcę. Dla wielu obserwatorów to zapis bezprecedensowy, trudny do pogodzenia z zasadami międzynarodowego multilateralizmu.
Nieufność wobec projektu widać także w reakcjach sojuszników Stanów Zjednoczonych. Większość państw Zachodu odrzuciła zaproszenia do Rady, zwracając uwagę zarówno na kontrowersyjny skład, a obejmujący m.in. Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenkę, jak i na warunek stałego członkostwa, którym jest wpłata 1 miliarda dolarów. Krytycy podnoszą, że inicjatywa nie tylko pomija całe regiony świata, w tym Afrykę Subsaharyjską, ale także tworzy ekskluzywny klub, w którym „pokój” staje się towarem dostępnym dla najbogatszych i politycznie wygodnych.
Mary Robinson podkreśliła, że Rada nie jest alternatywą dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jej zdaniem ONZ wymaga reform, ale próba zastąpienia jej strukturą podporządkowaną jednemu państwu i jednemu liderowi jest drogą donikąd. W ostrych słowach oceniła również szerszy kontekst rządów Trumpa, mówiąc o „lawinie kłamstw” i elementach przypominających mechanizmy, które historycznie prowadziły do faszyzmu.
Sceptycyzm wobec Rady Pokoju nie jest jednak wyłącznie domeną liberalnej lewicy. W Polsce krytycznie odniósł się do niej także jeden z liderów Konfederacji Krzysztof Bosak, który stwierdził, że projekt „umrze śmiercią naturalną po zakończeniu kadencji Donalda Trumpa”. Ta wypowiedź dobrze oddaje ton części prawicowych komentarzy, ponieważ pokazuje wyraźnie brak wiary w trwałość inicjatywy i przekonanie, że jest ona ściśle związana z osobą obecnego prezydenta USA, a nie z długofalową wizją ładu międzynarodowego.
Rada Pokoju miała być symbolem nowego porządku. Na razie stała się symbolem podziałów i to nie tylko między państwami, ale także wewnątrz ideologicznych obozów. Krytykują ją zarówno byli prezydenci, jak i konserwatywni politycy, zarówno zwolennicy silnych instytucji międzynarodowych, jak i sceptycy globalnego zarządzania. W tym sensie projekt Trumpa osiągnął rzadką jedność: zjednoczył świat w nieufności.
Bogdan Feręc
Źr. Breaking News/TVN24
Fot. CC LSE Library
