O miękkiej tyranii, która scrolluje za nas
Sławomir Mrożek powiedział kiedyś, że „jutro to dziś, tyle że jutro” i właściwie na tym stwierdzeniu opiera się 99% algorytmów, które nas śledzą przez cały czas naszej obecności w internecie.
Nie budzimy się dziś w państwie policyjnym, nie słychać walenia buciorów na klatce schodowej, nikt nie puka o szóstej rano, nie ma cenzora, a jednak coś nad nami stoi. Coś liczy, porównuje, przewiduje i co najważniejsze, coś wie. Tyrania algorytmów nie ma twarzy kata, ona ma interfejs i to wystarcza. Jest też gładka, estetyczna, dopasowana do trybu nocnego i właśnie dlatego jest tak skuteczna.
Algorytm nie krzyczy, on szepcze delikatnie do naszych zmysłów, podsuwa, sugestia goni sugestię, a rekomendacja rekomendację. „Może to ci się spodoba”, „inni oglądali też”, „dla ciebie” to słowa klucze nowej epoki. Personalizacja brzmi jak wolność, a jest tylko jej karykaturą, bo tyrania algorytmów polega na tym, że odbiera nam decyzje, zanim zdążymy je w ogóle nazwać.
Media społecznościowe i platformy z filmami czy muzyką wiedzą o nas więcej niż my sami, ponieważ my siebie nie mierzymy. One tak. My pamiętamy wrażenia, one pamiętają dane. My myślimy, że coś lubimy, bo „tak czujemy”, a one wiedzą, że lubimy to przez dokładnie siedemnaście sekund dłużej niż alternatywę. Wiedzą, przy jakim refrenie podkręca nam się puls, przy jakim kadrze zatrzymujemy kciuk, przy jakiej porze dnia jesteśmy najbardziej podatni na nostalgię, gniew albo tanią nadzieję.
Algorytm jest cierpliwym psychologiem bez sumienia i nie pyta, dlaczego jesteś smutny. On sprawdza, co oglądasz, gdy jesteś smutny. A potem daje ci tego więcej, bo smutek zwiększa zaangażowanie. Gniew jeszcze bardziej. Strach to złoto. Radość jest natomiast przelotna, a neutralność, cóż bezużyteczna.
Tu nie chodzi o jakiś spisek w klasycznym jego sensie, nie ma tajnej rady, która postanowiła odebrać nam wolną wolę, więc to bardziej darwinizm kodu. Algorytmy optymalizuje się pod jeden wskaźnik: czas. Im dłużej zostaniesz, tym lepiej, ponieważ wszystko inne jest kosztem ubocznym. Prawda, dobro, rozwój, refleksja – to pojęcia analogowe, trudne do zmierzenia. Czas jest cyfrowy, czysty, bezdyskusyjny. Da się go policzyć. Dlatego platformy wiedzą o nas więcej niż my, bo one widzą wzory, a my widzimy wyjątki. My pamiętamy jedną noc, kiedy obejrzeliśmy ambitny dokument. One pamiętają setki wieczorów z klipami, które nie wnosiły nic, ale koiły nerwy. My opowiadamy sobie historię o tym, kim jesteśmy. One mają wykres.
Autonomiczna decyzja wymaga ciszy, wymaga myśli, momentu zawahania, nudy nawet, a algorytm… on nienawidzi nudy. Dlaczego? To proste, nuda to przerwa w konsumpcji. Dlatego jest wypełniana natychmiast. Kolejny film zaczyna się sam. Kolejna piosenka leci bez pytania. Kolejny post wskakuje pod palec. Ty już nie wybierasz, ty tylko ewentualnie przerywasz, ale i przerwanie wymaga wysiłku. A wysiłek przestał być dzisiaj modny.
Im dłużej żyjemy w tym środowisku, tym bardziej nasze wybory stają się reaktywne. Nie pytamy „czego chcę?”, tylko „co mi podano?”. To przesunięcie jest ciche, ale fundamentalne i z obywateli kultury stajemy się jej użytkownikami. Z ludzi decydujących – ludźmi przewidywalnymi, więc można dojść do wniosku, że przewidywalność to marzenie każdej władzy, nawet tej uśmiechającej się do ciebie i podsuwającej najlepsze kąski.
Tyrania algorytmów nie polega na zakazach. Polega na zawężaniu wyboru i, co też jest ważne, nie mówi „tego nie wolno”, tylko „to ci się nie spodoba”, bo skoro się nie spodoba, to po co próbować? W ten sposób nasz świat się kurczy, jest coraz mniejszy, coraz bardziej ograniczony, a to zaczyna wpływać na nasz sposób myślenia. Muzyka, która mogłaby nas zmienić, nie przebija się przez filtr. Film, który mógłby nas zaniepokoić, przegrywa z tym, który tylko potwierdzi to, co już wiemy. Algorytm kocha nasze poglądy, bo są stabilne, a stabilność to kolejny wskaźnik.
Jest w tym coś głęboko konserwatywnego, ale ironicznie, tylko dlatego, że algorytmy są tradycjonalistami. Nie lubią rewolucji, lubią nawyki, więc karmią nas przeszłymi wyborami, przebranymi za przyszłość. A człowiek? Człowiek miał zdolność zaskakiwania samego siebie. Miał, bo coraz rzadziej z niej korzysta, chociaż cały czas może.
W tej przepychance z algorytmami nie jesteśmy bezbronni, ale też nie jesteśmy niewinni, gdyż tyrania algorytmów cały czas działa, bo oddaliśmy jej ster z wygody, bo decyzja bywa irytująca, bo łatwiej dać się poprowadzić niż błądzić. Tyle że błądzenie było kiedyś warunkiem odkrycia, a dziś jest błędem systemu. Największym paradoksem jest natomiast to, że im więcej treści mamy do wyboru, tym mniej realnie wybieramy. Wolność bez kompetencji staje się iluzją, a kompetencją XXI wieku jest umiejętność wyłączenia automatycznego odtwarzania, tą jest umiejętność powiedzenia „stop” w świecie, który nie zna tego słowa.
Czy algorytm nie jest zły? Nie, on jest bezduszny, a bezduszność w połączeniu z władzą zawsze kończy się tym samym, redukcją do funkcji, a w tym przypadku chodzi o człowieka. Algorytmy sprowadzają nas do danych i do profilu. Jeśli jest jakaś nadzieja, że możemy to zmienić, to chyba tylko w odzyskaniu nieefektywności. W wyborach, które nie mają sensu z punktu widzenia maszyny, w kliknięciach wbrew rekomendacji i w ciszy, której algorytm nie umie przeliczyć i zinterpretować.
Tak na koniec tylko jedno, że wolna wola nie znika z hukiem. Ona zanika, kiedy zaczynamy poddawać się sugestii.
Bogdan Feręc
Photo by Markus Spiske on Unsplash
