Irlandia patrzy trzeźwo, gdy Bruksela gubi kompas. Nawet lojalni zaczynają się buntować
Irlandia długo była prymusem europejskiej klasy. Pilna, zdyscyplinowana, wierząca, że Bruksela, jak surowy, ale sprawiedliwy nauczyciel – wie lepiej. Ten mit właśnie pęka i to nie na marginesach debaty publicznej, lecz w samym sercu irlandzkiej polityki.
Polityka najgłośniejszego głosu zawsze wygrywa, a dziś w Irlandii ten głos coraz częściej brzmi krytycznie wobec Unii Europejskiej. Nie histerycznie, nie na transparentach z farby olejnej, lecz chłodno, z narastającą irytacją ludzi, którzy zaczynają liczyć koszty oraz zyski i odkrywają, że rachunek przestał się zgadzać.
Symboliczny był powrót Micheála Martina z misji polityczno-handlowej do Chin, bo w Pekinie czerwony dywan, uśmiechy, deklaracje współpracy, natomiast w Dublinie – cisza. Żadnej grupy posłów Fianna Fáil witających swojego lidera. I dobrze, bo trudno powiedzieć, czy w tej ciszy nie pobrzmiewałyby już płonące widły. Coraz wyraźniej bowiem widać pęknięcie między interesami Irlandii a kierunkiem, w którym Unią zarządza Bruksela pod wodzą Ursuli von der Leyen.
W kuluarach Fianna Fáil padają słowa, które jeszcze kilka lat temu brzmiałyby jak polityczne bluźnierstwo: „Jeśli nie zamierzamy traktować naszego członkostwa poważnie, to po prostu opuśćmy UE”. To nie jest oficjalny program, ale to sygnał, alarm i odgłos blachy wyginanej przez narastające napięcie. Nie chodzi o romantyczną wizję IREXIT-u ani o irlandzką wersję brytyjskiego chaosu. Chodzi o fundamentalne pytanie: co robi państwo członkowskie, gdy jego interesy zaczynają systemowo rozmijać się z interesami unijnego centrum decyzyjnego? Gdy wspólnota, która miała być narzędziem wzmacniania suwerenności, zaczyna być postrzegana jako aparat narzucania rozwiązań nieprzystających do lokalnej rzeczywistości?
Bruksela często mówi językiem wartości, ale działa językiem procedur i presji. Irlandia – kraj mały, ale gospodarczo sprytny i zbudowała swój sukces na elastyczności, otwartości handlowej oraz chłodnym pragmatyzmie. Tymczasem unijna polityka coraz częściej przypomina centralnie sterowaną maszynę, w której lokalne interesy są akceptowane tylko wtedy, gdy mieszczą się w ideologicznym szablonie.
Wątpliwe, by działania UE były celowo projektowane jako zaproszenie do IREXIT-u, bo Bruksela raczej nie zauważa, że sama produkuje polityczny smog, który dusi lojalność państw członkowskich, ale intencje nie zmieniają skutków. Nawet jeśli irlandzka krytyka pozostanie na poziomie retoryki, to fakt jej pojawienia się w głównym nurcie jest wydarzeniem przełomowym.
Irlandia nie krzyczy. Irlandia zaczyna mówić „sprawdzam”, a historia uczy, że gdy umiarkowani zaczynają zadawać radykalne pytania, to znaczy, że system ma poważny problem. Bruksela powinna to usłyszeć, zanim cisza na lotnisku w Dublinie stanie się nową normą europejskiej polityki.
*
Do tego można jeszcze dołączyć krytykę wobec wizyty premiera Martina w Chinach, a też płynącą z niektórych kół jego partii i polityczne puzzle zaczynają się układać w jedną całość, czyli mamy powrót do próby obalenia szefa ugrupowania, ale też wskazanie, że albo jesteśmy z Unią, albo sami nie wiemy, a jakim kierunku zdążamy.
Bogdan Feręc
Źr. Independnet, X
Fot. X
