Jaki może być ten rok?
Rok 2026 nie wejdzie na scenę przy dźwiękach Marsza Triumfalnego z opery Aida Giuseppe Verdiego – nawiasem mówiąc polecam do wysłuchania, bo raczej uchyli drzwi po cichu, jak ktoś, kto zna wagę chwili i nie ma już złudzeń, że kogokolwiek trzeba budzić. To będzie rok konsekwencji, a te są zawsze mniej medialne niż obietnice, za to znacznie bardziej odczuwalne w dotyku. Politycznie, gospodarczo i społecznie świat w 2026 roku nie będzie się przewracał do góry nogami. On chyba będzie się prostował po serii upadków, licząc siniaki i sprawdzając, które kości faktycznie pękły.
Polityka w 2026 roku stanie się sztuką zarządzania zmęczeniem. Zmęczeniem wojną, inflacją, niekończącymi się kampaniami wyborczymi i elitami, które mówią o wartościach, a negocjują wyłącznie interesy, zapominając przy tym o zwykłych ludziach. Demokracja nie umrze, bo jest zbyt użyteczna, ale straci resztki przyzwoitości, która przez lata znikała, by teraz być wyłącznie wspomnieniem. Głosowanie przestanie być świętem, stanie się obowiązkiem, czasami przykrym – bez dobrego wyboru, jak przegląd techniczny auta. Stany Zjednoczone wejdą w kolejny etap wewnętrznego klinczu, bogatsze o doświadczenia, ale uboższe o cierpliwość. Ich polityka zagraniczna będzie bardziej transakcyjna niż ideologiczna, natomiast Chiny w 2026 roku nie będą już nikogo przekonywać, że chcą współpracy. One będą ją warunkować. Spokojnie, metodycznie, z długą pamięcią i jeszcze dłuższą listą zależności gospodarczych. Rosja pozostanie państwem wojny, nawet jeśli na chwilę zapadnie cisza. Kraje, które się uczą, a może już poniekąd umieją, wciąż funkcjonować będą w permanentnym konflikcie, nie wracają łatwo do normalności. Wojna stanie się tam właśnie nie wydarzeniem, lecz klimatem.
Gospodarczo 2026 rok będzie w mojej ocenie momentem, w którym świat oficjalnie pogodzi się z tym, że dawna obietnica nieograniczonego wzrostu była bardziej mitem niż planem. PKB nadal będzie fetyszem, ale coraz bardziej przypominać będzie wydmuszkę zrobioną ze skorupki jajka. Wzrost przestanie oznaczać poprawę jakości życia. Ludzie będą zarabiać więcej, a jednocześnie czuć się ubożsi, bo koszty psychiczne, mieszkaniowe i zdrowotne będą rosły szybciej niż pensje. Inflacja nie zniknie, ona po prostu zmieni twarz. Z cen chleba przeniesie się do cen spokoju, a najdroższe stanie się poczucie bezpieczeństwa. Technologia, a zwłaszcza sztuczna inteligencja, przestanie być gadżetem i może zacząć jeszcze głębiej wchodzić w nasze życie, a tych, którzy nie umieją z niej w odpowiedni sposób korzystać, zdominuje i połknie, by następnie wypluć zużytego na marginesie społeczeństwa. AI lub po polsku SI w 2026 roku stanie się pewnego rodzaju strukturą, taką niewidzialną, wszechobecną, decydującą o tym, kto dostaje pracę, kredyt, uwagę i czas, choć nie dojdzie do buntu maszyn ani wielkiego ludystycznego powstania. Zamiast tego nastąpi cicha dewaluacja przeciętności. Świat zacznie premiować nielicznych, a reszcie zaproponuje adaptację.
Społecznie 2026 rok będzie pełen sprzeczności. Młodzi, którzy mieli burzyć system, zapragną stabilności. Starsi, którzy ją mieli, zaczną idealizować czasy, które w rzeczywistości były znacznie trudniejsze, niż pamiętają. Pokolenie Z okaże się zaskakująco zachowawcze i nie z miłości do tradycji, lecz z potrzeby porządku. Marzenia będą mniejsze, ale bardziej konkretne, czyli własne mieszkanie znów stanie się największą fantazją. Rewolucje nie znikną, choć raczej stracą dramaturgię, protesty będą przypominały rytuał, a nie zapowiedź zmiany, a jestem zdania, że najbardziej radykalnym gestem stanie się wycofanie, nieuczestniczenie, wylogowanie się z debaty, z rynku, z oczekiwań.
Przykre? Tak.
Wciąż teoretyzując, bo przecież pewności nie mam, Europa w 2026 roku przypominać będzie starą piwnicę, w której ktoś zatkał wentylację, czyli niby jest bezpiecznie, jest cicho, ale brakuje tlenu. Unia Europejska się nie rozpadnie, jeszcze nie teraz, bo nadal jest projektem zbyt użytecznym ekonomicznie, by go porzucić, ale coraz wyraźniej przypominać będzie imperium regulacji, a coraz mniej wspólnotę wyobraźni. Każdy problem będzie miał odpowiedź w postaci dyrektywy. Każdy kryzys zostanie obłożony procedurą, więc Europa będzie w pewien sposób stabilna, lecz powolna. Bogata, lecz niepewna siebie, a jej największym dylematem stanie się pytanie, czy chce być muzeum świata, czy jego laboratorium. W 2026 roku wciąż nie padnie na nie jednoznaczna odpowiedź.
Na tym tle Polska i Irlandia rysują się jak dwa różne, ale pouczające studia przypadku. Polska w 2026 roku będzie krajem po emocjonalnym maratonie. Polityczne napięcie zacznie opadać nie dlatego, że konflikty zostaną rozwiązane, lecz dlatego, że społeczeństwo zwyczajnie się nimi zmęczy i nie będzie już chciało tego całego teatrum pomiędzy dużym a małym pałacem. Pojawi się pragnienie normalności, nawet jeśli nikt do końca nie będzie umiał jej zdefiniować. Gospodarczo Polska pozostanie krajem ogromnego potencjału, ale też chronicznego braku zaufania. Między państwem a obywatelem, między biznesem a polityką, między pokoleniami, co oznacza, że będzie praca, będą ambicje, będą zdolni ludzie, ale zabraknie wspólnej narracji, po co to wszystko jest. Rok 2026 może być momentem, w którym Polska przestanie marzyć o skoku cywilizacyjnym, a zacznie się zastanawiać, jak nie stracić tego, co już osiągnęła.
Irlandia z kolei wejdzie w 2026 rok jako kraj statystycznie bogaty i społecznie coraz bardziej niespokojny. Model oparty na globalnych korporacjach i niskich podatkach, co wielokrotnie powtarzam, pokaże wyraźnie swoje pęknięcia. Kryzys mieszkaniowy, rosnące nierówności i poczucie, że sukces jest zarezerwowany dla nielicznych, a te problemy i okrzyki niezadowolenia będą coraz trudniejsze do zagłuszenia. Politycznie Irlandia pozostanie stabilna, ale ideowo, jak dzieje się od wielu lat, wyjałowiona. Obędzie się bez wielkich sporów i bez wielkich ambicji, chociaż pojawi się wiele nowych deklaracji i obietnic lepszego, budowanego wspólnym wysiłkiem jutra. Jednocześnie Zielona Wyspa może stać się jednym z najważniejszych europejskich laboratoriów i dowodem na to, że wzrost gospodarczy nie rozwiązuje wszystkich problemów, a czasem nawet tworzy nowe.
Rok 2026 nie będzie więc końcem świata ani jego nowym początkiem. Będzie rokiem otrzeźwienia, co z całą pewnością chciałbym zobaczyć. Momentem, w którym globalne społeczeństwo zrozumie, że nie ma jednej decyzji, jednego wyboru ani jednej technologii, która wszystko naprawi, jednak aby tak się stało, potrzeba nadzoru nad sterami, jakie mają działać w naszym imieniu. Zamiast epokowych przełomów pojawi się codzienna adaptacja, ta mniej heroiczna, bardziej męcząca, ale też uczciwsza. I być może właśnie w tym kryje się cicha nadzieja, że historia nie zawsze składa się z wielkich momentów. Czasem jej sens objawia się w latach, które uczą nas życia bez iluzji. A życie, choć już wówczas bez iluzji, będąc mniej efektownym, bywa zaskakująco stabilne.
Bogdan Feręc
Photo by BoliviaInteligente on Unsplash


