Revenue odzyskało miliony euro po cyfrowej kontroli
W ostatnich latach irlandzki fiskus udowodnił, że nawet najbardziej błyszczące filtry i najzręczniej ustawione kadry nie ukryją prawdziwych dochodów przed państwem. Revenue odzyskało łącznie 3,3 mln euro zaległych podatków od influencerów i twórców internetowych, po tym, jak objęto ten sektor szczegółową kontrolą.
Jak wynika z dostępnych danych, między 2020 rokiem a obecnym okresem przeprowadzono 77 tzw. interwencji drugiego poziomu. Objęły one influencerów, twórców treści oraz osoby działające za pośrednictwem platform internetowych. Kluczowym narzędziem stało się systematyczne monitorowanie aktywności online od postów sponsorowanych po filmiki reklamowe. Praktyka była jasna: jeśli ktoś z twórców otrzymywał darmowy posiłek, nocleg w hotelu czy inne świadczenie w zamian za działania PR, wartość takiego prezentu powinna zostać wykazana jako dochód podlegający opodatkowaniu. To, co wielu uznawało za „barter”, fiskus nazwał po prostu „przychodem”.
Wprowadzone działania to sygnał, że sektor cyfrowy przestaje być szarą strefą, a raczej barwną, instagramową strefą, w której obowiązują te same zasady, co w tradycyjnej gospodarce kraju. Państwo nie zamierza pozostawać w roli biernego obserwatora, gdy w grę wchodzą rosnące wpływy reklamowe i coraz bardziej profesjonalna działalność komercyjna.
Ta historia otwiera większą rozmowę o tym, jak władze podatkowe na całym świecie dostosowują się do rzeczywistości, w której ekonomia cyfrowa rośnie szybciej niż przepisy, a twórcy internetowi stają się pełnoprawnymi uczestnikami rynku, również tego podatkowego. Prawo podatkowe, tak jak stare drzewa, rośnie powoli, lecz uparcie, a świat influencerów pędzi jak TikTokowy feed – bez chwili przerwy, bez sentymentu, bez szacunku dla rytuałów, które kiedyś rządziły rynkiem. Dlatego właśnie otoczenie regulacyjne stoi dziś przed koniecznością zmiany: nie rewolucyjnej, lecz precyzyjnej, systemowej, jak strojenie zegara z kukułką, który nadal ma wybijać czas w świecie smartwatchy.
W praktyce ewolucja może pójść kilkoma torami. Najbardziej oczywisty to doprecyzowanie definicji przychodu w warunkach gospodarki cyfrowej. Świadczenia rzeczowe od ekskluzywnej kolacji po pięć nocy w hotelu z widokiem na ocean przestają być „miłą współpracą”. Prawo powoli przechodzi w tryb zero-jedynkowy: każdy prezent to forma wynagrodzenia, a każde wynagrodzenie to potencjalny podatek.
Drugim kierunkiem jest automatyzacja raportowania. Platformy internetowe w wielu krajach już teraz muszą przekazywać organom finansowym dane o przychodach użytkowników. Ten trend będzie się tylko wzmacniał. W przyszłości współpraca z marką może generować automatyczne powiadomienie w systemie podatkowym niczym przypomnienie w telefonie, tylko dotyczące fiskusa, a nie podlewania paprotki.
Możliwe są też regulacje wymuszające większą transparentność współprac. Oznaczanie treści reklamowych to dziś standard, ale wciąż często naciągany lub pomijany. Jasne oznaczenia nie tylko chronią konsumentów, lecz także ułatwiają skarbówce analizę: jeśli coś wygląda jak reklama i pachnie jak reklama, to pewnie nią jest.
Wreszcie nadchodzi era bardziej szczegółowych wytycznych dla nowych zawodów. Prawo przypomina tu bibliotekarza z dawnych lat, który właśnie odkrywa, że do jego czytelni weszła cała armia streamerów, lifestyle’owych influencerek i twórców analiz ekonomicznych na reelsach. Każdy typ działalności wymaga osobnego podejścia, bo zarabianie na internecie jest tak różnorodne, jak memy o kotach.
Ta ewolucja nie będzie wolna od napięć. Twórcy będą mówić o nadmiernej regulacji, urzędy o konieczności ładu, a odbiorcy będą patrzeć na to wszystko z lekkim zdziwieniem, bo przecież w sieci wszystko wydaje się takie lekkie i ulotne. Tyle że ulotność kończy się tam, gdzie zaczyna się pieniądz. I właśnie tam prawo będzie nadal rzeźbić nowy porządek, nie po to, by tłumić kreatywność, lecz by utrzymać spójność systemu, który musi funkcjonować także wtedy, gdy świat pędzi szybciej niż ustawodawca zdąży kliknąć „aktualizuj”.
Bogdan Feręc
Źr. Independent

