3 procent odwagi. Politycy zabili ducha przedsiębiorczości młodych Polaków
Kilkadziesiąt razy dostałem już upomnienie, że moje opinie są zbyt ostre, wręcz radykalne, a nawet mają godzić bezpośrednio w coś takiego, jak domniemane dobre imię polityków. Z tym akurat się nie zgodzę, bo te sieroty bez krzty rozumu usadzam tylko na właściwym miejscu. Co więcej, uważam, że każdy obywatel powinien rozliczać władzę bez cienia litości. Polityk nie jest świętą krową, tylko pracownikiem zatrudnionym przez społeczeństwo, a jeśli wykonuje swoją pracę źle, należy mu to powiedzieć prosto w oczy.
Ponieważ trwa sezon ogórkowy i polityczne awantury na chwilę zeszły z pierwszych stron gazet, postanowiłem dać naszym „klasom” rządzącym trochę materiału do przemyśleń. Niech zastanawiają się nad tym na Seszelach, Wyspach Kanaryjskich czy gdziekolwiek spędzają wakacje. Bo właśnie ich obarczam odpowiedzialnością za zapaść przedsiębiorczości wśród młodych ludzi w Polsce.
Nie jest to problem marginalny, co od razu mogę powiedzieć, a i zastanawia, dlaczego nie jest tematem konferencji ekonomicznych, na których zwyczajowo, zarówno politycy, jak i urzędnicy bajają o „wspieraniu innowacyjności”. Jednak w mojej ocenie, jest to kwestia przyszłości państwa, bo kraj, w którym młodzi ludzie przestają marzyć o budowaniu własnych firm, rezygnuje w zasadzie z własnego rozwoju.
Zastanówmy się więc, czym mierzy się siłę państwa. Oczywiście wskaźników jest wiele. PKB, eksport, poziom inwestycji czy produktywność, jednak za każdą z tych liczb stoją konkretni ludzie. Potrzeba nam nie tylko pracowników wykonujących swoje obowiązki, ale przede wszystkim ludzi z ambicją tworzenia czegoś nowego. Potrzeba przyszłych właścicieli przedsiębiorstw, menedżerów, wynalazców i liderów, którzy będą budować miejsca pracy zamiast jedynie ich szukać. Społeczeństwo chcące się rozwijać musi posiadać nie tylko dobrze wykwalifikowanych fachowców, ale również osoby zdolne zarządzać kapitałem, chcieć organizować pracę i podejmować ryzyko. Potrzebni są ludzie kreatywni, którzy chcą tworzyć nowe produkty, usługi i technologie. Właśnie oni napędzają gospodarkę, nie zaś ministerialne programy, nie kolejne strategie zapisane na setkach stron dokumentów, ale przedsiębiorcy.
Kilka dni temu wpadły mi w ręce wyniki badań Global Entrepreneurship Monitor dotyczące Polski. Szczególnie zainteresował mnie fragment poświęcony aktywności młodych ludzi. Gdy dotarłem do tabeli opisującej chęć zakładania własnej działalności gospodarczej, zadałem sobie jedno pytanie: kto jest za to odpowiedzialny?
Okazało się, że obecnie w Polsce zaledwie 3 procent osób do 25. roku życia deklaruje chęć założenia własnej firmy. Trzy procent. Ta liczba powinna uruchomić wszystkie alarmy w Ministerstwie Finansów, Ministerstwie Rozwoju i Kancelarii Premiera. Tymczasem nie uruchamia niczego.
Jeszcze ciekawsze okazało się porównanie historyczne. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku aż 90 procent młodych ludzi deklarowało chęć prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Dziewięćdziesiąt procent! Trudno więc o bardziej spektakularny kontrast. Oczywiście można powiedzieć, że były to zupełnie inne czasy. Polska wychodziła z komunizmu. Panowała bieda, bezrobocie i ogromna niepewność. Własna firma była często jedyną drogą poprawy sytuacji materialnej.
To prawda, ale czy naprawdę tylko tym można wyjaśnić spadek z dziewięćdziesięciu do trzech procent? Nie wierzę.
Co ciekawe, aż 83 procent badanych uważa, że założenie firmy w Polsce jest proste. No właśnie. Jeżeli otwarcie działalności jest takie łatwe, to dlaczego niemal nikt nie chce tego zrobić? Tutaj chyba zaczyna się prawdziwy problem, bo samo zarejestrowanie firmy rzeczywiście trwa dziś znacznie krócej niż trzydzieści lat temu. Kilka formularzy, internet, podpis elektroniczny i działalność formalnie istnieje. Państwo bardzo chętnie pokazuje właśnie ten etap, jako dowód swojej nowoczesności.
Tyle że przedsiębiorca nie żyje z wpisu do CEIDG. Prawdziwe schody zaczynają się następnego dnia, kiedy na arenę walki z biznesem wchodzi ZUS, podatki, składki, kontrole, stale zmieniające się przepisy, interpretacje urzędów, biurokracja i obowiązki sprawozdawcze. Dziesiątki regulacji, które potrafią odebrać człowiekowi więcej energii niż samo prowadzenie biznesu. Młodzi ludzie doskonale to widzą. Obserwują rodziców, znajomych i przedsiębiorców, którzy zamiast rozwijać swoje firmy, godzinami walczą z papierologią. Widzą właścicieli małych przedsiębiorstw traktowanych przez fiskusa jak potencjalnych oszustów. Widzą państwo, które deklaruje wsparcie dla biznesu, a jednocześnie nie ufa temuż biznesowi ani przez chwilę.
To zabija przedsiębiorczość skuteczniej niż jakikolwiek kryzys gospodarczy.
Oczywiście nie można całej winy zrzucić wyłącznie na polityków. Byłoby to zbyt proste, ponieważ zmieniło się również samo pokolenie. Etat daje poczucie bezpieczeństwa. Stała pensja wpływa na konto. Urlop jest płatny, zwolnienie lekarskie również. Nie trzeba martwić się o klientów, podatki ani rachunki firmy. To wygodne rozwiązanie, jednak wygoda sama w sobie nie tłumaczy tak dramatycznej zmiany.
Młody człowiek powinien widzieć nagrodę za podjęcie ryzyka. Jeżeli państwo odbiera znaczną część wypracowanego dochodu, nieustannie komplikuje przepisy i utrudnia prowadzenie działalności, to trudno oczekiwać, że dwudziestolatek będzie marzył o zostaniu przedsiębiorcą.
Po co ryzykować? Po co pracować po kilkanaście godzin dziennie? Po co odpowiadać własnym majątkiem? Po co walczyć z urzędami? Takie pytania pojawiają się naturalnie.
Nie można powiedzieć, że na tle innych państw Polska nie jest ewenementem, bo jest i najbardziej niepokojące staje się właśnie porównanie z resztą Europy. Średnio 25 procent młodych Europejczyków deklaruje chęć założenia własnej firmy. Polska osiąga zaledwie trzy procent, a to nie jest drobna różnica statystyczna. To przepaść i sygnał, że gdzieś popełniono fundamentalny błąd.
Od lat słyszymy polityków opowiadających o wspieraniu przedsiębiorczości. Powstają kolejne fundusze, programy, strategie i odbywają się sympozja. Każdy minister zapewnia, że biznes jest motorem gospodarki. Szkoda tylko, że przedsiębiorcy często tego nie zauważają. Największym wsparciem dla biznesu nie są bowiem kolejne dotacje ani następny program z unijnym logo. Tym jest święty spokój, stabilne prawo, niskie opodatkowanie, przewidywalność i szacunek dla ludzi, którzy tworzą miejsca pracy.
Tymczasem politycy od lat zachowują się tak, jakby przedsiębiorca był dojarką budżetu państwa. Gdy brakuje pieniędzy, sięga się właśnie do jego kieszeni. Gdy trzeba zwiększyć wpływy, wymyśla się nową daninę. Gdy pojawia się kolejny problem, dokładane są nowe obowiązki. A potem ci sami politycy pytają z poważnymi minami, dlaczego młodzi nie chcą prowadzić firm? To trochę tak, jakby przez lata zniechęcać ludzi do biegania, zakładając im ciężkie kajdany na nogi, a następnie dziwić się, że nikt nie chce wystartować w maratonie.
Najbardziej boli jednak utrata ducha przedsiębiorczości. W latach dziewięćdziesiątych ludzie wierzyli, że własną pracą mogą zmienić swoje życie. Dzisiaj coraz częściej wierzą, że lepiej znaleźć spokojny etat, przeczekać osiem godzin i wrócić do domu.
To nie jest zarzut wobec młodych ludzi. To jest diagnoza państwa, które przestało premiować odwagę. Politycy bardzo lubią mówić o patriotyzmie gospodarczym. Organizują kongresy, wręczają nagrody przedsiębiorcom i robią sobie zdjęcia na tle nowoczesnych hal produkcyjnych. Jednak prawdziwy patriotyzm gospodarczy wygląda zupełnie inaczej. On polega na stworzeniu takich warunków, aby dwudziestolatek marzył o otwarciu własnej firmy równie mocno, jak jego rówieśnik marzył o tym trzydzieści lat temu. Bo właśnie wtedy powstają nowe miejsca pracy, nowe technologie i nowe marki, które są rozpoznawalne na świecie.
Jeżeli tego zabraknie, Polska pozostanie krajem podwykonawców. Montownią dla zagranicznych koncernów. Miejscem, gdzie świetni specjaliści będą pracowali na sukces cudzych przedsiębiorstw zamiast budować własne. Dlatego wracam do punktu wyjścia.
Tak, uważam, że należy wymienić elity polityczne na takie, które rozumieją przedsiębiorczość nie z podręczników i konferencji prasowych, ale z praktyki gospodarczej. Takie, które wiedzą, że państwo nie tworzy bogactwa. Tworzą je ludzie gotowi podjąć ryzyko, inwestować, zatrudniać innych i ciężko pracować.
Jeżeli natomiast nie odbudujemy w młodych Polakach wiary w sens prowadzenia własnego biznesu, za kilka czy kilkanaście lat nie będziemy już dyskutować o tym, jak rozwijać gospodarkę. Będziemy zastanawiać się, dlaczego kolejne pokolenie uznało, że największym życiowym osiągnięciem jest bezpieczny etat i brak problemów z urzędem.
A państwo, które zabija przedsiębiorczość własnych obywateli, wcześniej czy później zaczyna zabijać także własny rozwój. I żadna konferencja ani kolejny rządowy slogan tego nie zmienią.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI
