Wojna w Iranie, czyli jak to naprawdę wygląda – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Wojna w Iranie, czyli jak to naprawdę wygląda

W światowej polityce istnieje pewna zasada, o której oficjalnie nie mówi się nigdy, ale która działa nieprzerwanie od stuleci, więc wielkie państwa nie walczą o idee. Walczą o zasoby, szlaki transportowe i przewagę gospodarczą. Demokracja, prawa człowieka, bezpieczeństwo światowe to najczęściej jedynie eleganckie opakowanie dla znacznie bardziej przyziemnych interesów. Poprzednie dziesięciolecia pokazują setki takich przykładów, a współczesność nie jest tu żadnym wyjątkiem.

Dziś na naszych oczach toczy się natomiast największa geopolityczna rozgrywka od czasów zimnej wojny, a problem polega jednak na tym, że większość komentatorów patrzy na nią przez zupełnie niewłaściwy pryzmat. W mediach mówi się o konflikcie cywilizacji, o starciu demokracji z autorytaryzmem, o walce o stabilność Bliskiego Wschodu. Tymczasem w rzeczywistości chodzi przede wszystkim o coś prozaicznego, bo o energię i o to, kto będzie kontrolował krwiobieg światowej gospodarki. Właśnie w tym kontekście należy patrzeć na działania Stanów Zjednoczonych w ostatnich latach.

Druga kadencja Donalda Trumpa rozpoczęła proces, który w rzeczywistości jest znacznie poważniejszy niż sama prezydentura jednego człowieka. Trump nie wymyślił konfliktu z Chinami, ale nadał mu ostrą i mało przyjemną, chociaż jasną formę. W Waszyngtonie specjaliści uznali, że XXI wiek będzie wiekiem rywalizacji z Pekinem i, że jeśli Ameryka chce zachować swoją gospodarczą dominację, musi ograniczyć dostęp Chin do strategicznych surowców. O ile pójdziemy tym właśnie tokiem rozumowania, nie bez racji, reszta wydarzeń zaczyna się wtedy układać w dość logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy.

Najpierw Kanał Panamski.

To miejsce jest jednym z najważniejszych punktów na mapie światowego handlu. Kto kontroluje ten wąski przesmyk, ten skraca o tysiące kilometrów morskie szlaki transportowe. Przez dziesięciolecia Amerykanie traktowali Kanał jak własny strategiczny instrument, jednak w ostatnich latach coraz większą rolę zaczęły odgrywać tam chińskie firmy transportowo-logistyczne i w pewnym momencie w Waszyngtonie zapaliła się czerwona lampka. Trump przypomniał światu coś, o czym wielu zdążyło już zapomnieć, że Kanał Panamski powstał w dużej mierze dzięki amerykańskim pieniądzom, technologii i presji politycznej. W praktyce oznaczało to wyraźny sygnał, że jeżeli Chińczycy będą próbowali przejąć realną kontrolę nad tym strategicznym szlakiem, Stany Zjednoczone nie zawahają się zareagować.

Groźba była prosta i brutalna – postawiona zostanie blokada.

Gdyby Ameryka zdecydowała się utrudnić transport przez Kanał, statki płynące z Chin do Afryki czy nawet do wschodniej części Ameryki Południowej musiałyby opływać cały południowoamerykański kontynent. Oznaczałoby to miesiące dodatkowej podróży, gigantyczne koszty i chaos w globalnych łańcuchach dostaw. Chińczycy doskonale zrozumieli tę wiadomość i odpuścili. Wielu komentatorów uznało wtedy działania Trumpa za kolejną ekscentryczną demonstrację siły, a tymczasem był to dopiero początek dużo większej układanki.

Kolejny rozdział tej historii rozegrał się w Wenezueli.

Ten kraj posiada jedne z największych złóż ropy naftowej na świecie. Od lat był jednak pogrążony w kryzysie politycznym i gospodarczym, a jego władze prowadziły politykę, która z perspektywy Waszyngtonu była co najmniej problematyczna. Jednak w tej historii szczególnie istotny jest jeden fakt, o którym mówi się zaskakująco rzadko. Ogromna część wenezuelskiej ropy trafiała do Chin i szacuje się, że nawet blisko 80 procent eksportu węglowodorów z tego kraju zasilało właśnie chińską gospodarkę. W praktyce oznaczało to, że Pekin zyskiwał stabilne źródło energii w zachodniej hemisferze, więc tuż pod nosem Stanów Zjednoczonych.

Z punktu widzenia geopolityki była to sytuacja trudna do zaakceptowania przez Waszyngton pod rządami Donalda Trumpa. Wówczas do Wenezueli wysłano taki amerykański SpecNaz i doszło do dramatycznych wydarzeń politycznych, czyli porwano tamtejszego prezydenta, aby zademonstrować postawę silniejszego. Jednak, czy chodziło o to, by uwolnić Wenezuelę z rąk dyktatora? Dla administracji Trumpa najważniejsze było jedno, ograniczenie chińskiego wpływu na wenezuelski sektor energetyczny. Efekt – Chińczycy wypchnięci zostali z kolejnego strategicznego źródła surowców.

Potem przyszła kolej na Grenlandię.

Kiedy kilka lat temu pojawiły się informacje, że Donald Trump rozważa zakup vel aneksję tej ogromnej arktycznej wyspy, europejskie media zareagowały niemal histerycznie. W komentarzach pojawiały się słowa o imperializmie, absurdzie, a nawet o politycznym kabarecie. Tyle że w całej tej historii umknął jeden drobny szczegół, Grenlandia jest skarbnicą surowców naturalnych. Znajdują się tam ogromne złoża minerałów ziem rzadkich, ropy i gazu. Co się więc stało? W ostatnich latach coraz większe zainteresowanie tym regionem zaczęły wykazywać właśnie chińskie firmy wydobywcze, a w Waszyngtonie odebrano to jako sygnał alarmowy.

Trump nie czekając, aż specjaliści od geologii rozsiądą się tam wygodnie, rozpoczął publiczną dyskusję o przyszłości wyspy, a wielu komentatorów uznało to za polityczny teatr. Tymczasem konsekwencje okazały się realne i ponownie wyszło na jaw, że prezydent USA miał jednak rację, choć jego retoryka pozostawiała wiele do życzenia. W obawie przed możliwym konfliktem z Ameryką chińskie przedsiębiorstwa zaczęły wycofywać się z Grenlandii.

W praktyce oznaczało to kolejne ograniczenie chińskich wpływów w strategicznym regionie północy, a podobny schemat można dostrzec obecnie na Bliskim Wschodzie. Wcześniej jednak zapewniono upadek syryjskiego systemu władzy, który dla odmiany osłabił jeden z filarów rosyjskich wpływów w regionie. Z perspektywy Pekinu oznaczało to utratę ważnego partnera w geopolitycznej układance, która miała równoważyć dominację Zachodu, a docelowo chodzi przecież o przejęcie palmy pierwszeństwa.

Teraz na scenę wchodzi Iran.

Oficjalny przekaz jest nam dobrze znany, czyli kolejny już raz chodzi o program nuklearny, bezpieczeństwo regionu i stabilność międzynarodową. Te argumenty nie są całkowicie bezpodstawne, ale nie oddają pełnego obrazu sytuacji. Iran jest jednym z największych dostawców ropy dla Chin. Według wielu analiz około 50 procent (choć mówi się, że nawet 60 lub 90 procent) irańskiego eksportu ropy trafia właśnie na rynek chiński. To niemal dwa miliony baryłek dziennie, więc kwota, która dla gospodarki Państwa Środka ma ogromne znaczenie. Jeśli więc Iran zostanie osłabiony lub odcięty od globalnych rynków, pierwszym państwem, które odczuje skutki tej sytuacji, będą właśnie Chiny.

Z tej perspektywy konflikt w regionie przestaje być jedynie kwestią bezpieczeństwa, a staje się elementem wielkiej gry o globalną dominację gospodarczą. Jeszcze ciekawsze jest jednak coś innego, bo wielu obserwatorów spodziewało się, że Pekin i Moskwa podejmą zdecydowane kroki, aby powstrzymać ofensywę Stanów Zjednoczonych. Tymczasem reakcje obu państw są zaskakująco powściągliwe.

Owszem, pojawiają się ostre słowa i dyplomatyczne protesty, jednak realnych działań jest niewiele. Powody tego stanu rzeczy są dość proste i Chiny nie są państwem, które podejmuje gwałtowne decyzje. Ich strategia opiera się na cierpliwości oraz, co powtarzam od dłuższego czasu, na długofalowym planowaniu. Pekin wie doskonale, że bezpośrednia konfrontacja z Ameryką mogłaby zakończyć się gospodarczą katastrofą, co wcale nie jest ich celem, a i bronią się przed tym w każdy możliwy sposób.

Rosja z kolei znajduje się w znacznie trudniejszej sytuacji, niż chciałaby to przyznać, ponieważ wieloletnia wojna na Ukrainie, sankcje gospodarcze i stopniowa utrata wpływów w wielu regionach świata sprawiły, że Moskwa ma dziś ograniczone możliwości działania. Owszem, Rosja wciąż dysponuje ogromnym arsenałem nuklearnym, ale broń atomowa jest przede wszystkim narzędziem odstraszania, a nie instrumentem prowadzenia codziennej polityki.

W efekcie Kreml może protestować, ale nie jest w praktyce władny zatrzymać amerykańskiej strategii. Pojawiają się nawet spekulacje, że między Waszyngtonem a Moskwą istnieje pewien nieformalny układ. Według tej teorii Rosja nie blokuje działań USA w innych regionach świata, a w zamian otrzymuje względną swobodę działania w swojej strefie wpływów.

Czy taki układ rzeczywiście istnieje? Tego prawdopodobnie nie dowiemy się jeszcze przez wiele lat. Jednak pewne fakty są uderzające i konflikt w Ukrainie, który jeszcze niedawno dominował w światowych mediach, powoli znika z pierwszych stron gazet. Europejscy politycy zajmują się dziś głównie własnymi problemami gospodarczymi i coraz rzadziej mówią o konieczności dalszego zaostrzania sankcji wobec Rosji.

Geopolityka bywa bezduszna, a to oznacza, że sojusze zmieniają się szybciej, niż chcieliby to przyznać ich uczestnicy, natomiast wielkie mocarstwa nie mają przyjaciół, one zawsze mają jedynie interesy. Z tej perspektywy Donald Trump jawi się jako polityk znacznie bardziej konsekwentny, niż wielu jego krytyków chciałoby to przyznać. Można go oskarżać o brak dyplomatycznej finezji, o prowokacyjny styl prowadzenia państwa do gospodarczego raju, ale i o zamiłowanie do politycznego chaosu. Jednak jedno trzeba przyznać, że jego strategia wobec Chin jest niezwykle czytelna i wystarczy prześledzić, w jaki sposób potraktował kilka państw, aby zauważyć, że nie chodzi o wojnę dla wojny, czy pozbycie się takiego lub innego reżimu.

Teraz wiadomo oficjalnie, że krok po kroku Stany Zjednoczone ograniczają dostęp Pekinu do kluczowych źródeł energii. Wypychają chińskie firmy z regionów strategicznych, wzmacniają własną kontrolę nad szlakami transportowymi i budują sieć nacisku ekonomicznego. To nie jest przypadek, to jest plan, który znajduje się w fazie realizacji.

Wiemy z historii świata, że wiele wydarzeń, które miały przyczynić się do uczynienia jakiegoś państwa większym i mocniejszym, nauczyło jedynie pokory, a w polityce międzynarodowej nic nie jest przesądzone. Chiny wciąż dysponują ogromnym potencjałem gospodarczym, technologicznym i demograficznym, a ich strategia może przynieść efekty dopiero za kilkanaście lat, jednak nie można zapominać, że dziś to Waszyngton prowadzi ofensywę. Jeżeli obecny kierunek polityki zostanie utrzymany, przyszłe dekady mogą należeć do Stanów Zjednoczonych znacznie bardziej, niż wielu analityków jest dziś skłonnych przyznać.

To z kolei może być planem Chin, bo one doskonale wiedzą, że imperia nie upadną nagle, a najczęściej najpierw walczą o dostęp do zasobów, które napędzają ich gospodarki. Ten proces właśnie obserwujemy, więc na Bliskim Wschodzie nie mamy wojny ideologii ani starcia systemów politycznych, bo to wojna o energię. W takich wojnach liczy się z kolei nie retoryka, lecz baryłki ropy naftowej, metry sześcienne gazu i kontrola nad mapą świata.

I właśnie tam – w Iranie, na tamtejszej mapie – rozgrywa się prawdziwa historia naszych czasów, nie o władzę ajatollahów, a o dominację ekonomiczną na świecie. W mojej ocenie konfrontacja pomiędzy hegemonami nie jest jeszcze brana pod uwagę, jako kolejny z etapów, a trwa starcie na wyniszczenie, wciąż jeszcze ekonomiczne.

Bogdan Feręc

Grafika wygenerowana przez AI

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
Napięcia międzynar
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.