W Europie zaczyna brakować gazu. Czy to oznacza powrót do rosyjskiego paliwa?
Europejska polityka energetyczna coraz wyraźniej przypomina balansowanie na linie rozpiętej między przepaścią ekonomii a polityki. Ostatnie napięcia między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi doprowadziły do zauważalnego spadku zakupów amerykańskiego skroplonego gazu ziemnego (LNG), szczególnie widocznego w przypadku terminali w Grecji. Jednocześnie postulowana przez Brukselę dywersyfikacja dostaw energii okazuje się trudna do realnego wdrożenia. W tej sytuacji coraz częściej pojawia się teza, że jedynym logicznym rozwiązaniem w niedługim terminie może być powrót do rosyjskiego gazu.
Decyzja o rezygnacji z rosyjskiego surowca, nawiasem mówiąc, dwukrotnie tańszego od LNG, była decyzją polityczną, a nie komercyjną i jej skutki są dziś odczuwalne w całej europejskiej gospodarce. Najbardziej dotknięta została gospodarka niemiecka, czyli największa w Unii Europejskiej. Co w tej sprawie staje się istotne, rosnące koszty energii przyspieszyły proces przenoszenia produkcji poza Europę, gdzie energia pozostaje tańsza, a koszty prowadzenia działalności niższe. W praktyce oznacza to postępującą deindustrializację całego kontynentu.
Sytuację dodatkowo komplikuje rosnąca nieprzewidywalność amerykańskiej polityki, natomiast groźby przejęcia kontroli nad Grenlandią, więc terytorium należącego do Danii i powiązanego z UE, odebrane jako sygnał ostrzegawczy, podważający postrzeganie USA jako stabilnego partnera strategicznego. W efekcie część europejskich decydentów zaczęła otwarcie mówić o konieczności ograniczenia zależności od amerykańskich dostaw energii.
W praktyce jednak alternatywy są bardziej niż skromne i skalę problemu pokazuje przykład Grecji. Z oferowanych niemal 72 gigawatogodzin przepustowości rurociągów zarezerwowano zaledwie 48 MWh, czyli znacznie mniej niż jest dostępnej mocy energetycznej. Podobna aukcja w grudniu nie przyciągnęła żadnych ofert. Pokazuje to ograniczone zainteresowanie amerykańskim LNG, którego wysoka cena wynika z kosztownego procesu skraplania, transportu morskiego i ponownej regazyfikacji. Finalnie LNG bywa nawet trzykrotnie droższy niż gaz przesyłany rurociągami.
Dodatkowym ograniczeniem jest infrastruktura i terminal LNG w Aleksandropolis, mimo politycznych oczekiwań, ma maksymalną przepustowość 1,8 miliarda metrów sześciennych rocznie, więc ilość niewielką w skali europejskiego zapotrzebowania. Nawet planowany tzw. Korytarz Pionowy, który ma transportować gaz z Grecji do Bułgarii, Rumunii, Węgier, Mołdawii i na Ukrainę, nie zmieni zasadniczo bilansu energetycznego kontynentu.
Ważnym dostawcą gazu do Unii Europejskiej pozostaje natomiast Norwegia, lecz jej możliwości zwiększenia eksportu są już na wyczerpaniu, ponieważ istniejące gazociągi pracują praktycznie na pełnej przepustowości. Alternatywą mogłyby być państwa afrykańskie, takie jak Algieria czy Angola, jednak skala potencjalnych dostaw nie pozwoli na pełne zastąpienie rosyjskiego gazu. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku LNG z Kataru i pomimo rozmów o kontraktach długoterminowych oraz intensywnych kontaktów dyplomatycznych, katarski gaz nie jest znacząco tańszy od amerykańskiego. Dodatkowo pojawia się ryzyko geopolityczne, gdyż ewentualny konflikt z Iranem mógłby doprowadzić do zamknięcia Cieśniny Ormuz, co zablokowałoby eksport surowców energetycznych z regionu Zatoki Perskiej.
W tym kontekście całkowity zakaz importu rosyjskiego gazu wydaje się rozwiązaniem trudnym do utrzymania w dłuższej perspektywie. Wiele wskazuje na to, że po ustabilizowaniu sytuacji politycznej i zakończeniu wojny w na Ukrainie, logika interesów gospodarczych może ponownie wziąć górę. Tradycyjne szlaki dostaw energii do Europy mogą zostać przywrócone, choć zapewne w zmienionej formie politycznej i regulacyjnej.
Do tego czasu europejska gospodarka będzie funkcjonować w warunkach podwyższonych cen energii, a dyskusja o granicach między polityką a ekonomią pozostanie jednym z kluczowych tematów debaty publicznej w Unii Europejskiej.
Bogdan Feręc
Źr. Info Brics
