Nie taka Ambasada straszna, czyli 143 euro, winogrona i dyplomatyczne przeciążenie – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Nie taka Ambasada straszna, czyli 143 euro, winogrona i dyplomatyczne przeciążenie

Są w życiu takie chwile, kiedy człowiek zaczyna tracić wiarę w urzędy, instytucje i całą tę pięknie poukładaną machinę, która podobno służyć ma obywatelowi. Pisze się pismo, zadaje pytania, czeka na odpowiedź, a potem czeka jeszcze trochę, żeby przypadkiem nie wyjść na człowieka niecierpliwego. W końcu można nawet dojść do wniosku, że list zaginął gdzieś między sekretariatem a szufladą, w której przechowuje się sprawy pilne, bardzo pilne i takie, którymi ktoś kiedyś się zajmie.

A jednak! Jak się okazuje, nie wszystko jest stracone. Zdarzają się bowiem chwile, kiedy odpowiedź nadchodzi, urzędnicza machina rusza z miejsca, a człowiek odzyskuje wiarę, że nawet w dyplomatycznych pieleszach można znaleźć odrobinę normalności. Co więcej, można przy tym odkryć, że za poważnymi minami, oficjalnymi stanowiskami i korespondencją pisaną językiem, w którym każde słowo musi mieć odpowiednią rangę, kryje się całkiem interesująca rzeczywistość.

Owszem, lubię sobie pożartować. Lubię od czasu do czasu podzielić się jakąś facecyjką, opowiedzieć dykteryjkę, a kiedy sytuacja tego wymaga, również coś wyśmiać i wyszydzić. Życie jest wystarczająco poważne, żeby dokładać mu jeszcze obowiązkowego ponuractwa. Nie oznacza to jednak, że człowiek powinien przymykać oczy na wszystko, co dzieje się wokół niego. Można się śmiać, można zadawać pytania, można mieć wątpliwości, a przy tym nie prowadzić żadnej wojny z całym światem. I właśnie dlatego dzisiejsza historia będzie miała nieco inny charakter. Bez barykad, bez wyciągania szabel, bez wzywania aktualnego szefa ambasady na udeptaną ziemię. No, może poza jednym czy dwoma drobnymi uszczypliwymi komentarzami, bo przecież nie zamierzam nagle udawać człowieka, który po otrzymaniu urzędowego listu odkrył w sobie franciszkańską łagodność.

I proszę! Ambasada jednak odpowiedziała

Jak zapewne część czytelników pamięta, w felietonie, zatytułowanym „Ambasada czy klub wzajemnej adoracji? Pytania, których nie wolno zamiatać pod dywan”, a następnie „Ambasada, która najwyraźniej nie zauważyła, że istnieją prawa”, poruszyłem kwestię spotkania zorganizowanego w rezydencji ambasadora. Zainteresowało mnie kilka spraw związanych z jego organizacją, zaproszeniami, uczestnikami i kosztami. Zadałem więc pytania, na które chciałem otrzymać odpowiedzi.

Następnie czekałem.

Czekałem tak długo, że w końcu uznałem, iż warto przypomnieć naszej placówce dyplomatycznej, że obywatel ma prawo pytać, a urząd ma obowiązek odpowiadać w przewidzianym prawem trybie. Ponieważ odpowiedzi wciąż nie było, 13 października skierowałem informację do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zwracając uwagę na opóźnienie.

I proszę sobie wyobrazić – po dwóch dniach otrzymałem odpowiedź z Ambasady RP w Dublinie.

Nie będę ukrywał, że poczułem pewną satysfakcję. Nie dlatego, że udało mi się uruchomić dodatkowy szczebel administracyjnej drabiny, ale dlatego, że sprawa wreszcie znalazła swój finał. A przecież właśnie o to chodziło od samego początku. Zadałem pytania, chciałem poznać fakty i w końcu je poznałem. Odpowiedział mi chargé d’affaires a.i. Rzeczypospolitej Polskiej w Irlandii, Pan Artur Michalski. Otrzymałem wyjaśnienia dotyczące organizacji spotkania, jego uczestników, osób zaangażowanych w przygotowanie wydarzenia oraz poniesionych kosztów. Na końcu znalazły się również przeprosiny za opóźnienie.

I tutaj pozwolę sobie na pierwszą uwagę: widzicie Państwo? Można odpowiedzieć, można przeprosić, można zamknąć sprawę bez rzucania w siebie papierami, bez obrażania się i bez budowania atmosfery, jakby ktoś właśnie zakwestionował istnienie państwa polskiego. Świat się nie zawalił. Ambasada stoi, dziennikarz nie gryzie, a urzędowa korespondencja dotarła do adresata.

Może więc rzeczywiście nie taka Ambasada straszna, jak ją czasami malują.

Po niżej chłodny do granic, urzędowy list, jaki w formie elektronicznej otrzymałem:

Szanowny Panie,

W związku z Pana wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej odpowiadam na zadane przez Pana pytania:
1.    Spotkanie zostało zorganizowane przez Ambasadę RP w rezydencji Ambasadora RP.
2.    Zaproszenia w moim imieniu były rozsyłane przez Wydział Konsularny i Polonii Ambasady RP w Dublinie, podpisane przez Konsula RP.
3.    Na spotkanie zostały zaproszone osoby zajmujące się polonijną działalnością medialną jak również korespondent PAP oraz Polacy pracujący w mediach irlandzkich.  Poza     nielicznymi wyjątkami przybyli wszyscy zaproszeni gości. W spotkaniu uczestniczyło ponad 20 osób.
4.    Ja byłem gospodarzem spotkania, towarzyszył mi Konsul RP i Konsul ds. polonijnych. W organizację spotkania zaangażowany był również pion administracji Ambasady.
5.    Odpowiedzi udzielono w punkcie 2.
6.    Koszty organizacji spotkania wyniosły 143,17 EUR

Celem pierwszego spotkania w takiej formule, o czym poinformowaliśmy w mediach społecznościowych, było wzajemne poznanie się, zastanowienie się nad formami współpracy, które służyłyby zarówno wewnętrznej integracji środowisk polonijnych jak również integracji ze społeczeństwem irlandzkim.    

Przepraszam za opóźnienie w udzieleniu odpowiedzi, co wynika ze szczególnego obciążenia Ambasady w tym półroczu, związanego z prezydencją Irlandii w Radzie Unii Europejskiej.

Z wyrazami szacunku

Artur Michalski
Chargé d’affaires a.i. Rzeczypospolitej Polskiej w Irlandii

Zaproszenie, czyli mała zagadka towarzyska

Przejdźmy jednak do konkretów, bo przecież nie po to człowiek zadaje pytania, żeby później ograniczyć się do stwierdzenia, że wszyscy są wspaniali, a życie piękne. Jedna z odpowiedzi dotyczyła sposobu rozsyłania zaproszeń. Z informacji Ambasady wynika, że były one wysyłane w imieniu chargé d’affaires przez Wydział Konsularny i Polonii, a podpisywał je konsul RP. Tyle oficjalne wyjaśnienie.

Tymczasem z mojej perspektywy wyglądało to nieco inaczej. Redakcja Polska-IE, podobnie jak inne osoby, otrzymała zaproszenie od kogoś związanego z jednym z polskojęzycznych mediów radiowych. Nie zamierzam teraz odgrzebywać nazwy tej rozgłośni z zakamarków pamięci, bo nie o konkurs na rozpoznawanie nadawców tutaj chodzi. Pamiętam natomiast, że na otrzymanym zaproszeniu nie widziałem podpisu przedstawiciela administracji Ambasady.

Czyli mamy dwie informacje, które nie do końca się pokrywają. Czy po drodze nastąpiło jakieś nieporozumienie? Czy zaproszenia rozsyłano kilkoma kanałami? A może w całym przedsięwzięciu uczestniczyło więcej osób, niż wynikałoby to z mojego rozeznania? Nie wiem. I, szczerze mówiąc, nie zamierzam z tego powodu rozpoczynać śledztwa godnego komisji parlamentarnej.

Być może kiedyś sprawa sama się wyjaśni. Być może nie. Nie każda zagadka wymaga przecież powołania zespołu ekspertów, sporządzenia trzech raportów i zorganizowania konferencji prasowej. Pozostaje w tym wszystkim jedynie drobny chaos informacyjny, który można odnotować, wzruszyć ramionami i iść dalej. Życie jest zbyt krótkie, żeby każdą niejasność zamieniać w epopeję narodową.

Ponad dwadzieścia osób! A ja myślałem, że jest nas mniej

Ciekawsza okazała się informacja o uczestnikach spotkania. Według Ambasady zaproszono osoby zajmujące się polonijną działalnością medialną, korespondenta Polskiej Agencji Prasowej oraz Polaków pracujących w mediach irlandzkich. Z odpowiedzi wynika również, że przybyli niemal wszyscy zaproszeni goście, a w spotkaniu uczestniczyło ponad dwadzieścia osób. A tutaj przyznam się do pewnego zaskoczenia. Z mojego rozeznania wynikało, że polskojęzyczne środowisko medialne w Irlandii nie jest aż tak rozbudowane, jak mogłoby się wydawać. Oczywiście są redakcje, portale, rozgłośnie, korespondenci, ludzie tworzący materiały informacyjne i osoby zaangażowane w różnego rodzaju przedsięwzięcia medialne. Nie twierdzę, że jest nas garstka, którą można policzyć na palcach jednej ręki. Jednak liczba uczestników spotkania skłania do zastanowienia.

Ponad dwadzieścia osób! Proszę bardzo. Wygląda na to, że polskie media na Zielonej Wyspie mają się całkiem nieźle, a przynajmniej wystarczająco dobrze, żeby w jednym miejscu zgromadzić całkiem pokaźną grupę ludzi. I dobrze! Nie będę przecież narzekał na to, że jest nas więcej, niż przypuszczałem. Wręcz przeciwnie. Im więcej osób zajmuje się informowaniem Polaków o tym, co dzieje się w Irlandii, tym większa szansa, że nasi rodacy nie będą musieli czerpać całej wiedzy o świecie z przypadkowych wpisów w mediach społecznościowych.

Pozostaje oczywiście pytanie o jakość tej pracy, jej rzetelność i rzeczywistą rolę mediów polonijnych. Sama liczba uczestników jednego spotkania niczego jeszcze nie rozstrzyga. Nie zamierzam jednak psuć sobie humoru roztrząsaniem wszystkich możliwych niedoskonałości. Na początek wystarczy, że ludzie się spotkali. Jeśli przy okazji poznali się osobiście, wymienili doświadczeniami i nawiązali kontakty, to już coś. W świecie, w którym wszyscy tak chętnie mówią o współpracy, a później często zamykają się we własnych bańkach, nawet zwyczajna rozmowa może być dobrym początkiem.

143,17 euro, czyli dyplomacja w wersji oszczędnościowej

A teraz przejdźmy do mojego ulubionego fragmentu całej historii. Koszty! W pierwszym felietonie zwróciłem uwagę na to, że stoły podczas spotkania nie uginały się pod ciężarem jadła i napojów. Nie przypominało to wielkiej uczty, na której można by nakarmić pół Dublina, a pozostałym gościom wręczyć jeszcze paczki na wynos. Były winogrona, były kwiaty w wazonach, było oświetlenie i wszystko, co potrzebne do zorganizowania spotkania w odpowiednich warunkach.

Podejrzewałem wówczas, że budżet nie był szczególnie rozrzutny. Teraz znam już konkretną kwotę. Organizacja spotkania kosztowała 143,17 euro. Powtórzę, żeby nie było wątpliwości: sto czterdzieści trzy euro i siedemnaście centów. Nie tysiąc czterysta trzydzieści jeden. Nie czternaście tysięcy trzysta siedemnaście. Nie kwota, po której księgowy zaczyna nerwowo przeglądać segregatory, a dyplomata zastanawia się, czy nie należałoby natychmiast powołać zespołu do spraw nadmiernej konsumpcji winogron.

Sto czterdzieści trzy euro i siedemnaście centów!

Przyznam, że ta informacja wywołała u mnie uśmiech. Z jednej strony mamy przecież placówkę reprezentującą Rzeczpospolitą Polską w innym państwie, z drugiej zaś spotkanie, którego koszt trudno uznać za szczególnie imponujący. Oczywiście nie twierdzę, że ambasada powinna urządzać wystawne przyjęcia. Nie oczekuję kawioru, szampana ani kelnerów poruszających się po rezydencji z powagą członków dworu królewskiego. Dyplomacja nie polega na tym, żeby wydawać pieniądze tylko po to, aby goście mogli później opowiadać, jak wspaniale zastawiono stoły.

Wręcz przeciwnie. Gospodarność jest zaletą, a publiczne pieniądze należy wydawać rozsądnie.

Jednak 143,17 euro to kwota, która potrafi zaskoczyć. Zwłaszcza kiedy zestawi się ją z cenami obowiązującymi w Irlandii, gdzie nawet zwyczajny obiad w restauracji może skutecznie przypomnieć człowiekowi, że pieniądze mają tę nieprzyjemną właściwość, iż znikają szybciej, niż się pojawiają.

Niedawno byłem w jednej z restauracji w Galway. Towarzyszył mi pewien młody muzyk, którego zaprosiłem na kolację. Rachunek wyniósł prawie 250 euro. Zapłaciłem z własnej kieszeni, bo ów był moim gościem, a nie osobą, której należałoby wręczyć połowę rachunku i życzyć smacznego.

Nie porównuję oczywiście kolacji w restauracji z oficjalnym spotkaniem w rezydencji ambasadora, to dwie różne sytuacje, inne warunki i inne potrzeby. Nie znam też szczegółowego rozliczenia wszystkich elementów spotkania poza podaną kwotą. Nie będę więc udawał, że potrafię na podstawie jednego rachunku wyliczyć koszt każdego winogrona, każdego kwiatu i każdej minuty pracy personelu.

Mimo to różnica jest zabawna.

Ja, zwykły człowiek, potrafię zostawić w restauracji niemal 250 euro podczas jednej kolacji, a reprezentacyjna placówka dyplomatyczna organizuje spotkanie za 143,17 euro. Ergo – albo mam wyjątkowo kosztowny gust, albo Ambasada RP w Dublinie opanowała sztukę oszczędzania do poziomu, którego mogłyby jej pozazdrościć niejedno gospodarstwa domowe. Niech będzie, że tym razem wygrała oszczędność.

I bardzo dobrze. Jeśli spotkanie spełniło swój cel, a goście mieli okazję porozmawiać i poznać się nawzajem, to nie widzę powodu, żeby z kwestii skromnego budżetu urządzać żałobę narodową. W końcu nie po to organizuje się takie wydarzenia, żeby uczestnicy wracali do domów z przeświadczeniem, że uczestniczyli w konkursie na najbardziej luksusowy bufet.

Jak się okazuje, można taniej, można rozsądniej, można też czasami udowodnić, że dobra rozmowa nie wymaga stołu zastawionego po brzegi.

Irlandzka prezydencja i tajemnicze przeciążenie

Najciekawsze zostawiłem jednak na koniec. W odpowiedzi otrzymałem przeprosiny za opóźnienie. Sam fakt przeproszenia przyjmuję bez zastrzeżeń, a nawet za nie dziękuję. Nie oczekuję przecież, że ktoś będzie składał mi hołdy, słał kwiaty i organizował dodatkowe przyjęcie z okazji tego, że wreszcie otrzymałem odpowiedź na zadane pytania.

Jest jednak pewne wyjaśnienie, które wywołało u mnie szczery uśmiech. Opóźnienie miało wynikać ze „szczególnego obciążenia Ambasady w tym półroczu, związanego z prezydencją Irlandii w Radzie Unii Europejskiej”.

I tutaj, proszę Państwa, pojawia się zagadka godna przynajmniej jednego popołudnia rozmyślań przy kawie.

Irlandia sprawuje prezydencję w Radzie Unii Europejskiej, nie Polska. To Irlandczycy przewodniczą pracom Rady w ramach swojej prezydencji, a nie polska placówka dyplomatyczna w Dublinie. Oczywiście polscy politycy i przedstawiciele administracji mogą uczestniczyć w wydarzeniach związanych z unijną agendą, a Ambasada może mieć dodatkowe obowiązki związane z wizytami, spotkaniami i kontaktami dyplomatycznymi. Nie zamierzam tego negować. Praca placówki dyplomatycznej to nie tylko przyjmowanie gości, wydawanie dokumentów i odpowiadanie na moje listy. Są obowiązki, których z zewnątrz nie widać, a kalendarz dyplomatyczny potrafi być napięty.

Rozumiem więc, że pracy mogło być więcej, ale czy aż tyle, żeby odpowiedź na kilka pytań musiała czekać na swój moment, jakby chodziło o przygotowanie traktatu pokojowego?

Przecież nie prosiłem o opracowanie stanowiska Polski wobec przyszłości Europy, analizę bezpieczeństwa kontynentu ani prognozę gospodarczą na najbliższe dwadzieścia lat. Nie oczekiwałem też, że ktoś przerwie rozmowy z przedstawicielami rządów europejskich, odsunie na bok sprawy wielkiej wagi i rzuci się do komputera, żeby natychmiast odpowiedzieć właśnie mnie.

Zadałem kilka konkretnych pytań dotyczących spotkania.

Być może jednak nie doceniam złożoności pracy dyplomatycznej. Może odpowiedź na sześć punktów wymagała takiej koordynacji, że w kalendarzu trzeba było znaleźć wolną chwilę między przygotowaniami do kolejnego wydarzenia a analizą sytuacji międzynarodowej.

Jeśli tak, to pozostaje mi tylko pogratulować wszystkim zaangażowanym wytrwałości.

Nie będę jednak ukrywał, że argument o irlandzkiej prezydencji jako przyczynie opóźnienia wydaje mi się nieco zaskakujący. Zwyczajnie trudno mi uznać, że jedno automatycznie tłumaczy drugie. Dodatkowe obowiązki mogą wyjaśniać opóźnienie, ale sama nazwa wielkiego europejskiego przedsięwzięcia nie zamienia każdej zaległej odpowiedzi w sprawę wymagającą międzynarodowej mobilizacji.

No dobrze, zostawmy to.

Nie chcę przecież, żeby po tym felietonie ktoś w Ambasadzie uznał, że powinien natychmiast przygotować szczegółowy raport wyjaśniający, dlaczego dziennikarz z Galway ma poczucie humoru. Na taki dokument mogę poczekać do końca irlandzkiej prezydencji.

A teraz już zupełnie poważnie

Cała ta historia ma dla mnie dość prosty finał. Zadałem pytania, otrzymałem odpowiedzi, część spraw się wyjaśniła, a kilka drobiazgów nadal pozostaje niejasnych. Nie zamierzam jednak udawać, że oto wydarzyło się coś, co powinno przejść do historii polskiej dyplomacji. Nie wydarzyło i właśnie dlatego można o tym napisać bez nadmiernego nadęcia.

Dziękuję chargé d’affaires a.i. Rzeczypospolitej Polskiej w Irlandii, Panu Arturowi Michalskiemu za odpowiedź. Przeprosiny przyjmuję, urazy nie chowam, a sprawę uznaję za wyjaśnioną w takim zakresie, w jakim uzyskałem potrzebne informacje. Nie oznacza to, że nagle zniknęły wszystkie moje wątpliwości, ale też nie widzę powodu, żeby wytwarzać atmosferę konfliktu tylko dlatego, że wcześniej odpowiedź nie nadeszła.

Nie jestem człowiekiem, który uważa, że każdy urząd jest z definicji zły, każdy urzędnik leniwy, a każda instytucja istnieje wyłącznie po to, żeby utrudniać życie obywatelom – prawie taki nie jestem. Byłoby to zresztą zbyt prostackie, a rzeczywistość, jak wiadomo, rzadko bywa tak uprzejma, żeby dało się ją zamknąć w jednym zdaniu.

Są sprawy, które należy krytykować. Są sytuacje, w których trzeba upominać się o odpowiedzi. Są też takie, kiedy wystarczy przyjąć wyjaśnienie, podziękować i przejść do następnego tematu. Ta historia należy właśnie do tej ostatniej kategorii.

A że przy okazji dowiedziałem się, iż ponad dwadzieścia osób związanych z mediami polonijnymi i irlandzkimi spotkało się w rezydencji ambasadora, a winogrona kosztowały 143,17 euro, to już osobna przyjemność. Dostałem przynajmniej materiał do kilku żartów i okazję, żeby ponownie przypomnieć sobie, że czasami rzeczywistość pisze lepsze scenariusze niż człowiek.

Do zobaczenia przy następnych pytaniach

Na zakończenie uspokoję wszystkich zainteresowanych, bo nie zamierzam teraz zasypywać Ambasady dziesiątkami kolejnych pism. Nie mam takiego hobby, a czas w pracy, wolę przeznaczać na rzeczy, które przynoszą mi więcej satysfakcji niż studiowanie urzędowej korespondencji. Kiedy jednak pojawią się kolejne pytania, a zapewne się pojawią, bo świat nie cierpi na niedobór tematów, pozwolę sobie ponownie skorzystać z przysługujących mi uprawnień.

Nie od razu. Nie na złość. Nie po to, żeby komuś utrudnić życie. Po prostu wtedy, kiedy uznam, że warto coś wyjaśnić. I mam nadzieję, że kolejne odpowiedzi będą przychodziły sprawnie, bez konieczności angażowania dodatkowych instytucji i bez potrzeby szukania w kalendarzu dogodnego terminu między jedną a drugą europejską prezydencją.

Bo przecież o to w tym wszystkim chodzi. O zwyczajną komunikację, odrobinę porządku i przekonanie, że pytanie nie jest atakiem, a odpowiedź nie stanowi aktu łaski.

Przy okazji pozdrawiam pracowników Ambasady RP w Dublinie, Konsulatu RP, którego pracę oceniam bardzo dobrze, oraz Pana Artura Michalskiego – chargé d’affaires a.i. Rzeczypospolitej Polskiej w Irlandii.

Dziękuję za odpowiedź. Dziękuję za przeprosiny. Życzę spokojnej pracy, rozsądnego gospodarowania budżetem i nieco mniejszego przeciążenia, jeśli to tylko możliwe.

A czytelnikom życzę, żeby w kontaktach z urzędami mieli jak najwięcej podobnych finałów, więc trochę czekania, odrobinę niejasności, kilka powodów do uśmiechu, ale ostatecznie konkretną odpowiedź. Bo, jak widać, nie taka Ambasada straszna. Czasami wystarczy wysłać pytanie, uzbroić się w cierpliwość, a potem zapłacić za własną kolację więcej, niż kosztowało spotkanie w dyplomatycznych pieleszach. I proszę mi wierzyć: w tej ostatniej konkurencji na razie prowadzę sam ze sobą.

Bogdan Feręc

Graf. Wygenerowana przez AI

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS:
Zima pod znakiem sta
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.