Homo Bruxellensis, czyli zmieniłem zdanie – ponownie
Są takie chwile, kiedy człowiek musi uczciwie przyznać, że się pomylił. Nie jest to szczególnie przyjemne, zwłaszcza jeżeli wcześniej z pełnym przekonaniem bronił określonego stanowiska. Ale cóż, zmiana opinii nie jest chyba oznaką głupoty. Przeciwnie, czasami świadczy o tym, że człowiek jeszcze myśli.
Właśnie dlatego zmieniłem zdanie. Ponownie, bo Unia Europejska robi wszystko, żeby z każdym jej pomysłem coraz większa liczba osób miała krytyczne zdanie o jej funkcjonowaniu, a nawet o inteligencji „tfórców” unijnego prawa. Jakby mało im było tego, co napsuli do tej pory, polityczne beztalencia posuwają się dalej i, opierając się na własnych twierdzeniach o ochronie, wpędzają nasze przyszłe pokolenia w technologiczny niebyt.
Kiedyś, całkiem niedawno, byłem zwolennikiem wdrożenia prawnych ograniczeń w korzystaniu ze sztucznej inteligencji przez dzieci i młodzież. Uważałem, że trzeba młodych ludzi chronić przed niektórymi zagrożeniami, bo internet nie jest przecież klasztorną biblioteką, w której wszystkie książki są opatrzone pieczęcią moralnej nieskazitelności. Są tam rzeczy wartościowe, są rzeczy głupie, ale są też te niebezpieczne.
Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy ktoś dochodzi do wniosku, że najlepszą metodą ochrony człowieka przed zagrożeniem jest odebranie mu możliwości poznania świata. I tutaj Unia Europejska kolejny raz uświadomiła mi, że ona sama może być większym zagrożeniem dla cyfrowej przyszłości młodego pokolenia niż chatbot. W Brukseli coraz częściej pojawia się bowiem przekonanie, że odpowiedzią na problemy związane z internetem powinny być kolejne ograniczenia, mechanizmy kontroli, weryfikacja wieku i bariery w dostępie do usług cyfrowych. W debacie pojawiają się również postulaty dotyczące minimalnego wieku korzystania z określonych usług, w tym narzędzi sztucznej inteligencji.
Owszem, mówi się o wyjątkach, zgodzie rodziców, określonych warunkach i ochronie najmłodszych, czyli jak zwykle, ubiera się to wszystko w piękne słowa. Tylko że kiedy spojrzymy na problem z perspektywy europejskich deklaracji o wolności, edukacji, innowacyjności i nieskrępowanym dostępie do wiedzy, coś zaczyna się rozjeżdżać – i to dość spektakularnie. Zastanówmy się więc przez chwilę, co właściwie powinien robić rozsądny system edukacji.
Czy powinien powiedzieć dziecku: „Nie korzystaj z tego, bo możesz natrafić na coś niebezpiecznego”? Czy może raczej: „Nauczymy cię korzystać z tego narzędzia, pokażemy zagrożenia i nauczymy cię rozpoznawać manipulację, oszustwo, dezinformację oraz treści, których nie powinieneś oglądać”? Dla mnie odpowiedź jest oczywista, a jednak Europa coraz częściej wybiera pierwszą drogę. Żeby nie iść zbyt daleko w krytykę unijnych tak zwanych elit, które z czystym sumieniem nazywam już totalitarnymi w sposobie myślenia i regulowaniu życia obywateli, przedstawię swoją opinię oraz wyjaśnię, dlaczego właściwie nie chcę już ochrony dzieci i młodzieży przez Unię Europejską.
Kiedy pojawiła się ta informacja, wzburzyła mnie po jej przeczytaniu. Ale skoro i tak niebawem mam wizytę u lekarza, to po prostu poproszę o silniejsze leki na ciśnienie i znowu będę mógł normalnie konsumować unijne informacje. Nie o moim zdrowiu rzecz jednak, bo i tak Bruksela nie zdoła mnie wykończyć, a o tym, co ci ludzie, z poziomem inteligencji średniowiecznego pastucha, chcą zrobić z młodym pokoleniem.
Wszystko odbywać ma się oczywiście w związku z ochroną dzieci i młodzieży. To brzmi znakomicie. Kto bowiem będzie przeciwnikiem ochrony dzieci? Trzeba byłoby być kompletnym idiotą, ale historia nauczyła nas, że czasami najbardziej niebezpieczne pomysły zaczynają się od bardzo szlachetnie brzmiących słów. Ochrona. Bezpieczeństwo. Dobro dzieci. Walka z zagrożeniami. Stalin też był przyjacielem dzieci i młodzieży państw socjalistycznych. Organizował pionierów, wychowywał młode pokolenie i oczywiście wszystko robił dla ich dobra. Różnica polega na tym, że dzisiaj mamy internet, sztuczną inteligencję i nieporównywalnie większy dostęp do wiedzy.
Dlatego, szanowna młodzieży, pytajcie chatbotów, dopóki jeszcze możecie. Żartuję. A może właśnie nie?
Kiedy już przełknąłem tę wiadomość i minęła mi pierwsza złość, zrobiłem coś niezwykle staromodnego. Zacząłem sprawdzać. Zamiast bezmyślnie przyjąć kolejne zbliżające się ograniczenie, przejrzałem internet, żeby wiedzę w tym zakresie pogłębić. Rzuciło mnie na dalekie wody, bo sprawdziłem zarówno obie Ameryki, jak i państwa Azji i Pacyfiku, a nawet znalazłem się na Antypodach. Przeleciałem pół internetowego świata i wtedy zrobiło się naprawdę interesująco.
Okazało się, że w wielu miejscach świata odpowiedzią na cyfrową rewolucję nie jest przede wszystkim zamykanie drzwi przed młodymi ludźmi. Jest nią edukacja. W dziesiątkach państw, już w szkołach podstawowych pojawiają się zajęcia poświęcone cyfryzacji, technologiom informacyjnym i bezpiecznego korzystania z internetu. Nie chodzi wyłącznie o to, żeby dziecko wiedziało, gdzie kliknąć albo nie. Idzie tam o to, żeby rozumiało, co znajduje się po drugiej stronie kliknięcia.
Ciekawostka spotkała mnie w Boliwii, bo tam, w przeliczeniu na każdą godzinę lekcyjną, dziesięć minut przeznaczane jest na naukę korzystania z internetu i technologii komunikacyjnych. W Boliwii. Nie w Stanach Zjednoczonych. Nie w Kanadzie. Nie w Niemczech. Nie w Brukseli. W Boliwii!!! I nagle człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie pomyliliśmy kierunku marszu.
Jeszcze ciekawiej jest w szeroko pojętej Azji. W indyjskich szkołach podstawowych technologie cyfrowe są elementem edukacji, a uczniowie mają poznawać zarówno możliwości technologiczne, jak i zagrożenia związane z globalną siecią. Na Tajwanie cyfrowe kompetencje traktowane są jako istotny element procesu edukacyjnego. Podobne kierunki można znaleźć w programach edukacyjnych wielu państw azjatyckich, czyli od Nepalu i Sri Lanki po Tajlandię, Laos czy nawet Brunei.
Jednak tutaj pojawia się zasadnicze pytanie. Dlaczego? Dlaczego państwa, które doskonale zdają sobie sprawę z zagrożeń internetu, nie dochodzą automatycznie do wniosku, że najlepszą metodą jest odcinanie młodych ludzi od technologii? Może powodem jest, że ktoś tam jeszcze rozumie prostą rzecz: nie nauczysz człowieka pływać, odbierając mu dostęp do wody. Można oczywiście postawić przy basenie urzędnika, można stworzyć komisję bezpieczeństwa, można też przygotować 47-stronicowy dokument dotyczący ryzyka zamoczenia włosów, ale nadal nie nauczyłeś człowieka pływać.
A teraz Chiny, a tutaj zrobi się naprawdę niezręcznie dla europejskiego samozadowolenia.
Nie dlatego, że Chiny są wzorem wolności. Nie są. Nie zamierzam udawać, że chiński model państwa jest czymś, co Europa powinna kopiować. Ale jeżeli rozmawiamy o technologii, edukacji i przygotowaniu młodych ludzi do cyfrowej gospodarki, warto przestać udawać, że Chiny nie istnieją. W Państwie Środka edukacja cyfrowa traktowana jest bardzo poważnie. Technologie informacyjne wchodzą do procesu kształcenia od najmłodszych lat, natomiast cyfrowe kompetencje, rozwijane są w kolejnych etapach edukacji.
Dzieci nie tylko mają pisać ręcznie te chińskie „krzaczki”, ale także sprawnie korzystać z klawiatury. Uczniowie poznają komunikatory, cyfrowe technologie i narzędzia oparte na sztucznej inteligencji.
Czy w Chinach istnieją ograniczenia internetu? Oczywiście. Czy chiński model kontroli sieci jest czymś, co należy bezmyślnie importować do Europy? Absolutnie nie. Ale właśnie dlatego przykład Chin jest tak niewygodny, bo pokazuje, że kontrola określonych treści i rozwój kompetencji technologicznych mogą istnieć jednocześnie. Tym samym Chińczycy mogą mieć, nawet mają ograniczenia dostępu do określonych informacji, a jednocześnie mogą bardzo intensywnie inwestować w to, żeby ich dzieci znały technologię.
Europa natomiast ma ambicję być światowym liderem regulacji, a później z przerażeniem odkrywa, że ktoś inny został liderem technologii. To nie jest przypadek, a konsekwencja. Jeżeli młody człowiek ma nauczyć się sztucznej inteligencji, to musi mieć z nią kontakt. Jeżeli ma nauczyć się rozpoznawać algorytmiczną manipulację, musi rozumieć algorytmy. Jeżeli ma rozpoznawać fałszywe informacje, musi umieć pracować z informacją, a jeżeli ma wiedzieć, kiedy chatbot mówi bzdury, najpierw musi się nauczyć, że chatbot może mówić bzdury.
Trzeba więc nauczyć dzieci z korzystania z tego narzędzia, a nie udawać, że po wdrożeniu jakiejś dyrektywy, narzędzie zniknie. Technologia nie zniknie, internet nie zniknie, sztuczna inteligencja nie zniknie to jest już fakt. Można jednak regulacjami sprawić, że europejski dziesięcio-, jednenasto-, czternasto- i piętnastolatek, będzie używał jej znacznie gorzej niż jego rówieśnik z Azji.
Wtedy naprawdę będziemy mieli powód do świętowania, bo Europa będzie miała za to coś, w czym rzeczywiście jest światowym liderem: regulację. Może nawet Bruksela stworzy sztuczną inteligencję do pisania kolejnych regulacji dotyczących sztucznej inteligencji. To byłby europejski przełom.
A Rosja? Tekst nie mógł zakończyć się Chinami, choć pod wieloma względami stawiam je wyżej niż unijny model technologicznego regulowania rzeczywistości. Co ciekawe, jeszcze nikt nie nazwał mnie chińską onucą, choć w przypadku Rosji jest inaczej.
Tam również rozwijane jest nauczanie informatyczne, a uczniowie mogą uczestniczyć w zajęciach dodatkowych związanych z programowaniem, technologią czy informatyką. I znowu trzeba powiedzieć rzecz, której część europejskich elit najwyraźniej nie chce słyszeć: świat nie będzie czekał na Brukselę. Nie będzie siedział grzecznie na ławce i czekał, aż Komisja Europejska zakończy konsultacje. Nie będzie czekał na kolejną dyrektywę ograniczeń. Nie będzie także czekał, aż europejski urzędnik zdecyduje, czy trzynastolatek jest już wystarczająco dojrzały, żeby zadać pytanie sztucznej inteligencji. Świat idzie dalej – i właśnie tutaj dochodzimy do sedna.
To nie jest felieton stricte przeciwko ochronie dzieci. Przeciwnie, bo chcę ochrony dzieci, jednak tej z gatunku mądrych. Chcę, żeby dziecko wiedziało, że internet może być miejscem wiedzy, rozwoju, kontaktu z ludźmi i pracy, ale może być również miejscem oszustwa, manipulacji, pornografii, przemocy, uzależnienia, dezinformacji i cyberprzemocy. Chcę, żeby młody człowiek wiedział, czym jest sztuczna inteligencja i czego nie wolno jej bezkrytycznie powierzać. Chcę, żeby potrafił sprawdzić informację, chcę, żeby umiał rozpoznać manipulację. Chcę, żeby rozumiał, że odpowiedź wygenerowana przez maszynę nie jest automatycznie prawdą tylko dlatego, że została napisana poprawnym językiem.
Krótko mówiąc: chcę wychować świadomego użytkownika technologii, a nie technologicznego analfabetę.
Jeżeli młodzi ludzie będą mieli odpowiednią wiedzę, żaden unijny zakaz nie będzie musiał być dla nich protezą ich bezpieczeństwa. A jeżeli zagrożenia wciąż będą się pojawiać, bo będą, odpowiedzialność powinna być rozłożona przede wszystkim na rodziców, szkołę, platformy technologiczne i państwo, zależnie od rodzaju problemu. Nie można natomiast udawać, że problem rozwiąże się poprzez administracyjne odcinanie kolejnych grup wiekowych od świata.
Wtedy wydarzy się coś znacznie gorszego, bo młodzi ludzie nie przestaną żyć w cyfrowym świecie, oni po prostu będą się go uczyć poza szkołą, poza kontrolą nauczycieli i często poza wiedzą rodziców. Właśnie tego najbardziej obawiam się w pomysłach, które zamiast edukować, przede wszystkim ograniczają.
Musimy być świadomi, że zakaz nie jest edukacją, blokada nie jest kompetencją, weryfikacja wieku nie jest wiedzą, filtr nie zastąpi rozumu, a urzędnik, szczególnie brukselski, nie zastąpi rodzica, nauczyciela ani zdrowego rozsądku.
Jeżeli więc ta rzeczona przeze mnie nieudolna i bezmyślna Bruksela, rzeczywiście chce chronić europejskie dzieci, niech zacznie od szkół. Niech zwiększy nacisk na edukację cyfrową, nauczy młodych ludzi rozsądnego korzystania z AI. Wpoi w nich wiedzę z zakresu weryfikowania informacji. Pokaże, jak rozumują algorytmy, jak działają oszustwa internetowe, jak chronić dane. A na początku, niech nauczy, że internet jest narzędziem, a nie religią. Dopiero potem może przyjść czas na zastanowienie się nad kolejnym zakazem.
Obecna logika Homo Bruxellensis przypomina człowieka, który zamiast nauczyć dziecko obsługi samochodu, postanawia zakazać mu wsiadania do samochodu do osiemnastego roku życia. Będzie bezpieczeństwo? Oczywiście. Tylko że po osiemnastych urodzinach kluczyki nadal będą istniały, samochód również, ale młody człowiek, nadal nie będzie umiał prowadzić.
I dokładnie w tym miejscu widzę największy absurd europejskiego podejścia do cyfryzacji nowych pokoleń. Europa, jak sama podkreśla, chce konkurować z Azją i Ameryką w gospodarce cyfrowej, chce rozwijać sztuczną inteligencję, chce własnych technologicznych gigantów, chce cyfrowej suwerenności, a jednocześnie coraz częściej patrzy na młodego człowieka jak na potencjalną ofiarę technologii, którą trzeba przede wszystkim zabezpieczyć przed technologią.
To droga donikąd.
Jeżeli nie znajdą się europejscy politycy ze śladową choćby zdolnością do strategicznego myślenia, Unia może bardzo szybko stać się kontynentem, który doskonale reguluje świat, którego już nie tworzy. I to byłby dopiero historyczny paradoks, bo Chińczycy będą rozwijać swoje modele AI. Amerykanie będą budować kolejne firmy technologiczne. Indie będą kształcić miliony ludzi do cyfrowej gospodarki. A Europa? Ona będzie debatowała, czy piętnastolatek może kliknąć klawisz „akceptuję”.
Może więc zamiast kolejnego zakazu warto zadać brukselskim urzędnikom jedno proste pytanie: Czy naprawdę chcecie ochronić nasze dzieci przed technologią, czy chcecie ochronić siebie przed koniecznością przyznania, że europejski system edukacji nie nadąża za światem?
Bo jeśli problemem jest brak bezpieczeństwa dzieci w internecie, rozwiązaniem jest edukacja. Jeśli problemem są media społecznościowe, uczmy odpowiedzialnego korzystania. Jeśli problemem jest sztuczna inteligencja, uczmy posługiwania się AI. Jeśli problemem jest dezinformacja, pokażmy, jak weryfikować informacje. Jeśli problemem są algorytmy, wyjaśnijmy, jak działają. A jeśli problemem są zagrożenia, nauczmy wreszcie młodych ludzi je rozpoznawać.
To naprawdę nie jest skomplikowane, choć na takie wygląda. Chyba że ktoś uważa, iż najlepszym sposobem przygotowania młodego Europejczyka do XXI wieku jest postawienie przed nim tabliczki: „Zakaz wstępu. Komisja Europejska wie lepiej”.
Wtedy rzeczywiście mamy problem i nie jest nim sztuczna inteligencja, jest natomiast domniemana inteligencja tych, którzy próbują zarządzać sztuczną.
Zmieniłem więc zdanie. Tak, zrobiłem to ponownie. Kiedyś uważałem, że Unia Europejska powinna bardziej chronić młodych ludzi przed sztuczną inteligencją. Dzisiaj uważam, że też powinniśmy chronić dzieci, ale przede wszystkim przed samą Unią Europejską.
Przyszłość, co warto zapamiętać, nie będzie należała do tych, którzy dzisiaj zakazują technologii, ona będzie należeć do tych, którzy najlepiej ją rozumieją. Jeżeli natomiast Komisja Europejska tego nie zrozumie, to któregoś dnia obudzimy się w Europie, która ma najgrubszy zbiór regulacji technologicznych na świecie i coraz mniej technologii, którą sama potrafi stworzyć.
Wtedy pozostanie nam już tylko jedno – poprosić sztuczną inteligencję o napisanie raportu wyjaśniającego, gdzie popełniliśmy błąd. O ile oczywiście Komisja Europejska pozwoli jej jeszcze odpowiedzieć.
Bogdan Feręc
Photo by Kelli McClintock on Unsplash
