Europa, którą znamy, zaczyna znikać
Jako lewaka szlag mnie trafia, kiedy słucham liberałów spod znaku Unii Europejskiej, czyli tych wszystkich samozwańców, co to powtarzają do znudzenia, że bronią demokracji, bo inaczej nikt by się tego nie domyślił, jednak to właśnie oni dławią Europę. Wiem, że kogoś może dziwić, że nazywam siebie lewakiem, ale tak naprawdę znacznie bliżej mi do poglądów lewicowo-liberalnych niż do jakiejkolwiek prawicy, choć nie mogę powiedzieć, że wszystkie prawicowe pomysły są mi obce. Niestety patrząc na to wszystko, co dzieje się na naszym kontynencie, z przykrością muszę stwierdzić, że to właśnie ugrupowania prawicowe, choć często przesadzają, trafnie wskazują, iż pod rządami liberalnych tak zwanych elit Europa zmierza w złym kierunku.
Zaczęło się od „braku rąk do pracy”, jak twierdziła była kanclerz Niemiec, bo to Angela Merkel otworzyła szeroko bramy Starego Kontynentu, co teraz próbuje naprawić jej następca Friedrich Merz, bo ma pomysł, żeby pogonić z Germanii 8 milionów zasiłkowych przybyszów. Idźmy jednak dalej, bo jedni z tych uchodźców wchodzili tu prosto z marszu, bez dokumentów i pod płaszczykiem ucieczki przed wojną oraz prześladowaniami, jednak inni… Dziwi natomiast, że nawet ci z krajów zaprzyjaźnionych z Europą, wciąż muszą pokazywać paszport, żeby w ogóle wytłumaczyć, kim są i dlaczego chcą postawić stopę na tym kontynencie. Już tylko w tym widać kolosalną nieścisłość unijnych zarządzeń, bo przecież Amerykanin lub Kanadyjczyk, nie przylatuje do Europy po to, by czerpać pełnymi garściami z systemu opieki społecznej.
Europejskie rządy kompletnie nie przewidziały, gdyż mało wspólnego mają z procesem myślowym, że znaczna część napływającej masy ludzi, owych „nachodźców”, jak coraz częściej się ich otwarcie nazywa, wcale nie jest nastawiona na pracę i zarobkowanie, aby poprawić swój byt, za to bardzo liczy na wsparcie. I do tej sytuacji doprowadziliśmy my, lewacy i liberałowie, do sytuacji, w której zaczynamy czuć się na swoim kontynencie dziwnie obco.
Spójrzmy na Wielką Brytanię i Francję, gdzie osoby napływowe zaczynają zajmować najwyższe urzędy. Nie mam nic przeciwko temu, by rodowity mieszkaniec Afryki czy innego kontynentu, jeżeli nabył takie prawa, stanął w wyborcze szranki, wygrał i rządził miastem, powiatem czy nawet regionem. Jednak nie w takim stylu, w jakim zapowiada to nowy mer Saint-Denis Belly Bagayoko, polityk o lewicowych poglądach, który zapowiedział rozbrojenie policji w mieście. Mowa o mieście zamieszkanym głównie przez ludność afrykańską i arabską, co każe zadać pytanie, czy nie mamy do czynienia z przejęciem tej części podparyskiej aglomeracji przez grupy napływowe. Bagayoko stwierdził nawet w telewizyjnym wywiadzie, że „nie ma nic przeciwko temu”, aby w Saint-Denis „osiedlali się biali”, ale pod warunkiem, że dostosują się do „panujących tam zasad”.
Doskonałe, wręcz perfekcyjne stwierdzenie. Europejczycy, w Europie, mają dostosowywać się do zasad narzuconych przez osoby spoza naszego kręgu kulturowego, nawet jeśli mają już francuskie obywatelstwo. A to właśnie boli i denerwuje jednocześnie najbardziej.
Naprawdę staram się zrozumieć, dlaczego mieszkańcy Starego Kontynentu, którzy powinni być mi kulturowo i mentalnie najbliżsi, mają tak mało ducha walki o własną ziemię. Dlaczego wolą sprzeczać się między sobą, zamiast pokazać, kto jest gospodarzem tego kontynentu. Żeby było całkiem jasne, nie jestem żadnym rasistą ani pajacem nienawidzącym przybyszy. Można prześledzić moje medialne wypowiedzi, gdzie sam w nich mówię o sobie jako o Polaku mieszkającym w Irlandii. Podkreślam raz po raz, że to Irlandczycy są u siebie, ja jestem tylko gościem, a nie kimś, kto ma prawo mówić im, jak mają żyć i jak mają kierować własnym państwem.
Mam na to prosty przykład i wielokrotnie namawiano mnie, żebym ubiegał się o mandat radnego w Galway. Konsekwentnie odmawiam. Nie z lęku przed kompromitacją czy porażką, lecz dlatego, że uważam, iż Galway należy do Irlandczyków. Ja mogę być pomocny w inny sposób. Chętnie doradzę lokalnym politykom w kwestiach dotyczących polskiej społeczności, mogę łączyć, tłumaczyć, podpowiadać, ale nie chcę realnie, może nawet wbrew panom tej części wyspy, wpływać na decyzje dotyczące miasta. Nie interesuje mnie tworzenie polityki, ja wolę ją obserwować, krytykować i wytykać błędy. Po co? Ponieważ to też forma doradzania, pokazywania tej lokalnej i państwowej władzy, że ktoś patrzy jej na ręce, że my jesteśmy tu i nie powinni o nas zapominać.
Teraz wróćmy jednak do clou tego felietonu, bo zaczynam się naprawdę obawiać, że wymiana ludności w Europie przybrała już niepokojące rozmiary. Że możemy w pewnym momencie stracić kontynent, który przez tysiące lat kształtował naszą tożsamość, że Irlandczyk przestanie czuć się gospodarzem na swojej wyspie, a Polak, cóż, obco nad Wisłą. Zapytajcie rodowitych Brytyjczyków, zapytajcie Francuzów „z krwi i kości”, a ich odpowiedzi są porażająco smutne. Wielu z nich mówi wprost, że ich państwa już nie istnieją, że umarły pod naporem kolejnych fal migracji. Mówią, że płaczą w zaciszu własnych domów, które barykadują na noc, bo boją się obcojęzycznych gangów grasujących po ulicach.
Czy to właśnie ta „nowoczesna Europa”? Ten kontynent, na którym mieliśmy spokojnie się zestarzeć? Nie. Europa się kurczy, Europa ginie i nawet ja, ze swoimi poglądami, o których inni mówią w formie obelgi („lewackie”), widzę, że to wszystko zmierza w tragicznym kierunku.
Jak mawia mój kolega z mediów, nie patrzcie na migrantów wilkiem. Oni są ludźmi, tak jak my, ale wprowadźmy wreszcie do tego wszystkiego element rozsądku, bo zatrważające jest nie to, że inni tu przychodzą. Największym problemem jest to, że my nie mamy komu przekazać Europy. Nasza, ludzi białych dzietność spada w tempie, które budzi grozę. Afryka, świat muzułmański czy nawet duża część Azji nie mają tego problemu. Tam dzieci rodzą się na potęgę, a u nas, jak na lekarstwo albo z przypadku.
I tak, na koniec, niech niewierzący lewak posłuży się słowami z Księgi Rodzaju: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną”. Te słowa, choć nie mojego Boga, pasują dziś do Europy jak ulał. Bo myśmy tę ziemię odpuścili, a i rozmnażać też nam się nie chce. Pamiętam mój felieton sprzed kilku lat, a napisałem wtedy, że „to dobrze, iż seks jest przyjemny, bo inaczej ludzkość by wyginęła”. Dziś już nie jestem już tych słów taki pewien, choć może nie wyginie ludzkość, ale Europejczycy są na dobrej drodze, by zostać za niedługo, za kilka dziesięcioleci, ludem wymarłym.
Bogdan Feręc
Photo by Ben Garratt on Unsplash
