Czas przestać oglądać się na Brukselę. Polska musi zbudować własny środek ciężkości Europy
Historia, do której często się odwołuję, przypomina o jednej rzeczy – państwa, które przestają samodzielnie myśleć o własnych interesach, prędzej czy później zaczynają realizować interesy cudze. To nie jest teoria ani polityczna publicystyka, bo to zwykła prawidłowość. Tak było przez stulecia i nic nie wskazuje na to, aby XXI wiek miał być pod tym względem wyjątkowy. Dzisiaj Polska stoi właśnie przed takim wyborem, więc albo będzie prowadzić własną politykę, opartą na swoich zasobach, swoim potencjale i własnych priorytetach, albo pozostanie wykonawcą decyzji zapadających setki kilometrów od Warszawy.
Przez lata mówiono nam z przekonaniem, że jedno nie wyklucza drugiego, że można zachować pełną suwerenność i jednocześnie coraz mocniej oddawać kolejne kompetencje unijnym instytucjom. Tyle tylko, że rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te opowieści i im więcej władzy skupia się w Brukseli, tym mniej pozostaje jej w stolicach państw członkowskich. To proces widoczny już na niemal każdym kroku – od polityki energetycznej, przez kwestie klimatyczne, aż po coraz śmielsze próby ingerowania w sprawy, które jeszcze niedawno pozostawały wyłączną domeną parlamentów narodowych.
Najlepiej widać to jednak na przykładzie energetyki.
Polska jest krajem, który natura wyposażyła w ogromne zasoby surowców energetycznych. W czasach, gdy wiele państw gorączkowo szuka sposobów na zapewnienie sobie bezpieczeństwa energetycznego, my posiadamy paliwo, które mogłoby przez długie lata stanowić fundament stabilnego systemu i mówię oczywiście o węglu. Dzisiaj samo wypowiedzenie tego słowa wywołuje niemal polityczną histerię, bo dla jednych jest symbolem zacofania, dla innych wręcz największym wrogiem współczesnego świata. Tyle że fizyki nie da się przegłosować, a gospodarki nie napędzają polityczne hasła.
Przemysł potrzebuje energii. Gospodarstwa domowe potrzebują energii. Szpitale, szkoły, transport, produkcja żywności – wszystko to opiera się na stabilnych dostawach prądu i ciepła, nie zaś na nadziei, że zawieje wiatr albo wyjdzie słońce, lecz na źródłach, które pracują nieprzerwanie, niezależnie od pogody i pory roku. Na obecnym etapie rozwoju technologii jedynie energetyka jądrowa może realnie konkurować z paliwami kopalnymi pod względem stabilności dostaw, co akurat nie chce przejść przez gardła politykom. Polska atomu jednak jeszcze nie posiada, a pod dyktando Brukseli rezygnujemy z jedynego dużego krajowego zasobu, który już dziś może zapewniać takie bezpieczeństwo.
To trochę tak, jakby człowiek siedział przy pełnej studni i umierał z pragnienia tylko dlatego, że ktoś go przekonał, iż picie własnej wody nie jest wystarczająco nowoczesne. Tak na marginesie, Unia Europejska uregulowała już korzystanie z wody studziennej, więc takie fanaberie są wg niej passé i można być ukaranym za czerpanie wody.
Wróćmy jednak do podstaw felietonu i zamiast prowadzić spokojną, wieloletnią transformację energetyczną, obserwujemy proces przypominający bardziej ideologiczną krucjatę niż racjonalną politykę gospodarczą. Zamykane kopalnie przedstawia się jako sukces cywilizacyjny, natomiast górników, którzy przez dziesięciolecia budowali bezpieczeństwo energetyczne państwa, traktuje się jak relikt minionej epoki. Jednocześnie rachunki za energię rosną praktycznie z miesiąca na miesiąc, przedsiębiorcy coraz częściej alarmują o utracie konkurencyjności, a zwykli obywatele z niepokojem patrzą na kolejne podwyżki. To nie jest przypadek.
Energia, o czym trzeba pamiętać, jest obecnie jej najważniejszym składnikiem i jeżeli sztucznie podnosi się koszt wytwarzania, automatycznie drożeje wszystko inne, czyli chleb, mieszkania, produkcja samochodów, transport oraz usługi. Tym samym każda złotówka i każde euro dokładane do ceny energii wraca do obywatela w postaci wyższych kosztów życia, a nie istnieje żadna ekonomiczna magia, która pozwalałaby ominąć tę zależność. Tymczasem polityka klimatyczna Unii Europejskiej coraz częściej wygląda tak, jakby rachunek ekonomiczny przestał cokolwiek znaczyć. Liczą się kolejne cele redukcji emisji, kolejne regulacje i kolejne podatki. Nieustannie słyszymy o ambitnych planach, neutralności klimatycznej i Zielonym Ładzie, ale znacznie rzadziej pada odpowiedź na podstawowe pytanie: kto za to wszystko zapłaci?
Odpowiedź jest niestety prosta, bo zapłacą przedsiębiorcy, zapłacą rodziny i zapłaci całe społeczeństwo.
W tym wszystkim zastanawia jednak jeszcze coś innego, bo przecież Europa odpowiada jedynie za ułamek światowej emisji gazów cieplarnianych (ok. 8%), podczas gdy największe gospodarki globu prowadzą własną politykę przemysłową. Chiny nie zamierzają rezygnować z budowania swojej potęgi gospodarczej tylko dlatego, że Bruksela przyjęła kolejne regulacje. Indie również rozwijają swój przemysł przede wszystkim z myślą o własnym interesie, a Stany Zjednoczone także nie prowadzą polityki gospodarczej z myślą o europejskich przedsiębiorcach. Każde mocarstwo realizuje więc swoje cele i patrzy na własny wynik ekonomiczny, ale ściśle monitorując także koszty.
Tylko Europa coraz częściej sprawia wrażenie, jakby postanowiła wygrać globalną rywalizację poprzez nakładanie ograniczeń przede wszystkim na samą siebie, a nawet nie liczą się koszty jakie są w ten sposób generowane. To strategia, która przypomina bieg maratończyka z przywiązanymi do nóg ciężarkami. Można mówić oczywiście o szlachetnych intencjach, ale na mecie i tak wygrywa ten, kto biegnie szybciej.
To wszystko, co złe jest w UE, nie oznacza jednak, że należy przekreślić cały dorobek polskiego członkostwa w Unii Europejskiej. Byłoby to równie nierozsądne, jak bezkrytyczne zachwycanie się każdą decyzją Komisji Europejskiej. Polska rzeczywiście skorzystała na otwarciu wspólnego rynku. Powstały drogi, rozwinęła się infrastruktura, przedsiębiorcy zyskali dostęp do ogromnego rynku zbytu. Tego nie sposób uczciwie kwestionować, ale problem polega na czymś innym.
Od dawna mylimy integrację gospodarczą z integracją polityczną. Tymczasem są to dwie zupełnie różne rzeczy. Można prowadzić swobodny handel, zachowując jednocześnie pełną możliwość decydowania o własnej energetyce, podatkach, polityce przemysłowej czy strategicznych kierunkach rozwoju państwa. Coraz częściej widzę jednak, że Unia Europejska odchodzi od takiego modelu i coraz mniej przypomina wspólnotę współpracujących narodów, a coraz bardziej projekt polityczny zmierzający do centralizacji decyzji. To właśnie tutaj pojawia się podstawowy problem.
Nie chodzi o Europę, nie chodzi nawet o samą Unię Europejską, a chodzi o jej obecny kształt. Dzisiejsza Unia coraz częściej oczekuje nie współpracy, lecz podporządkowania. Nie partnerstwa, lecz jednolitego sposobu myślenia. A przecież interes Berlina nie zawsze będzie interesem Warszawy, natomiast interes Paryża nie musi być interesem Polski. Tak samo jak interes Polski nie musi odpowiadać oczekiwaniom innych państw i nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Tak właśnie działa polityka.
Każdy dba przede wszystkim o własne państwo. Niemcy robią to konsekwentnie od dziesięcioleci. Francuzi również. Nie ma więc żadnego powodu, aby Polska jako jedyna uznawała, że obrona własnego interesu narodowego jest czymś niewłaściwym. Być może najwyższy czas przestać pytać, czego oczekuje od nas Bruksela, a zacząć pytać, czego potrzebuje Polska. Jeżeli z kolei Polska usłyszy, że Bruksela oczekuje czegoś innego, więc podporządkowania, Warszawa już teraz ma wiele możliwości, aby tę nawet utemperować. Niestety są też zagrożenia, ale to już całkiem inna historia.
Bogdan Feręc
Photo by Severinus Dewantara on Unsplash
