Cicha Polska. Łódź, która przestała umierać, ale zaczęła mówić szeptem
Urlop minął. Jak zwykle zbyt szybko, bo dwa tygodnie przemknęły mi przed oczami niczym mrugnięcie powiek. Człowiek ledwie zdąży się rozgościć, rozpakować walizki, przestawić głowę z jednego trybu na drugi, a już trzeba sprawdzać, czy wszystko zostało załatwione, czy niczego nie zapomniał i, czy przypadkiem nie nadszedł ten mało przyjemny moment, w którym wolność trzeba odłożyć na półkę, a samemu wrócić do obowiązków. Urlop ma bowiem tę paskudną właściwość, że nigdy nie konsultuje z nami terminu swojego zakończenia.
Tym razem jednak nie mogę powiedzieć, że zmarnowałem choćby jeden dzień. Plan zakładał kilka istotnych przedsięwzięć i, co nieczęsto zdarza się w życiu, udało się je zrealizować. Byłem na głębokiej, cichej prowincji, kupiłem dom, zmierzyłem wszystko, co należało zmierzyć, żeby zamówić potrzebne do renowacji elementy mojego domostwa, a przy okazji miałem okazję odetchnąć wiejskim powietrzem, które nie pachnie miastem, pośpiechem i cudzymi ambicjami. Było trochę chodzenia, trochę planowania, trochę liczenia i całkiem sporo myślenia o tym, jak urządzić sobie ten kawałek świata po swojemu.
Wszystko to ważne, ale nie będę udawał, że właśnie dom na wsi stał się głównym bohaterem mojego urlopu. Większość czasu spędziłem przecież w rodzinnej Łodzi. To stamtąd przywiozłem obserwację, która została ze mną dłużej niż widok świeżo kupionej nieruchomości, lista materiałów budowlanych czy rozrysowane plany remontowe. Łódź się zmienia. To oczywiste. Zmieniają się jednak nie tylko ulice, budynki, chodniki i środki transportu. Zmieniają się również ludzie, a czasami zmienia się coś trudniejszego do uchwycenia, coś, co nie ma własnego adresu, nie figuruje w miejskich dokumentach i nie da się tego zmierzyć żadnym przyrządem. Atmosfera.
Tym razem odniosłem wrażenie, że moje miasto ucichło. I nie mam jeszcze pewności, czy powinienem się z tego cieszyć, czy raczej zastanawiać, co właściwie się wydarzyło.
Miasto, które kiedyś nie znało pojęcia ciszy
Łódź przez lata nazywałem miastem smutnych ludzi. Nie była to może najbardziej elegancka definicja miejsca, w którym przyszedłem na świat, ale przecież nie zawsze trzeba głaskać rzeczywistość z włosem, żeby pokazać, że się ją lubi. Można mieć do jakiegoś miasta słabość, znać jego ulice, pamiętać zapachy, twarze i charakterystyczne zakątki, a jednocześnie dostrzegać, że coś w nim nie gra.
Kiedy przyjeżdżałem do Łodzi w latach poprzednich, właśnie to odczuwałem. Niby wszystko było na swoim miejscu, niby życie toczyło się normalnie, ale twarze przechodniów nie należały do szczególnie pogodnych. Uśmiech nie był tam dobrem pierwszej potrzeby, a przypadkowa życzliwość potrafiła zaskoczyć człowieka bardziej niż nieoczekiwany remont ulicy. Tym razem było trochę inaczej. Nie będę oczywiście opowiadał, że Łódź nagle zamieniła się w miasto ludzi szczęśliwych, którzy od rana rozdają sobie uśmiechy, pomagają staruszkom przechodzić przez jezdnię i spontanicznie zapraszają nieznajomych na kawę. Nie przesadzajmy. Niektóre rzeczy mają swoje granice, a cudów nie należy oczekiwać nawet po dwóch tygodniach urlopu.
Miałem jednak wrażenie, że ludzie stali się odrobinę spokojniejsi, a może po prostu bardziej zamknięci. Sprzedawcy, co przyznam z radością, wydawali się uprzejmiejsi, codzienne kontakty przebiegały bez zbędnego napięcia, a samo poruszanie się po mieście nie wywoływało we mnie tej znajomej potrzeby, żeby jak najszybciej znaleźć się gdzieś indziej. I właśnie wtedy pojawił się pewien paradoks. Im przyjemniej odbierałem niektóre elementy miejskiego życia, tym mocniej zaczynałem dostrzegać, że brakuje mi czegoś, co jeszcze niedawno uważałem za jedną z najbardziej męczących cech Łodzi.
Hałasu. Takiego zwyczajnego, miejskiego, codziennego hałasu, który niekoniecznie jest przyjemny, ale świadczy o tym, że miasto oddycha pełną piersią.
Dawniej samochody, tramwaje, autobusy, rozmowy przechodniów i odgłosy dobiegające z lokali tworzyły charakterystyczną symfonię. Nie zawsze piękną, nie zawsze harmonijną, czasami wręcz irytującą, ale własną. Łódź miała swój rytm, a człowiek, który spędził w niej kawał życia, potrafił rozpoznać ten rytm nawet wtedy, gdy nie zastanawiał się nad nim świadomie. Teraz miałem wrażenie, że ktoś ściszył głośność. Nie, nie wyłączył miasta, nie zatrzymał go. Po prostu przekręcił pokrętło w lewo i zostawił nas z dźwiękiem, który bardziej przypomina tło do codzienności niż jej główną melodię.
Galway i Łódź, czyli dwa sposoby na życie
Od kilkunastu lat mieszkam w Galway i właśnie dlatego moje obserwacje są zapewne trochę inne niż tych, którzy całe życie spędzili w jednym miejscu. Mam bowiem możliwość porównywania dwóch miast, które dobrze przecież znam, choć każde z nich jest mi bliskie na zupełnie inny sposób.
Galway żyje głośno. Ma swój ruch, swoje zatłoczone ulice, turystów, rozmowy, muzykę, ludzi przemieszczających się w różnych kierunkach i tę charakterystyczną atmosferę miejsca, w którym zawsze coś się dzieje. Nawet kiedy człowiek próbuje spokojnie przejść przez centrum, rzeczywistość przypomina mu, że nie jest jedynym uczestnikiem tego przedstawienia.
Łódź była inna, choć kiedyś również potrafiła dać człowiekowi solidną dawkę miejskiego zgiełku. Dzisiaj, przynajmniej w moim odczuciu, wyraźnie zwolniła. Podczas tego pobytu miałem okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Z „mojej wsi” do rodzinnego domu jechałem z młodszym bratem, który tym razem pełnił funkcję mojego prywatnego kierowcy. Wjechaliśmy do Łodzi tuż po godzinie trzynastej, a więc w porze, w której można już spodziewać się narastającego ruchu. Tymczasem samochód sunął przez miasto bez większych przeszkód. Przejechaliśmy dosłownie całe miasto, przecinając jego ścisłe centrum, a ja nie mogłem wyjść ze zdumienia. Samochody, choć poruszały się jeden za drugim, ale nie było tego charakterystycznego szarpania, zatrzymywania co kilkadziesiąt metrów i nerwowego spoglądania na zegarek. Nawet w godzinach, które powinny oznaczać początek komunikacyjnego zamieszania, ruch sprawiał wrażenie zaskakująco uporządkowanego. Kiedy pojawiały się zatory, „zielona fala” pozwalała im sprawnie się rozładowywać.
Nie twierdzę, że Łódź została cudownie uwolniona od korków. Jedna podróż nie daje podstaw do ogłaszania komunikacyjnego przełomu. Pamiętam przecież ulice zapchane samochodami, długie sznury aut przed skrzyżowaniami i sytuacje, w których pokonanie kilku kilometrów potrafiło zająć więcej czasu, niż człowiek chciałby poświęcić na podobne przyjemności. Ale tym razem było inaczej i nie chodzi wyłącznie o samochody. Chodzi o ogólne wrażenie, że miasto stało się mniej nerwowe, jakby przestało nieustannie ścigać się samo ze sobą.
Może to dobrze. Może właśnie tego potrzebowaliśmy: nieco mniej pośpiechu, mniej trąbienia, mniej irytacji, a więcej przestrzeni na zwyczajną codzienność. Tyle że wraz z tym uspokojeniem pojawiło się pytanie, czy nie zgubiliśmy gdzieś po drodze również odrobiny miejskiej energii. Bo przecież istnieje cienka granica między spokojem a marazmem. I choć nie zamierzam twierdzić, że Łódź tę granicę przekroczyła, to jednak nie mogłem przestać się zastanawiać, po której stronie obecnie się znajduje.
Metro, które może wyprzedzić irlandzkie marzenia
Przy okazji Łódź przypomniała mi jeszcze o pewnej sprawie, która szczególnie mnie bawi, kiedy patrzę na nią z perspektywy mieszkańca Irlandii. W moim rodzinnym mieście powstaje metro, a prace dotarły również w okolice osiedla, na którym mieszka moja mama. Inwestycja trwa od kilku lat, a jej obecność staje się coraz bardziej namacalna. To już nie tylko kreski na planach, konferencje i wizualizacje, na których wszystko wygląda pięknie, czysto i bezproblemowo. To rzeczywiste prace prowadzone w przestrzeni, którą mieszkańcy znają na co dzień.
I tutaj pozwolę sobie na małą złośliwość pod adresem Dublina. Niewykluczone, że Łódź doczeka się swojego metra szybciej, niż stolica Irlandii zrealizuje własne wielkie podziemne marzenie. Oczywiście ostateczny werdykt wyda rzeczywistość, a nie moje urlopowe obserwacje. Niemniej trudno nie zauważyć różnicy między przedsięwzięciem, które stopniowo przechodzi do fazy robót, a projektem, który przez lata funkcjonuje w publicznej wyobraźni jako obietnica przyszłości.
Zresztą nie jestem wielkim entuzjastą budowania metra za wszelką cenę. Kolej podziemna bywa znakomitym rozwiązaniem, ale nie w każdym mieście musi być najlepszym, najtańszym i najbardziej praktycznym sposobem organizowania transportu. Czasami sprawniejszy system nadziemny, dobrze zaprojektowane linie tramwajowe i odpowiednio skoordynowana komunikacja mogą przynieść mieszkańcom więcej korzyści przy mniejszych kosztach. Nie zmienia to jednak faktu, że w Łodzi coś się dzieje. Miasto podejmuje trudne przedsięwzięcia infrastrukturalne, przebudowuje przestrzeń i próbuje dostosować się do nowych potrzeb.
A Dublin? Cóż, o problemach, jakie mogą pojawić się przy realizacji ambitnych projektów transportowych, jeszcze zapewne usłyszymy. Nie będę jednak odbierał sobie przyjemności komentowania ich na zapas. Niech najpierw rzeczywistość wykona swoją pracę. Ja mam czas, pamięć i wystarczająco dużo cierpliwości, żeby później przypomnieć, co wydawało mi się wątpliwe już na etapie planowania. Felietonista, w przeciwieństwie do niektórych urzędników, nie musi przecież każdej obietnicy traktować jak objawienia.
Mój blok, moje podwórko i nieobecni sąsiedzi
Najmocniej odczułem jednak tę nową ciszę nie na ulicach, lecz w miejscu, które znam od dzieciństwa. W bloku, w którym właściwie się urodziłem, a następnie wychowałem. To dziesięciopiętrowy budynek, jeden z tych, które dla pokolenia moich rodziców oznaczały własny kąt, a dla dzieci były całym światem. Nie trzeba było mieć wielkiego ogrodu, prywatnego placu zabaw ani wymyślnych atrakcji, żeby spędzać czas na świeżym powietrzu. Wystarczył kawałek trawnika, kilka drzew i grupa rówieśników, którzy potrafili znaleźć sobie zajęcie nawet wtedy, gdy dorośli uważali, że akurat nie powinni.
Pamiętam dzieci biegające między blokami, wspinające się na drzewa i organizujące zabawy, których zasad nikt nie spisywał, a mimo to wszyscy doskonale je znali. Był też orzechowiec, nasze ulubione drzewo, które z czasem zniknęło z krajobrazu. Nie będę udawał, że byliśmy niewinnymi aniołkami. Zielone zawiązki orzechów służyły nam czasami do obrzucania przechodniów, co zapewne nie należało do najważniejszych osiągnięć wychowawczych tamtej epoki. Ale takie były dziecięce pomysły, a podwórko stanowiło miejsce, w którym rodziły się przyjaźnie, konflikty i wspomnienia, o których człowiek później opowiada z rozbawieniem.
Sam blok również miał własne życie. Ktoś przygotowywał obiad, ktoś ubijał mięso na kotlety, z któregoś mieszkania dobiegał odgłos włączonego radia, gdzie indziej „grał” telewizor. Na klatce schodowej zawsze znalazł się jakiś majsterkowicz, który naprawiał domowy sprzęt, rozkręcał rower albo prowadził rozmowę z sąsiadem, choć obaj mieli już dawno wejść do mieszkań. Dźwięki niosły się po całym budynku. Rozmowy na klatce schodowej potrafiły dotrzeć na piętra, na których nikt nie miał zamiaru uczestniczyć w dyskusji. Winda zatrzymywała się co chwilę, drzwi mieszkań otwierały i zamykały, ktoś wracał z zakupami, ktoś wychodził do pracy, ktoś zaglądał do sąsiadów po szklankę cukru albo po prostu po to, żeby zamienić kilka zdań.
To wszystko składało się na zwyczajny, czasami irytujący, ale niewątpliwie żywy świat. Dzisiaj ten świat wygląda inaczej.
Winda jest nowoczesna, mieszkańcy w dużej mierze się zmienili, a dawnych sąsiadów została już tylko garstka. Nowi czasami pytają mnie, czy jestem w bloku od niedawna. Odpowiadam wtedy z uśmiechem, że to raczej oni są nowi, bo ja byłem tutaj, kiedy betonowe płyty dopiero tworzyły budynek, a przyszli mieszkańcy odbierali klucze do swoich niewielkich mieszkań. To jeden z tych momentów, w których człowiek uświadamia sobie, że czas potrafi zmienić wszystko, nie pytając nikogo o zgodę.
Nie mam pretensji do nowych mieszkańców. Nie oczekuję, że będą znać historię każdego drzewa, pamiętać nazwiska wszystkich lokatorów i uczestniczyć w życiu wspólnoty według zasad sprzed pięćdziesięciu lat. Każde pokolenie ma swoje przyzwyczajenia, własne tempo i własny sposób organizowania codzienności. Ale nie mogłem też nie zauważyć, że mój dawny blok stał się niezwykle cichy. Przez cały pobyt nie słyszałem sąsiadów. Nie słyszałem windy. Nie słyszałem niemal niczego, co kiedyś stanowiło naturalny pejzaż dźwięków tego miejsca.
Owszem, o poranku pojawiały się ekipy zabierające kubły ze śmieciami. Puste szklane butelki przesypywane do przepastnego brzuchatego wnętrza śmieciarki potrafiły narobić hałasu, jakby ktoś postanowił jednorazowo rozliczyć wszystkie zaległości odgłosów osiedla. Potem jednak wszystko znowu cichło.
I wtedy dotarło do mnie, że nie chodzi wyłącznie o mój blok, bo ta sama cisza zdawała się otaczać całe miasto.
Czy naprawdę zrobiło się spokojniej?
Nie chcę wpadać w pułapkę idealizowania przeszłości. To zresztą dość popularne zajęcie, bo wystarczy trochę poczekać, a człowiek zaczyna opowiadać, że dawniej dzieci były grzeczniejsze, sąsiedzi bardziej życzliwi, jedzenie smaczniejsze, a życie miało sens, którego dzisiaj nie potrafimy już odnaleźć. Znam tę pokusę, ale nie zamierzam jej ulegać. Dawniej również narzekaliśmy. Samochody hałasowały, sąsiedzi potrafili być uciążliwi, dzieciaki doprowadzały dorosłych do rozpaczy, a życie w bloku nie zawsze przypominało sielankę. Nie każdy sąsiad był przyjacielem, nie każda rozmowa kończyła się zgodą, a wspólne podwórko potrafiło być polem małych wojen, których nikt nie zamierzał opisywać w kronikach osiedla.
Nie wszystko było lepsze. Nie wszystko było gorsze. Było po prostu inaczej.
Dzisiaj ludzie mają więcej możliwości, większy wybór sposobów spędzania czasu i znacznie więcej narzędzi pozwalających im kontaktować się z innymi bez wychodzenia z domu. Można przez cały dzień rozmawiać z ludźmi, nie zamieniając ani jednego zdania z sąsiadem i można uczestniczyć w życiu całego świata, nie wiedząc, kto mieszka za ścianą. Może więc cisza, którą zauważyłem, nie jest oznaką smutku. Może stanowi efekt uboczny zmian, których nie dostrzegamy, ponieważ przychodzą stopniowo, niemal niezauważalnie.
A może po prostu mieszkańcy nauczyli się żyć w sposób, który bardziej szanuje prywatność. Nie każdy musi przecież słuchać cudzej muzyki, wiedzieć, co sąsiad gotuje na obiad, ani uczestniczyć w rozmowie prowadzonej na klatce schodowej. Współczesne miasto nie musi być głośne, żeby było żywe. Chociaż wciąż pozostaje jeszcze jedno pytanie – to o samotność. Bo można mieszkać wśród tysięcy ludzi i nie mieć z nimi żadnego kontaktu. Można codziennie mijać setki twarzy, a mimo to funkcjonować w świecie, w którym nikt nikogo nie zauważa. Można zamknąć drzwi mieszkania i przez wiele dni nie usłyszeć niczego poza własnymi myślami.
Nie twierdzę, że tak właśnie jest w Łodzi. Nie mam do tego podstaw. Być może moje obserwacje są zbyt powierzchowne, być może trafiłem na okres, w którym miasto rzeczywiście było spokojniejsze niż zwykle, a może po prostu sam przyjechałem w innym nastroju i dlatego dostrzegłem rzeczy, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Ale właśnie dlatego lubię wracać do miejsc, które znam. Nie po to, żeby sprawdzać, czy zachowały się zgodnie z obrazami w mojej pamięci i z oczekiwaniami, lecz żeby przekonać się, jak bardzo potrafią mnie zaskoczyć.
Łódź nie umiera. Łódź się przeobraża
Przez lata słyszałem, że Łódź umiera. Sam również tak czasami mówiłem, patrząc na problemy miasta, jego przemysłową przeszłość i trudności związane z odnalezieniem nowej tożsamości. Miasto, które przez dziesięciolecia było jednym z najważniejszych ośrodków przemysłu włókienniczego, musiało przecież znaleźć dla siebie nowe miejsce w rzeczywistości, w której dawne fabryki przestały wyznaczać rytm gospodarczego życia.
Nie było i nie jest to łatwe zadanie. Przemysł nie znika bez konsekwencji, a utrata gospodarczych fundamentów pozostawia ślady nie tylko w statystykach, lecz także w świadomości mieszkańców. Kiedyś praca, fabryki i wielkie zakłady wyznaczały codzienny rytm miasta. Potem przyszły zamknięcia, bezrobocie, problemy społeczne i długie lata poszukiwania nowej drogi. Łódź jednak nie zniknęła. Powstają nowe osiedla, pojawiają się biurowce, zmieniają się ulice, odnawiane są chodniki, a przestrzeń miejska staje się coraz bardziej uporządkowana. Nie wszystko jest idealne, nie każda inwestycja musi być trafiona, a władze miejskie z pewnością nie powinny otrzymywać bezwarunkowych pochwał za samo wykonywanie swoich obowiązków.
Słuchałem również lokalnych działaczy, którzy będąc w opozycji, krytykują prezydent Hannę Zdanowską. Mają do tego prawo, a kontrola władzy jest jednym z fundamentów normalnego życia publicznego. Nie zamierzam jednak przyjmować każdej krytycznej opinii jako ostatecznej diagnozy stanu miasta. Spory polityczne mają swoją dynamikę. Opozycja musi pokazywać błędy rządzących, rządzący zaś chętnie eksponują własne osiągnięcia. Pomiędzy jednym a drugim pozostaje rzeczywistość, którą najlepiej oceniać nie przez pryzmat konferencji prasowych, lecz przez zwyczajny spacer, podróż przez miasto i rozmowę z mieszkańcami. A rzeczywistość, którą zobaczyłem, nie przypominała miasta skazanego na zagładę. Przypominała natomiast miasto, które przechodzi metamorfozę. Może nie tak spektakularną, jak chcieliby tego urzędnicy. Może nie tak szybką, jak oczekują mieszkańcy, ale jednak wyraźną.
Łódź staje się nowocześniejsza, infrastrukturalnie bardziej przyjazna, a w wielu miejscach po prostu wygodniejsza do życia. To nie oznacza, że wszystkie problemy zostały rozwiązane. Oznacza jedynie, że nie ma sensu wciąż opowiadać tej samej historii o mieście, które rzekomo nie potrafi podnieść się z kolan. Być może powinienem więc wycofać się z dawnego przekonania, że Łódź umiera. Nie dlatego, że nagle zakochałem się w każdej jej ulicy, ani dlatego, że zapomniałem o tym, co mnie w niej irytowało. Po prostu coraz trudniej bronić tezy, która nie nadąża za rzeczywistością.
Łódź nie umiera. Łódź szuka nowego rytmu, a jeżeli przy okazji tego poszukiwania stała się cichsza, być może właśnie w tej ciszy próbuje odnaleźć własny głos.
Powroty, które otwierają nowe drzwi
Nie należę do ludzi, którzy po latach nieobecności wracają do rodzinnego miasta wyłącznie po to, żeby wzdychać nad utraconym dzieciństwem. Nie mam potrzeby zatrzymywania czasu ani przekonywania samego siebie, że najpiękniejsze chwile życia zostały już za mną. Wręcz przeciwnie. Lubię wracać na „stare śmiecie” właśnie dlatego, że mogę zobaczyć coś nowego. Mogę porównać to, co pamiętam, z tym, co istnieje dzisiaj. Mogę sprawdzić, które z moich dawnych przekonań przetrwały próbę czasu, a które powinienem spokojnie odłożyć do szuflady z napisem „kiedyś tak myślałem”.
Jest w tym pewna przyjemność, której nie zastąpi żadna fotografia ani rozmowa telefoniczna. Człowiek idzie znaną ulicą, rozpoznaje budynek, przypomina sobie dawną sytuację, a jednocześnie widzi, że świat nie zatrzymał się w chwili jego wyjazdu. Ludzie żyją dalej, podejmują decyzje, budują domy, wychowują dzieci, zmieniają pracę, przeprowadzają się i odchodzą. Miasto również żyje własnym życiem, niezależnie od tego, czy akurat ktoś na nie patrzy. A ja mam okazję obserwować ten proces z pewnego dystansu.

Galway jest teraz moją codziennością, Łódź pozostaje częścią mojej historii, a wiejski dom staje się kolejnym rozdziałem, który dopiero zaczynam pisać. Nie muszę natomiast wybierać jednego miejsca i odrzucać pozostałych. Każde daje mi coś innego, każde uczy czegoś innego, każde pozwala spojrzeć na życie z nieco odmiennej perspektywy. I chyba właśnie to jest w podróżowaniu najciekawsze. Nie samo przemieszczanie się z punktu A do punktu B, nie odhaczanie kolejnych miejsc na mapie, ale możliwość zobaczenia, jak zmieniają się ludzie, przestrzenie i nasze własne spojrzenie na rzeczywistość.
Czasami wystarczy dwa tygodnie, żeby dostrzec coś, czego nie zauważało się przez lata.
Nie wiem, czy Łódź rzeczywiście stała się cichsza, czy tylko ja usłyszałem tę ciszę wyraźniej niż wcześniej. Nie wiem, czy mieszkańcy są spokojniejsi, bardziej zamknięci, czy po prostu nauczyli się inaczej funkcjonować w tej przestrzeni. Nie wiem również, czy za rok zastanę to samo miasto, czy kolejne zmiany znowu każą mi przemyśleć wszystko od początku. Ale właśnie dlatego z niecierpliwością czekam na następną wizytę. Chcę zobaczyć, co powstanie, co zniknie, które ulice zmienią swoje oblicze i czy metro rzeczywiście zbliży się do codzienności mieszkańców. Chcę pospacerować po mieście, zajrzeć do znajomych miejsc, porozmawiać z ludźmi i sprawdzić, czy Łódź nadal będzie mówiła szeptem, czy może znów pozwoli sobie na odrobinę głośniejszy śmiech.
Nie potrzebuję, żeby wróciła do tego, czym była czterdzieści lat temu. Nie oczekuję, że odtworzy moje dzieciństwo, wskrzesi dawnych sąsiadów i ponownie obsadzi podwórka gromadami dzieciaków, choć powinna. Takie rzeczy należą do przeszłości, a próby ich odtworzenia przypominają czasami remont starego zegara po to, żeby znowu wskazywał godzinę, która już dawno minęła.
Wolę, żeby Łódź była sobą, nawet jeśli oznacza to, że będzie musiała stać się miastem zupełnie innym niż dawniej. Bo może właśnie na tym polega dojrzałość miasta. Nie na tym, że potrafi zachować każdy element swojej przeszłości, ale na tym, że umie z niej korzystać, nie pozwalając jej zamienić się w ciężar.
A ja? Ja wróciłem z urlopu zadowolony, z głową pełną planów, z domem na wsi, który czeka na swoją nową odsłonę, i z kolejną zagadką, którą podsunęło mi rodzinne miasto. Przywiozłem też pewne przekonanie, że nie wszystko, co ciche, jest smutne. Nie wszystko, co spokojne, jest martwe. Czasami cisza pojawia się tam, gdzie właśnie rodzi się coś nowego, choć nie zawsze potrafimy od razu rozpoznać jego kształt. Może więc moja Łódź nie straciła energii. Może tylko przestała ją demonstrować w sposób, do którego byłem przyzwyczajony. A może, po prostu, ja sam nauczyłem się słuchać w odmienny sposób.
Tak czy inaczej, wrócę. I nie po to, żeby sprawdzić, czy moje miasto nadal przypomina to, które zostawiłem przed laty. Wrócę, żeby zobaczyć, czym stało się bez mojego udziału. Bo życie ma to do siebie, że najciekawsze rzeczy dzieją się właśnie wtedy, kiedy człowiek jest przekonany, że już wszystko zna.
A Łódź? Łódź wciąż potrafi mnie zaskoczyć. Tym razem zrobiła to ciszą.
Bogdan Feręc
Fot. Archiwum własne

