Siedlisko głupoty. Jak brukselska korporacja doprowadza do ruiny portfele Europejczyków
Korporacja ukrywająca się pod nazwą Unia Europejska, która niegdyś stanowiła całkiem sensowny projekt gospodarczy oparty na wolnej wymianie handlowej, bezpowrotnie porzuciła dawne ideały. Dopuściła do władzy ludzi wypranych z logiki i zaczęła przypominać zdegenerowane państwa komunistyczne. Dzisiaj dla odmiany niczego nie przypomina, ale o tym porozmawiamy w innym terminie. Stała się po prostu bezdusznym tworem, żywcem wyjętym z czasów świetności socjalistycznego absurdu. Wtedy też każdy aspekt życia regulowało państwo, dławiono wolność wypowiedzi, a bezsensowne przepisy pączkowały z dnia na dzień.
Kiedy w Stanach Zjednoczonych drugą kadencję obejmował Donald Trump, w sercach wielu Europejczyków rozbłysła nadzieja. Liczono, że decyzje 47. prezydenta USA w kwestiach energii i środowiska zmuszą Stary Kontynent do opamiętania i zrzucenia klimatycznego jarzma. Nic z tego. Bruksela idzie w zaparte i z bezczelną uporczywością pożera finanse rodzimych przedsiębiorstw oraz zwykłych ludzi. Choć takie działanie bezsprzecznie dewastuje gospodarkę, warto zadać kluczowe pytanie: po co oni właściwie to robią?
Powód okazuje się banalny w swej prostocie, o ile nie prostactwie. Komisja Europejska uznała, że Unia musi zacząć samofinansować swój rozbuchany aparat ucisku. Przepoczwarzyła się w gigantyczną korporację, tyle że zarządzaną przez wyjątkowych nieudaczników. Każdy normalny zarząd konglomeratu finansowego wie, że stabilny zysk wymaga budowania zdrowego otoczenia ekonomicznego. Bruksela ten fakt całkowicie zignorowała, a dotychczasowy klimat gospodarczy doszczętnie rozbiła. Nie trzeba być wybitnym analitykiem, by wiedzieć, że firmy rozwijają skrzydła, a obywatele chętniej wydają pieniądze wtedy, gdy ich portfele nie świecą pustkami. Mieszkańcy Warszawy, Krakowa, Dublina czy Cork obracają gotówką i napędzają rynek wyłącznie wtedy, jeżeli państwo nie zabiera im ostatniego grosza. Biurokratów z Brukseli to jednak niespecjalnie obchodzi. Wolą łupić wszystkich wokół, byle tylko zrealizować koszmarne cele, które sami przed sobą postawili.
Do tego wszystkiego dochodzi postawa unijnych polityków, a ci ludzie z procesami myślowymi mają tyle wspólnego, co Irlandia z długotrwałą suszą. Otrzymujemy w efekcie esencję głupoty w pigułce – mieszankę wybuchową, za którą płacimy przy każdym rachunku za prąd i gaz.
Fiskalny rabunek pod płaszczykiem ekologii
Skoro Bruksela wymyśliła sobie, że ma na siebie zarabiać, najbardziej opłaca jej się utrzymywanie niebotycznie wysokich cen w całym bloku. Im wyższe rachunki płaci obywatel, tym większe wpływy płyną z fiskalnej grabieży. Wystarczy spojrzeć na projekt nowego budżetu Unii na lata 2028–2034. Aż roi się w nim od zapisów nakazujących zwiększanie tzw. dochodów własnych. Unia, jako twór polityczny, nadal nie wytwarza żadnych dóbr, nie buduje realnej wartości ani niczego nie produkuje. Zwiększenie dochodów oznacza więc po prostu potężniejsze sięganie do kieszeni podatnika. W chorej doktrynie Komisji Europejskiej liczy się wyłącznie zapchanie własnej kiesy, a nie zamożność obywateli, którzy mogliby budować koniunkturę poprzez naturalną konsumpcję.
Ociężałe intelektualnie struktury Komisji Europejskiej i bezwolne ławy Parlamentu Europejskiego uznały, że idealnym źródłem stałego dopływu gotówki będą rosnące obciążenia klimatyczne wklejone w Zielony Ład. Właśnie po to stworzono całą tę środowiskową ideologię. Służy ona jako wygodny parawan do ukrycia zwykłego rabunku. Co najbardziej bulwersuje, zebrane w ten sposób środki idą później na finansowanie absurdalnych programów, promowanie ideologii gender, wspieranie różnej maści odchyleń oraz utrzymywanie nielegalnych nachodźców zalewających Europę.
Sam pomysł, aby instytucja zarabiała na swoje utrzymanie, mógłyby być do przyjęcia, gdyby nie fakt, że zastosowano tu czysty mechanizm janosikowy w wersji odwróconej. Zabiera się ubożejącym ludziom, a pieniądze rozpływają się w powietrzu, trafiając do krajów trzecich lub zasilając zagmatwane schematy finansowe. Czy mamy jakąkolwiek gwarancję, że gigantyczne fundusze sprzeniewierzone na Ukrainie nie zasiliły prywatnych kont brukselskiej wierchuszki? Nie mamy żadnej. Ursula von der Leyen może grozić więzieniem każdemu, kto zadaje to pytanie, ale nie zmieni to faktu, że brakuje tu jakiejkolwiek przejrzystości.
Drenaż kieszeni w Polsce i Irlandii
Wróćmy jednak do fundamentów problemu, czyli do świadomego wpędzania społeczeństwa w biedę. Najbardziej namacalnym dowodem tej łupieżczej polityki jest system sztucznego regulowania rynku energii elektrycznej. Wprowadzanie drakońskich opłat pod pretekstem „dobra wspólnego” uderza precyzyjnie w domowe budżety. Wysokie ceny prądu, gazu czy paliw, tworzą olbrzymi koszt dla przeciętnej rodziny w Polsce i Irlandii, ale równolegle generują gigantyczne wpływy, które ostatecznie lądują na kontach Europejskiego Banku Centralnego. Im bardziej cierpi zwykły człowiek i im mocniej krwawią lokalne firmy, tym więcej zarabia unijna machina.
To najbardziej prymitywna i destrukcyjna metoda pozyskiwania kapitału. Zdecydowanie trzeźwiejszy manewr wykonał Donald Trump, opodatkowując zewnętrzny obrót towarowy poprzez cła. Zwiększyło to wprawdzie ceny i wpływy do Rezerwy Federalnej, uderzając pośrednio w Amerykanów, jednak w stopniu nieporównywalnie mniejszym niż to, co serwuje nam Bruksela. Unia grabi nas na każdym kroku, a poprzez rozbudowane systemy kontroli skrupulatnie sprawdza, czy aby na pewno zabrała nam już wszystko.
Obsadzona przez ekonomicznych durniów Komisja Europejska żywi niedorzeczne przekonanie, że ciągłe podnoszenie kosztów prowadzenia działalności gospodarczej to świetny pomysł na biznes. Zastanówmy się na chłodno: żaden przytomny człowiek na tej planecie nie niszczy celowo własnego przemysłu i nie zabija konkurencyjności swoich firm na globalnym rynku. Robią to wyłącznie bezmyślne oszołomy z Brukseli, które zignorowały podstawowe prawidła ekonomii znane ludziom od czasów, gdy Fenicjanie wymyślili pieniądze.
Logika tych urzędasów opiera się na porażającym założeniu, że wysokie ceny automatycznie budują trwały, wysoki dochód. Żaden ze znajdujących się tam jeszcze przytomnych ekspertów nie potrafi wytłumaczyć temu unijnemu Komitetowi Centralnemu, że to iluzja. Ubożejący Polak czy Irlandczyk z każdym miesiącem kupuje mniej. Przekłada się to bezpośrednio na zyski lokalnych przedsiębiorstw, spadki marż i docelowo, zapaść wpływów podatkowych. Do tej prostej zależności brukselscy decydenci jeszcze nie dotarli. A wystarczyłoby przeczytać choćby jedną książkę. Nawet stary komunista Karol Marks w swoim „Kapitale” opisał to zjawisko w sposób tak prosty, że zrozumiałby je nawet przeciętny eurokrata.
Oto pełny obraz socjalistyczno-unijnego absurdu:
- Najpierw sztucznie śrubuje się ceny energii i nakłada klimatyczne haracze.
- Następnie pobiera się z rynku gigantyczne kwoty i ogłasza sukces budżetowy.
- Na koniec z tego samego, uszczuplonego budżetu wypłaca się ochłapy w postaci „dotacji osłonowych”, by łagodzić kryzys energetyczny, który samemu się wywołało.
Tak skrajnie idiotyczną pętlę mogły wymyślić wyłącznie jednostki pozbawione wyobraźni. Co gorsza, w całym tym procesie ogromna część środków po prostu paruje. Armia leniwych biurokratów konsumuje średnio 30% wszystkich wpływów budżetowych Unii Europejskiej. Mówienie w tym przypadku o jakiejkolwiek „efektywności zarządzania” jest więc ponurym żartem.
Kłamstwo klimatyczne jako żyła złota
Dla Komisji Europejskiej ten grabieżczy proceder jest idealny, ponieważ zarabia zarówno bezwzględny budżet unijny, jak i uległe budżety krajowe – głównie na handlu uprawnieniami do emisji CO2. Całe to kłamstwo klimatyczne zostało wykreowane po to, by dać ideologiczne uzasadnienie zwykłemu drenażowi naszych portfeli.
Co zaraz wykażę, zysk Unii opiera się na czystej opresji. Tylko w 2024 roku, na samej Polsce i wyłącznie na handlu uprawnieniami do emisji CO2, ten unijny moloch zarobił niesamowite 28,5 miliarda złotych. Pieniądze te, zamiast zostać w kieszeniach polskich rodzin i zasilić inwestycje polskich firm, poszły na finansowanie brukselskiego aparatu klimatyczno-uchodźczego terroru. Nowe programy proekologiczne wcale nie służą ochronie przyrody. Są wyłącznie maszynką do robienia pieniędzy.
Wspólnota, do której w 2004 roku wstępowała Polska, dawno przestała istnieć. Dzisiejsza Unia stała się otwartym wrogiem mieszkańców Europy, co prowadzi do jednego wniosku: ten twór należy jak najszybciej rozwiązać. Warunki do przewartościowania układu sił na kontynencie właśnie dojrzewają, a w szczególnie korzystnym położeniu znajdują się dwa państwa.
Nowa droga dla Polski i Irlandii
Pierwszym z nich jest Polska. Pod przywództwem prezydenta Karola Nawrockiego nasz kraj konsekwentnie rozbudowuje i umacnia projekt Trójmorza. To realna szansa na całkowite uniezależnienie się od dyktatu Komisji Europejskiej w wymiarze politycznym. W sferze gospodarczej możemy i powinniśmy współpracować z rynkiem europejskim, ale wyłącznie na własnych, twardych warunkach. Polska musi wytyczać ramy tej relacji tak, by Unia była co najwyżej partnerem handlowym, a nie bezwzględnym katem dyktującym wysokość rachunków za ogrzewanie domów.
Drugim państwem o ogromnym, niewykorzystanym potencjale jest Irlandia. Zielona Wyspa posiada znakomite kontakty międzynarodowe oraz silne relacje z największymi gospodarkami globu. Zrzucenie brukselskiego jarzma otworzyłoby Dublinowi drzwi do szerokiej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami oraz państwami grupy BRICS. Gdyby Irlandia zdecydowała się na ściślejszy sojusz gospodarczy z państwami Trójmorza, mogłaby raz na zawsze zapomnieć o opresyjnej polityce Brukseli oraz hegemonii Berlina i Paryża.
Sama decyzja o wyjściu z Unii Europejskiej przyniosłaby Irlandczykom bezpośrednią korzyść w wysokości 3,6 miliarda euro rocznie. Dokładnie tyle Dublin wpłaca każdego roku do Europejskiego Banku Centralnego, sponsorując skrajne ideologie i rozbudowaną biurokrację. Pieniądze te mogłyby zostać bezpośrednio w kieszeniach obywateli, obniżając koszty życia i rozwiązując chociażby dotkliwy kryzys mieszkaniowy na wyspie.
Zostawiam czytelników z jasnym pytaniem: czy instytucja, która z przemyślanego projektu gospodarczego przeobraziła się w drogi, zmanipulowany aparat opresji, ma jeszcze jakikolwiek sens istnienia? Czy Polacy i Irlandczycy muszą bezczynnie patrzeć, jak urzędnicy z Brukseli doprowadzają ich do ruiny finansowej? Czas odrzucić złudzenia i pójść własną drogą.
Bogdan Feręc
Photo by Carl Campbell on Unsplash
