Bunkry w Killiney, czyli gastrobiznes po irlandzku
Kryzys mieszkaniowy w Dublinie przybiera coraz bardziej groteskowe formy, a w centrum najnowszego skandalu znalazła się branża gastronomiczna. Czteropokojowy bungalow z poddaszem przy Church Road w prestiżowej dzielnicy Killiney na południu stolicy, przekształcony został w potężne, nielegalne „centrum” kwaterunkowe. Posiadłość wynajmowana przez spółkę Cainte Entertainment – stojącą za popularnymi lokalami, takimi jak China Hunan w Ranelagh czy China Song w Monkstown, została oficjalnie uznana za potencjalne zagrożenie pożarowe.
Kontrola ujawniła, że na miejscu upchnięto miejsca do spania dla co najmniej 34 osób.
Rzeczywistość wewnątrz budynku przypominała raczej schronisko lub masową sypialnię niż dom jednorodzinny dla kilku osób. Podczas kontroli naliczono 15 piętrowych łóżek oraz cztery podwójne. Łóżka upchano właściwie wszędzie, bo w sypialniach, salonach, gabinecie, jadalni, a nawet w oranżerii. Dyrektorzy firmy Ian Keegan i Ryon Wen tłumaczyli, że obiekt służył jako awaryjne lokum dla pracowników przybywających z zagranicy, którzy nie mieli gdzie się podziać. Twierdzili przy tym, że przedsiębiorstwo w całości pokrywało miesięczny czynsz w wysokości 3900 euro, nie obciążając personelu żadnymi opłatami, a maksymalna liczba mieszkańców nie przekraczała 26 osób.
Tłumaczenia menedżerów brzmią jednak mało przekonująco. Keegan stwierdził, że ze skali przeludnienia zdał sobie sprawę dopiero niedawno, a do zaistniałej sytuacji. Powodem przeludnienia tej posesji miał być natomiast nagły przyjazd nowych pracowników, który zderzył się z fiaskiem transakcji zakupu innej nieruchomości.
Interwencja służb była natychmiastowa. Po niezapowiedzianej wizycie inspektorów bezpieczeństwa pożarowego szef dublińskiej Straży Pożarnej wydał rekomendację o pilnym wstrzymaniu użytkowania obiektu w obecnej formie. Główne zarzuty to krytyczne przeludnienie oraz zablokowane drogi ewakuacyjne. Nakazano, aby mieszkańcy całkowicie opuścili dom w ciągu 14 dni.
Sprawa ma również dramatyczny wymiar osobisty. Posiadłość należy do rodziny Brocklesby, która odziedziczyła ją po zmarłych rodzicach i wynajęła na czas postępowania spadkowego. Właściciele byli przekonani, że w budynku zamieszka tradycyjna rodzina.
Prawda wychodziła na jaw stopniowo. Pierwsze inspekcje wykazały dewastację, wilgoć, grzyb oraz ślady skrajnie intensywnej eksploatacji, w tym ubrania suszące się w każdym możliwym miejscu domu. Pełen obraz wyłonił się jednak w lipcu, gdy niezapowiedziana wizyta ujawniła gąszcz piętrowych łóżek i prowizoryczne warunki bytowe.
„To było jak czarna chmura. Widok domu rozdzierał serce. Przecież to był nasz dom rodzinny” – komentuje Richard Brocklesby, który brał udział w inspekcji w asyście policji.
Przedstawiciele Cainte Entertainment odbijają piłeczkę, zarzucając właścicielom złą wolę i dążenie do wywołania skandalu na tle sporu o dodatkową kaucję. Zapewniają przy tym, że ponieśli już koszty prac remontowych i osuszania obiektu, a pracownicy są sukcesywnie przenoszeni do innych lokalizacji.
Umowa najmu została już wygaszona, a sprawą zajmuje się obecnie Komisja ds. Najmu Lokali Mieszkaniowych (RTB).
Historia z Killiney to dobitny dowód na to, jak głęboko cień dublińskiego kryzysu mieszkaniowego rzuca się na dynamicznie rozwijający się rynek gastronomiczny. Pokazuje również, do jakiego postępowania zdolne są firmy, by zapewnić sobie ręce do pracy. Natomiast jakość zamieszkania, nie liczy się dla nich w ogóle.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Nicate Lee on Unsplash
