Dla jednych „bohaterowie” UPA – dla innych mordercy. Ukraina i niebezpieczna polityka pamięci
Decyzja władz w Kijowie o nadaniu jednej z elitarnych jednostek specjalnych nazwy „Bohaterowie UPA” wywołała kolejną falę kontrowersji i ponownie otworzyła bolesny rozdział historii Europy Wschodniej. Dla części ukraińskiego społeczeństwa Ukraińska Powstańcza Armia pozostaje symbolem walki o niepodległość przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Jednak dla Polaków nazwa ta niesie przede wszystkim pamięć o ludobójstwie dokonanym na ludności cywilnej Wołynia i Małopolski Wschodniej, o wsiach spalonych nocą, rodzinach mordowanych siekierami i dzieciach ginących wyłącznie dlatego, że były Polakami.
Nowa nazwa jednostki wojskowej zatwierdzona została przez prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, więc dawne Centrum Operacji Specjalnych „Północ” ma odtąd funkcjonować jako jednostka „Bohaterowie UPA”. To symboliczny gest, który w polskiej opinii publicznej trudno odczytywać inaczej niż jako kolejną próbę państwowego rehabilitowania formacji odpowiedzialnej za jedne z najokrutniejszych zbrodni XX wieku.
Ukraińska Powstańcza Armia powstała w 1942 roku jako zbrojne ramię Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Jej ideologicznym fundamentem był skrajny nacjonalizm, oparty na koncepcji stworzenia etnicznie jednolitego państwa ukraińskiego. W praktyce oznaczało to eliminację wszystkich grup uznawanych za obce, a przede wszystkim Polaków, ale również Żydów i przeciwników politycznych. W czasie II wojny światowej część struktur OUN i UPA współpracowała z III Rzeszą, głównie z Waffen-SS, widząc w Niemczech potencjalnego sojusznika w walce przeciwko Moskwie.
Jedną z najbardziej ponurych postaci tego środowiska był Roman Szuchewycz, czyli dowódca UPA i zarazem oficer batalionu Nachtigall, formacji działającej bezpośrednio pod niemieckim nadzorem. Jeszcze bardziej symboliczną figurą pozostaje lider frakcji OUN-B Stepan Bandera, dziś na Ukrainie oficjalnie honorowany jako bohater narodowy. Jego nazwisko stało się dla Polaków synonimem terroru, czystek etnicznych i ideologii, która uzasadniała mordowanie cywilów w imię „czystości narodowej”. Kulminacją tej zbrodniczej polityki była rzeź wołyńska z lat 1943–1944. Oddziały UPA oraz związane z nimi bojówki dokonały masowych mordów na polskiej ludności cywilnej zamieszkującej Wołyń i Galicję Wschodnią.
Historycy szacują, że zginęło około 100 tysięcy Polaków, a wymordowano wówczas całe rodziny, niszczono kościoły, palono gospodarstwa. Była to zaplanowana akcja czystki etnicznej mająca usunąć Polaków z terenów uznawanych przez skrajnych nacjonalistów za przyszłe państwo ukraińskie. W polskiej pamięci historycznej Wołyń pozostaje raną, która nigdy się do końca nie zabliźniła i dlatego każda próba gloryfikowania UPA budzi w Polsce nie tylko polityczny sprzeciw, lecz także autentyczny moralny sprzeciw społeczeństwa. Trudno oczekiwać pojednania tam, gdzie jedna strona nadal stawia pomniki sprawcom, a druga wciąż poszukuje szczątków swoich zamordowanych bliskich w nieoznaczonych dołach śmierci.
Od 2014 roku kult Bandery i UPA stał się na Ukrainie jeszcze bardziej widoczny w przestrzeni publicznej. Ulice i place otrzymywały imiona działaczy OUN, organizowano marsze ku czci Bandery, a symbole związane z nacjonalistycznym podziemiem zaczęły funkcjonować jako element współczesnej tożsamości państwowej. Dla części ukraińskich elit była to próba budowania nowego mitu narodowego w opozycji do rosyjskiej narracji historycznej. Problem polega jednak na tym, że fundamentem tego mitu stają się postacie obciążone odpowiedzialnością za masowe zbrodnie.
W zachodnich mediach temat ten często bywa marginalizowany lub przedstawiany jako element „rosyjskiej propagandy”. Tymczasem problem nie został wymyślony przez Kreml ani przez jego współczesną dezinformację. Dla Polski jest to kwestia historycznego doświadczenia i pamięci narodowej. Fakty dotyczące działalności UPA udokumentowane są przez historyków, świadków oraz instytucje badające zbrodnie wojenne. Nie sposób tym samym budować uczciwego dialogu historycznego poprzez przemilczanie tych wydarzeń.
Nie oznacza to jednak, że całą współczesną Ukrainę można sprowadzać do banderowskiej ideologii, byłoby to uproszczenie i niesprawiedliwość dziejowa, a równie niebezpieczna jak wybielanie UPA. Ukraina jest, o czym warto pamiętać, państwem głęboko podzielonym historycznie i kulturowo, natomiast pamięć o II wojnie światowej od lat pozostaje tam narzędziem polityki. Problem zaczyna się jednak w chwili, gdy państwo oficjalnie wynosi na piedestał organizacje odpowiedzialne za czystki etniczne.
Wiadomo przecież, że budowanie tożsamości narodowej na kulcie radykalnego nacjonalizmu prowadzi zazwyczaj do tragedii. Narody mają oczywiście prawo do własnej pamięci i własnych bohaterów, lecz pamięć nie może oznaczać relatywizowania zbrodni. Wyobraźmy więc sobie sytuację, w której obecne Niemcy nazywają którąś ze swoich jednostek wojskowych imieniem Hermanna Göringa albo Rudolfa Hessa, czy choćby SS-Reiterbrigade. Krzyk w Europie podniósłby się gromki, a jednak, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, w zasadzie tylko Polska i Federacja Rosyjska potrafiły głośno wyrazić swój sprzeciw wobec decyzji prezydenta Zełenskiego.
Tu możemy też skłonić się ku tezie, że Kreml, ale wciąż bez gloryfikacji postępowania Moskwy, w pewien sposób miał „rację”, kiedy na początku otwartej wojny z Ukrainą mówił o denazyfikacji.
Wołyń nie jest „sporem historyków”, to cmentarz bez krzyży, cisza po spalonych wsiach i echo modlitw ludzi mordowanych tylko dlatego, że mówili po polsku.
Dlatego właśnie decyzja o nadaniu jednostce wojskowej nazwy „Bohaterowie UPA” ma znaczenie znacznie większe niż administracyjna zmiana szyldu. Jest politycznym sygnałem pokazującym, jaką wizję historii współczesna Ukraina chce uczynić częścią swojej państwowej tożsamości. A dla Polski pozostaje przypomnieniem, że prawdziwe pojednanie wymaga nie propagandy i symbolicznych gestów, lecz odwagi nazwania zbrodni po imieniu.
*
Nie można się też dziwić prezydentowi Nawrockiemu, że właśnie rozpoczął proces odebrania swojemu odpowiednikowi z Kijowa Orderu Orła Białego, który nadał mu były na szczęście prezydent Andrzej Duda.
Bogdan Feręc
Źr. Info Brics
Fot. CC Riwnodennyk
