Wiatr, ropa i święta naiwność, czyli kronika europejskiego samozachwytu
Unijne elity mają dziś używanie na przeciwnikach odnawialnych źródeł energii i to takie, że aż słychać trzask bata niesionego przez medialny wiatr, który raz po raz smaga tych, którzy mają czelność wątpić. Starają się przy tym udowodnić, że gdybyśmy mieli więcej wiatraków, ropa z Zatoki Perskiej nie byłaby dla nas problemem, że bylibyśmy odporni jak stare dęby i samowystarczalni jak pustelnicy. Użyłem tu daleko idącego uproszczenia, bo przecież nie chodzi wyłącznie o ropę, lecz także o gaz, jednak pozwólcie, że to ropa będzie dominującą bohaterką tego felietonu, bo ona najlepiej oddaje napięcie między światem realnym a światem życzeń.
Jak już powiedziałem, unijne elity i ich psy gończe, które w sytuacjach kryzysowych spuszczane są z łańcuchów szybciej niż refleksja, a mam tu na myśli usłużnych władzy dziennikarzy, z namaszczeniem powtarzają teraz, że większa ilość turbin wiatrowych i paneli fotowoltaicznych z całą pewnością stawiałaby Europę w innej sytuacji energetycznej, lepszej, bezpieczniejszej, niemal idyllicznej. Powiedzmy to jednak jasno, żeby mi ktoś nie zarzucił, iż jestem przeciwnikiem prądu ze słońca i wiatru, bo nie jestem, naprawdę nie jestem, mnie chodzi o realizm całego przedsięwzięcia, o liczby, o fizykę, o to, co nie poddaje się politycznej retoryce.
Już kilka lat temu mówiłem, że pojawiły się badania, w których postawiono tezę: jak dużo wiatraków byłoby potrzebnych danemu państwu, aby stało się zeroemisyjne i czyste jak łza dziewicy, co brzmi pięknie, niemal poetycko, ale też niepokojąco, jak każda zbyt doskonała obietnica. Badacze przedstawili konkretne dane, a następnie, aby zobrazować całość problemu, przeliczyli to na jedną setkę domów, na coś namacalnego, bliskiego człowiekowi. Z analizy wynikało, że sto typowych domów zużywało przykładowo 10 megawatów prądu miesięcznie (nie pamiętam już konkretnych danych, więc są one obrazowe), a do wytworzenia takiej ilości energii wystarczały cztery turbiny wiatrowe i zostawało jeszcze trochę w zapasie, jakby natura chciała być hojna. Tu jednak zaznaczono i to jest kluczowe, iż wiatraki pokryją zapotrzebowanie tego niedużego osiedla, ale wyłącznie w optymalnych warunkach pogodowych, więc musiało wiać z prędkością około 40 km/h, czyli tak, jakby świat postanowił współpracować z naszymi planami.
Problem pojawiał się wtedy, kiedy prędkość wiatru spadała poniżej 20 km/h, bo wówczas prądu zaczynało istotnie brakować i to nie symbolicznie, lecz realnie, dotkliwie, jak brak światła w zimowy wieczór. Żeby zaradzić temu zjawisku, badacze obliczyli, że w okresach, kiedy prędkość wiatru spada poniżej 20 km/h, należałoby ustawić co najmniej osiem, a najlepiej dziesięć turbin wiatrowych, więc dopiero taka liczba pokryłaby zapotrzebowanie osiedla w sposób względnie stabilny. Pojawiło się również w opracowaniu stwierdzenie, iż zagrożeniem dla osiedla byłaby flauta, czyli ten cichy, zdradliwy stan, kiedy powietrze stoi, a wraz z nim staje cała nasza zielona nadzieja, bo wtedy nawet z magazynami energii osiedle długo by nie „pociągnęło”, a nowoczesność okazałaby się bezradna wobec ciszy.
W ostatnim tygodniu usłyszałem z ust naszych irlandzkich polityków, że należy rozwijać technologię wiatrową i bardzo dobrze, niech rozwijają, świat nie stoi w miejscu, ale na szczęście przestali już bajać, iż będą sprzedawać nadwyżki prądu, bo to była opowieść z pogranicza fantazji i propagandy, choć nie jestem pewien, co przeważało. Tuż po tych słowach obudzili się konstruktorzy rzeczywistości z Brukseli, a to właśnie oni prawie ze łzami w oczach mówili, że przecież wojna w Iranie doprowadzi nas do skraju wytrzymałości energetycznej, że jesteśmy o krok od kryzysu energetycznego i trzeba coś zrobić.
Zakląłem szpetnie, a nie będę udawał, że było inaczej, bo nie dalej jak miesiąc temu ta sama narracja przekonywała, że zablokowanie Cieśniny Ormuz nie będzie miało istotnego wpływu na ceny paliw i prądu w Unii Europejskiej, a tylko dlatego, że niewiele z tego kierunku ropy i gazu trafia do tego wyimaginowanego superpaństwa. Jakby to powiedzieć delikatnie, przestrzelili i to kolejny raz. Przypomnę tylko, że te słowa padły w momencie, gdy na stacjach paliwowych ceny materiałów pędnych zaczynały swój marsz w górę, niezbyt powolny, ale też nieubłagany, jak zawsze wtedy, gdy ktoś próbuje zaklinać rzeczywistość zamiast ją zrozumieć.
Wracam jednak do zaklinaczy, bo ci rzucili się z pomocą i, jak przekupnie na krakowskim rynku, jeden przez drugiego zaczęli besztać wszystkich, którym nie jest w smak wiatrak na wichrowych wzgórzach Wicklow. Oczywiście, oficjalnie mówili o morzu, bo tam mocniej dmucha, tam liczby wyglądają lepiej, tam łatwiej sprzedać wizję, ale kontekst był taki, że gdyby nie opór – posłużę się cytatem z klasyka – „zakutych łbów”, ceny byłyby znacznie niższe.
Dobrze, przyznam się, nie jestem z wykształcenia energetykiem, szejkiem arabskim też nie jestem, więc na surowej ropie się nie znam, a o wietrze wiem tyle, że jak wieje, to szalikiem szyję opatulić trzeba. Jednak nawet ta moja ograniczona wiedza pozwala mi stwierdzić jedno, że turbina wiatrowa niewiele ma wspólnego z cenami ropy na światowych giełdach, gdyż te rosną nie z powodu słabego wiatru, lecz raczej z powodu konfliktów, napięć i politycznych decyzji, choćby takich jak atak Izraela i Stanów Zjednoczonych na Iran.
Oczywiście zgodzę się, że mielibyśmy większe szanse na przetrwanie, gdyby prądu z wiatru i słońca było więcej, to jest argument, który ma sens, jednak za cholerę nie wierzę, że byłoby taniej. Po prostu nie. Poza tym, gdy jakiś wymuskany goguś z telewizora próbuje mi wmówić, że wiatraków musi być więcej, w mojej głowie natychmiast rodzi się pytanie: o ile? Zauważcie, Drodzy Czytelnicy, że ze świecą szukać dziennikarzy, którzy zadadzą to jedno proste pytanie. Więc zapytajmy sami: ile?
W skali Europy – miliony i to miliony, które musiałyby zostać zdublowane, żeby nawet przy słabszym wietrze wytworzyć pożądaną ilość prądu. Miliony konstrukcji, miliony ingerencji w krajobraz, miliony decyzji, których skutków dziś nikt nie chce uczciwie policzyć.
Żeby nie było, że to felieton i mogę sobie wypisywać cuda na kiju, nie, tak nie jest. Niedawno powiedziałem na łamach tego portalu, że na moim wiejskim ranczo w Polsce zamontowane zostaną zarówno panele fotowoltaiczne, jak i niewielka siłownia wiatrowa. Żeby to zrobić, przebrnąłem przez literaturę fachową, a nawet skontaktowałem się z dostawcami obu rozwiązań, aby, jako siła fachowa, udzielili mi wyczerpujących informacji. Określiłem, do czego potrzebował będę prądu ze słońca i wiatru, podałem metraż chałupki, stopień przenikalności cieplnej murów i okien, a na tej podstawie spece wyliczyli, że potrzebowałbym osiem paneli słonecznych. Wówczas padło sakramentalne pytanie: dla jakich wartości nasłonecznienia i „uwiatrownienia” mojego przyszłego miejsca pobytu dostosowali te ich cyferki?
Jak się okazało, wzięli pod uwagę region Polski, w którym zamierzam mieszkać i przeliczyli to na okres letni. Zapytałem wtedy wprost: na jaką cholerę jest mi ponad 6 kilowatów prądu latem? Usłyszałem w odpowiedzi, że tak się to wylicza, więc mam się nie pieklić, tylko słuchać i kupić, bo oni są od sprzedawania unijnych zielonych zaleceń. Nie poszło ze mną tak łatwo i poinformowałem obie firmy – zarówno tę od wiatraków, jak i tę od paneli, że albo wyliczą mi wydajność w warunkach jesiennych i zimowych, albo opiszę tę historię w ogólnopolskich mediach, bo jestem zły, podły i niewdzięczny, więc mogą w moje słowa wierzyć. Podjęli się zadania, zgłosili się za moją radą do Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, zdobyli dane o nasłonecznieniu oraz wietrze – i wtedy wyszło, że aby mieć ciepły dom zimą, paneli musi być o 42% więcej.
Skoro doszliśmy tak daleko, poprosiłem o pełną wycenę, czyli z montażem i bez. Uznałem, że skoro coś wiem o prądzie, to mogę część zrobić sam. Nie powiem, zaskoczyło mnie, gdy otrzymałem oferty, nawet w najtańszej wersji koszt zamykał się w okolicach 60 tysięcy złotych. Tanio i drogo jednocześnie, bo zależy, jak na to spojrzeć. Pomyślałem jednak: trudno, na coś trzeba wydać pieniądze zarobione na Zachodzie, ale zaraz potem przyszła refleksja, że skoro wiem więcej, skoro mam dane, nic nie stoi na przeszkodzie, by poszukać dalej, dużo dalej.
Zajrzałem do mojej ulubionej światowej gospodarki, więc Chin, przeszukałem tamtejszy internet, znalazłem firmy oferujące łudząco podobne rozwiązania i napisałem do nich. Odpowiedzieli niemal natychmiast, o ile uwzględnimy różnicę czasu i tu pojawiła się istota sprawy, ponieważ ceny, nawet z transportem, były średnio o 30% niższe. Jedna z firm zaproponowała nawet 40% rabatu, jeśli zostanę ich przedstawicielem handlowym na Polskę. Jestem w trakcie rozmów – o kupnie, nie o pracy dla Chińczyków, transakcja dojrzewa, dogrywamy szczegóły, choćby takie jak odpowiedniej wielkości bank energii, który muszę zmieścić w ograniczonej przestrzeni i wcisnąć przez drzwi, które nie są zbyt szerokie. Rzeczywistość, jak zawsze, sprowadza wielkie idee do bardzo konkretnych wymiarów.
Na koniec ciekawostka, bo któraś z chińskich firm stwierdziła, że niepotrzebnie się trudziłem, gdyż mają swoich ludzi w Niemczech i współpracują z Polską, czyli wszystko mogłem załatwić lokalnie. Mogłem, ale wybrałem inaczej, bo 30% taniej to nie ideologia, a konkret.
I tu jest sedno całej sprawy. Europa dziś dryfuje między marzeniem a rachunkiem, między ideą a fizyką, między politycznym spektaklem a codziennością zwykłego człowieka. A wiatr? Wiatr wieje, kiedy chce, ropa drożeje, jak i paliwo na stacjach, natomiast rachunki przychodzą zawsze i to wyższe.
Bogdan Feręc
