Cichy trik Brukseli – Mercosur, umowa tymczasowa i demokracja całkowicie podważona
Unia Europejska ogłosiła, że 17 stycznia 2026 roku zawarła „historyczną” umowę z państwami Mercosur (Argentyna, Brazylia, Paragwaj, Urugwaj), czyli cytując przewodniczącą Komisji Europejskiej„największy wolny obszar handlowy świata, łączący około 700 milionów ludzi.”
Oficjalnie przedstawiono to hasłowo jako „wolny handel oparty na zasadach i partnerstwie” oraz „strategiczną dywersyfikację UE”. Całość negocjacji trwała ponad 25 lat. Tyle kronikarskiego dzieła!
Diabeł (i demokracja!) tkwi w szczegółach
Sama umowa może i wygląda niewinnie dla brukselskiej elity i „mocarzy”Europy Niemców (jak kolejny opasły segregator w brukselskim korytarzu), ale sposób, w jaki próbuje się ją wcisnąć do europejskiego obiegu, rodzi pytania bardzo niepokojące! Oto demokracja znów ma zostać przez Komisję Europejską i europejski rząd potraktowana jak uciążliwy dodatek, ergo dekoracja, tło – ładny, tradycyjny, ale absolutnie niekonieczny.
Rządy prawa w UE AD 2026? Owszem, tak! Są, ale gdzieś skryte w gąszczach przypisów. Parlamenty narodowe i suwerenności państw? Tak, oczywiście, tyle, że w roli statystów, którzy pojawiają się dopiero, gdy kurtyna opadnie a widzowie się rozejdą. A wszystko to pod hasłem „postępu”, „współpracy” i „europejskich wartości”, które – jak wiadomo – najlepiej realizuje się po cichu i bez nadmiernych pytań ze strony tych maluczkich i dopiero uczących się demokracji (sic!)
Najważniejsze elementy umowy, czyli alfabet brukselskiej magii
Najpierw oswoić musimy nazwę: EMPA – EU Mercosur Partnership Agreement. Po polsku, żeby było swojsko i spokojniej „Umowa o partnerstwie UE–Mercosur”.
Brzmi jak zaproszenie na nudną konferencję ze słabym cateringiem i bez alkoholu. Ale pozory nie nas nie zwiodą, bo w rzeczywistości jest to traktat tak obszerny, że mógłby służyć jako nie jako podpórka, ale wielka podpora pod chwiejący się stół demokracji.
Umowa obejmuje bowiem nie tylko handel (czyli to, co zawsze), ale również:współpracę polityczną (czytaj: uzgadnianie narracji),kwestie klimatyczne (czytaj: cele, których nikt nie wyliczył, kuriozalne nieprawdaż), „zrównoważony rozwój” (czytaj: wszystko i nic, nasz polski groch z kapustą),dialog społeczny (czytaj: będziemy rozmawiać i spierać się, ale decyzje już zapadły) i wreszcie sektorowe mechanizmy współpracy (rozum ti Czytelniku jako – stworzymy jeszcze więcej komisji).
I teraz najlepszy kawałeczek brukselskiego serniczka: zgodnie z unijnymi traktatami EMPA wymaga ratyfikacji przez wszystkie 27 państw UE. Każdy parlament narodowy powinien ją zatwierdzić osobno. Tak przynajmniej mówi teoria, konstytucje i stare podręczniki do WOS-u, ale w praktyce jednak wygląda to jak teatr kukiełkowy, w którym sznurki są już napięte, laleczki podpięte i gotowe do odegrania swoje rólki, scenariusz napisany i wykuty na blachę, a widowni tłumaczy się, że to wszystko „dla ich dobra” i że „nie ma innej alternatywy”.
EMPA wymaga ratyfikacji przez wszystkie 27 państw UE zgodnie z unijnymi traktatami, czyli każdy parlament musi ją zatwierdzić osobno.
Parlamenty mają jednak przytaknąć, bo inaczej „popsuje europejską jedność”, a demokracja, jak wiadomo, „nie może przecież przeszkadzać w skutecznym zarządzaniu.”
Ale to, jak tę umowę próbuje się wprowadzić w życie, budzi poważne pytania o sens demokracji, rządy prawa i rolę narodowych parlamentów.
Co to jest iTA – „Interim Trade Agreement”
Teraz dochodzimy do sedna! iTa to „Tymczasowa umowa handlowa UE–Mercosur”, który jest zupełnie oddzielnym instrumentem prawnym, który skupia się wyłącznie na kwestiach handlu (taryfy celne, dostęp do rynku, zasady handlu itp.).
I właśnie w tym miejscu pada salwa zaskoczeń tak gęsta, że niektórzy europosłowie odruchowo chowają konstytucje swoich państw głęboko pod ławkę. Okazuje się bowiem, że iTA stoi na fundamencie zwanym dumnie
„wyłączną kompetencją Unii Europejskiej”.
Brzmi jak tytuł opery biurokratycznej w trzech aktach, ale sens jest prosty, ale przede wszystkim niepokojący, bo pachnie brzydko dyktaturą urzędników: narodowe parlamenty mogą sobie spokojnie popatrzeć. Najlepiej z daleka.
Bo skoro kompetencja jest „wyłączna”, to znaczy, że nie trzeba fatygować się ratyfikacją w 27 stolicach. Wystarczyskinienie głową Rady UE, oraz rytualne (kapitulanckie) uniesienie rąk w Parlamencie Europejskim.
Reszta to już tylko formalność, cisza proceduralna i uspokajające komunikaty o „europejskim konsensusie”. Nowo – mowę, czyli mowę – trawę znamy z czasów PRL i istnienia bloku socjalistycznego, teraz jest … gorzej.
Czym jest ta „wyłączna kompetencja UE”?
W unijnym prawie istnieje bowiem zasada przypominająca oddanie kluczy do bram państw narodowych i ich kompetencji „na chwilę”. Polska i inne państwa narodowe nie znikają, nie wyparowują i nie zostają (jeszcze) zdegradowane do roli województwa z flagą. Nadal zachowuje kluczowe kompetencje, choć część z nich trzyma dziś w kieszeni wspólnota.
W niektórych dziedzinach, tak dzieje się w przypadkuhandlu zagranicznego, państwa członkowskie uznały, że nie będą się już męczyć samodzielnym myśleniem i przekazały swoje uprawnienia Brukseli. Na stałe. Bez terminu zwrotu.
Od tamtej pory to Unia jako całość prowadzi politykę,negocjuje,podpisuje umowyi decydujeza wszystkich, co jest „korzystnedla wszystkich”.
A parlamenty narodowe? Tu rozczaruję państwa, one mogą co najwyżej przeczytać o tym w Dzienniku Urzędowym UE, o ile wiedzą, którego dnia. Ale przecież o tym wiedzieliśmy od dawna.
Cały ten mechanizm ma oczywiście solidne podstawy prawne. Jest zapisany w „Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej”, dokładniej w art. 218 ust. 8 TFUE(TFUE, Article 218(8)).
To właśnie ten artykuł pozwala zawierać umowy handlowe bez zgody każdego parlamentu narodowego, bo przecież zgoda instytucji unijnych w zupełności wystarczy.
I tak oto demokracja przedstawicielska zostaje zredukowana do roli historycznego eksponatu. Albowiem można ją podziwiać, cytować w przemówieniach i wspominać przy okazji świąt europejskich, byle nie próbowała brać udziału w procesie decyzyjnym, czyli brutalnie i wprost: nie przeszkadzać!
Oficjalne dokumenty i komunikaty, czyli co Komisja i Rada mówiłabez ogródek
Decyzje podjęte przez Radę Unii Europejskiej 9 stycznia 2026 r. tworzą w opinii Brukseli spójną, ale formalnie rozdzieloną konstrukcję prawną, która wpływa na rolę państw członkowskich w procesie decyzyjnym.
Rada przyjęła dwa odrębne akty:decyzję o podpisaniu „Umowy o partnerstwie UE–Mercosur (EMPA)”,oraz decyzję o podpisaniu „Tymczasowej Umowy Handlowej (iTA)”.
W komunikacie z 9 stycznia czytamy to wprost (w języku oryginału):
“The Council today adopted two decisions authorising the signature … of the EU‑Mercosur Partnership Agreement and of the Interim Trade Agreement.”
Tłumaczenie:„Rada dziś przyjęła dwie decyzje upoważniające do podpisania … Umowy o partnerstwie UE‑Mercosur oraz Tymczasowej Umowy Handlowej.”(publikacja Komisji Europejskiej).
W oficjalnym źródle Komisji Europejskiej podkreślono, że tekst umowy jest publikowany, ponieważ przewiduje się możliwe zastosowanie tymczasowe:
„The iTA will enter fully into force when … after the European Parliament has given its consent. … Ultimately, the iTA will be repealed and replaced by the EMPA once the latter enters into force.”
Tłumaczenie:„Tymczasowa Umowa Handlowa (iTA) wejdzie w pełni w życie po uzyskaniu zgody Parlamentu Europejskiego … Ostatecznie iTA zostanie uchylona i zastąpiona przez EMPA, gdy ta wejdzie w życie.”
Dodatkowo Komisja wyraźnie zaznacza, że działania te mają charakter prowizoryczny (provisional application), co w praktyce oznacza, że przepisy mogą zacząć działać, zanim pełna umowa o partnerstwie (EMPA) zostanie ratyfikowana przez wszystkie państwa.
Provisional Application – tymczasowe stosowanie umowy
W unijnej praktyce istnieje instrument proceduralny zwany „provisional application” (tymczasowe stosowanie). Polega on na tym, że
część przepisów umowy zaczyna obowiązywać zanim zakończy się formalny proces ratyfikacji.
Mechanizm ten nie jest z definicji sprzeczny z prawem, ale nie był dotąd tak szeroko stosowany w przypadku umów o tak dużym znaczeniu politycznym i gospodarczym, które normalnie wymagałyby pełnej ratyfikacji przez państwa członkowskie (czyli zgodnie z zasadami traktatowymi o mieszanych kompetencjach).
Podział ten nie jest przypadkowy. EMPA jako umowa o charakterze kompleksowym, bo obejmująca nie tylko handel, lecz także współpracę polityczną, kwestie klimatyczne i społeczne jest kwalifikowana jest jako umowa mieszana.
Oznacza to, że jej wejście w życie wymaga ratyfikacji przez wszystkie państwa członkowskie, zgodnie z ich procedurami konstytucyjnymi i decyzjami parlamentów narodowych.
Gdzie tkwi haczyk???
Jednocześnie jednak iTA została wyodrębniona jako instrument obejmujący wyłącznie obszary należące do
wyłącznej kompetencji Unii Europejskiej, w szczególności wspólną politykę handlową. Dzięki temu możliwe jest jej przyjęcie i stosowaniena podstawie zgody Rady UE oraz Parlamentu Europejskiego, bez konieczności uzyskiwania zgody parlamentów narodowych.
W praktyce oznacza to, że kluczowe elementy handlowe porozumienia mogą zacząć obowiązywać wcześniej, jeszcze zanim zakończy się, ba! nawet zanim realnie rozpocznie się proces ratyfikacji pełnej umowy partnerskiej w państwach członkowskich.
Z punktu widzenia prawa unijnego konstrukcja ta jest zgodna z traktatami. Opiera się na wyraźnym rozróżnieniu kompetencji oraz na mechanizmach przewidzianych w „Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej”. Nie stanowi więc obejścia prawa w sensie formalnym.
Ale – spójniki mają moc, jak mawiam, to działanie wywołuje konsekwencje polityczne i ustrojowe, których nie sposób pominąć. Parlamenty narodowe zachowują wprawdzie prawo do ratyfikacji EMPA, lecz w momencie, gdy iTA zacznie być stosowana, ich decyzja będzie dotyczyć już nie abstrakcyjnej umowy, lecz porozumienia, którego istotna część funkcjonuje w obrocie prawnym i gospodarczym.
W ten sposób proces ratyfikacyjny ulega asymetrii czasowej i faktycznej, bowiem
decyzje o największym znaczeniu gospodarczym zapadają na poziomie unijnym,a parlamenty narodowe stają wobec faktów dokonanych, ograniczone do akceptacji bądź odrzucenia pozostałej części umowy.
Mechanizm ten przesuwa środek ciężkości z demokracji narodowej na poziom instytucjonalny Unii, nie poprzez otwartą zmianę traktatów, lecz poprzez precyzyjne wykorzystanie istniejących ram kompetencyjnych.
Legalność formalna zostaje zachowana, lecz pytanie o legitymację demokratyczną oraz realny wpływ parlamentów narodowych pozostaje otwarte.
Dlaczego to jest niebezpieczne dla demokracji?
Odpowiedź jest prosta i brutalna, w ten sposób omija się parlamenty narodowe. W normalnym działaniu traktatowym to każdy parlament państw członkowskich, w tym i Sejm Rzeczypospolitej decyduje o wejściu w życie umowy międzynarodowej, jeśli dotyczy to polityki handlowej w szerokim sensie, to państwa członkowskie zachowują swoje suwerenności.
Jest jednak pewne i znaczące „ALE”:
bowiem manewr podzielenia umowy na część „handlową” i „polityczną” powoduje, że część decyzji o otwarciu rynku może być podjęta bez zgody parlamentów narodowych. Ponadto, co często podkreślam obywatele są pozbawieni bezpośredniego wpływu, zaś kontrola demokratyczna nad polityką handlową jest ograniczona, mimo że dotyczy milionów miejsc pracy i rolników.
„Provisional application” może trwać latami
Parlament Europejski skierował umowę do Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE), aby ocenić zgodność z traktatami, ale to postępowanie może potrwać nawet 2–3 lata lub dłużej.
Tymczasem Komisja już sygnalizuje, że jest gotowa stosować umowę handlową tymczasowo, gdy tylko Mercosur państwo ratyfikuje ją po swojej stronie, nawet jeśli proces ratyfikacji na poziomie UE jeszcze się ciągnie.
To oznacza, żeczęść zasad handlu może zacząć obowiązywać, mimo że parlamenty krajowe w ogóle nie wyraziły zgody, a proces demokracji został uruchomiony tylko jako pytanie do Trybunału.
Co mówią krytycy – i czemu mają rację?
Argumenty krytyków tego podejścia są jasne i znajdują pokrycie w dokumentach. Oto Parlament Europejski w sprawie Mercosur uznał, że procedury formalne zostały naruszone, dlatego skierował sprawę do TSUE.
Pięć państw Polska, Francja, Wegry, Irlandia i Austria sprzeciwiają się umowie z powodu szkód dla rolnictwa i obaw o ochronę standardów, jednak Rada UE przegłosowała umowę większością kwalifikowaną, omijając unię państw.
Czy to jest „efektywny” sposób zawierania umów przez Komisję Europejską? Może.
Czy to jest demokratyczne? Absolutnie wątpliwe.
Smutne przemyślenia w kontekście demokracji i praworządności
Mercosur to umowa handlowa i polityczna jednocześnie, ale została podzielona na dwa instrumenty: „EMPA” (pełna umowa) i „iTA” (tymczasowa część handlowa).
Tymczasowa część handlowa może wejść w życie bez pełnej ratyfikacji państw, czyli z pominięciem mechanizmu suwerenności narodowej.
Komisja i Rada argumentują, że to służy skuteczności i szybkiemu wdrożeniu korzyści handlowych, nawet przy opóźnieniach proceduralnych.
Krytycy, których przybywa, twierdzą, że takie podejście podważa sens rządów prawa i rolę parlamentów, potwierdzając obawy tych, którzy mówią, że UE w obecnym kształcie traci kontrolę demokratyczną nad kluczowymi decyzjami.
Nie chodzi tylko o to, czy Mercosur jest dobry czy zły dla europejskiego handlu.
Chodzi o to, że
mechanizmy traktatowe i instrumenty prawne UE są wykorzystywane w sposób, który upraszcza drogi instytucjonalne, ale jednocześnie osłabia kontrolę demokratyczną obywateli i ich reprezentantów.
Jeśli ktoś uważa, że to problem strukturalny, to nie jest sam. Wielu prawników, parlamentarzystów i krytyków wskazuje, że ten mechanizm pokazuje, jak można „robić sobie żarty z demokracji” pod przykrywką skuteczności. I to daje argumenty tym, którzy mówią, że UE w obecnym kształcie wymaga pilnej reformy! Z czym zgadzam się bardziej niż bardzo!
Suwerenność na sprzedaż: Traktat Lizboński, który w praktyce dał Mercosur
W podsumowaniu mojego gorzkiego tekstu, chwila wspomnień. Mechanizm, który dziś widzimy przy okazji wprowadzania w życie umowy Mercosur, nie jest wypadkiem losowym ani błędem proceduralnym. To konsekwencja decyzji podjętej w 2009 roku w Traktacie lizbońskim, kiedy państwa członkowskie, w tym Polska, na stałe przekazały kompetencje w zakresie handlu zagranicznego instytucjom Unii Europejskiej.
Traktat Lizboński został w Polsce sygnowany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego – co za data – 13 grudnia 2007 roku. W Sejmie Rzeczypospolitej głosowanie nad ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego odbyło się 1 kwietnia 2008 roku. Za przyjęciem traktatu zagłosowało 384 posłów, przeciw było 56, a 12 posłów wstrzymało się od głosu. W sumie w głosowaniu wzięło udział 452 parlamentarzystów, przy czym wymagana większość bezwzględna wynosiła 302 głosy.
Poparcie dla traktatu przyszło przede wszystkim z klubów Platformy Obywatelskiej (PO), Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL) oraz Lewicy i Demokratów (LiD). Zaskakująco, a propos tego, co mówią władze partii, większość ówczesnych posłów Prawa i Sprawiedliwości (PiS) także zagłosowała „za”. Była to grupa 89 parlamentarzystów tego klubu.
Przeciw ratyfikacji opowiedziało się 56 posłów PiS, w tym gronie m.in. Tadeusz Cymański, Andrzej Dera, Antoni Macierewicz, Zbigniew Girzyński i Anna Sobecka.
Dwunastu posłów tego samego klubu wstrzymało się od głosu, w tym m.in. Jan Dziedziczak, Elżbieta Kruk, Jacek Kurski i Andrzej Sośnierz.
Politycznie oznaczało to, że ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego została przeprowadzona przy poparciu większości klubów parlamentarnych i rządu Donalda Tuska. Jednocześnie część polityków PiS sprzeciwiała się traktatowi z powodów suwerennościowych, choć znaczna część klubu zdecydowała się ostatecznie poprzeć dokument.
Od tego momentu polityka handlowa, negocjacje i podpisywanie umów są w dużej części poza kontrolą parlamentów narodowych, w tym Sejmu RP.
Efekt jest brutalnie prosty: od momentu ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego polityka handlowa, negocjacje i podpisywanie umów są w dużej części poza kontrolą Sejmu RP. Dziś decyzje o otwarciu rynku zapadają na poziomie unijnym, a polscy rolnicy i przetwórcy nie mają realnego wpływu na warunki tych porozumień.
Smutna puenta na koniec
Tymczasowa Umowa Handlowa (iTA) pozwala wprowadzać zmiany w handlu z państwami Mercosur jeszcze przed pełną ratyfikacją EMPA przez wszystkie państwa członkowskie. Oznacza to, że napływ produktów rolnych, mięsa, soi czy cukru może zacząć działać zanim Polska zdąży cokolwiek formalnie zdecydować, a drobni producenci i rolnicy są narażeni na realne straty finansowe i strukturalne.
Brak wiedzy obywateli, brak debat parlamentarnych i mechanizm tymczasowego stosowania umowy (provisional application) sprawiają, że koszty tych decyzji spadają bezpośrednio na polski rynek i polską gospodarkę rolną, podczas gdy politycy w Brukseli rozgrywają scenariusze, w których Polska jest widzem, nie graczem.
Wniosek jest jasny: oddanie kompetencji handlowych UE, niewiedza i brak aktywnej kontroli demokratycznej to dziś dla polskich rolników realny cios finansowy i organizacyjny.
Mechanizmy prawne UE, które mają przyspieszać handel, w praktyce mogą działać jak pułapka dla krajów, które nie monitorują procesu i nie uczestniczą w negocjacjach od samego początku. A Polak przed …
Tomasz Wybranowski
