50 minut w toalecie, czyli lotniskowa historia z morałem
Podróże uczą pokory. Czasem wobec pogody, czasem wobec linii lotniczych, a czasem… wobec zamka w drzwiach toalety. Jedna z rodzin z hrabstwa Kildare przekonała się o tym w sposób, którego raczej nie znajdziemy w folderach biur podróży.
30 maja 2022 roku Owen Nolan wraz z trójką dzieci – dziewięcioletnią Ailbhe oraz synami Hugh (5) i Maxem (2) – znajdowali się na lotnisku w Dublinie, gotowi na wakacyjny wylot do Hiszpanii. Wszystko szło zgodnie z planem, aż do momentu, w którym zwykła wizyta w toalecie zamieniła się w nieplanowany „pokój zagadek”.
Rodzina została zamknięta w środku na około 50 minut. W tym czasie linia lotnicza wzywała pasażerów na pokład, a oni, zamiast maszerować w stronę samolotu, prowadzili znacznie bardziej przyziemną walkę, bo z drzwiami, które ani myślały się otworzyć. Sytuacja była na tyle poważna, że konieczna była interwencja strażaków. Ostatecznie drzwi zostały wyważone, a rodzina odzyskała wolność, choć zdecydowanie nie był to standardowy etap procedury boardingowej.
Sprawa trafiła do sądu cywilnego, gdzie sędzia James O’Donohoe zapoznał się z relacją zdarzeń przedstawioną przez adwokat Karen Nolan. Rodzina otrzymała odszkodowanie za całą sytuację, która, choć dziś brzmi jak anegdota do opowiadania przy stole, w tamtym momencie była zwyczajnie bardzo stresującym doświadczeniem.
Cóż, nawet nowoczesne lotniska potrafią być jak małe miasta, więc zaskakujące, pełne technologii, procedur i… czasem bardzo upartych drzwi. A wakacje potrafią zacząć się od przygody, której nikt nie wpisuje do planu podróży.
Świat lubi takie absurdy, czyli momenty, gdy wielkie podróże zatrzymują się na poziomie klamki, zawiasu i pecha w najczystszej postaci. I w tym jest coś bardzo ludzkiego, bo nawet w epoce lotów między kontynentami, wciąż potrafimy przegrać z kawałkiem metalu i zamkiem sprytniejszym od nas.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Fot. Dublin Airport
