Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Zielona Wyspa, która nie chciała pamiętać

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Irlandia skończyła się dla Polaków. To krótkie zdanie jeszcze kilka lat temu brzmiałoby jak prowokacja albo emocjonalny wybryk kogoś, komu nie wyszło. Dziś coraz częściej brzmi jak chłodna konstatacja. Jak rachunek wystawiony państwu, które przez lata korzystało z naszej pracy, lojalności i cierpliwości, ale w decydującym momencie nie potrafiło albo nie chciało powiedzieć – zostańcie.

Jeszcze przed globalnym eksperymentem zarządzania strachem niewielu Polaków mieszkających w Irlandii mówiło, że to kraj, w którym codzienność zmusza do myślenia o powrocie. Owszem, bywało ciężko i kto pamięta czasy po kryzysie z 2008 roku, ten wie, że nie było złotych klamek ani drogich samochodów pod każdym domem, ale był jakiś ład, jakiś porządek. Była przewidywalność, było poczucie, że jeśli pracujesz, to coś z tego masz. W 2012 roku widać było, że państwo zaczyna wychodzić na prostą, a w 2014 można było powiedzieć bez specjalnego zastanowienia, że to kraj, w którym da się dobrze żyć. Nie w luksusie, a żyć godnie.

Polacy byli częścią tej irlandzkiej historii, bo pracowali przecież na budowach, w hotelach, w magazynach, w firmach technologicznych. Zakładali firmy, płacili podatki, kupowali domy. Wypełniali luki, których Irlandczycy nie chcieli albo nie mogli wypełnić, więc nie przyszli tu po jałmużnę, przyszli po pracę i pracowali.

Przez kolejnych osiem lat można było odnieść wrażenie, że Zielona Wyspa odzyskała swoją moc, że historia kryzysu została zamknięta, a przyszłość maluje się w barwach wzrostu gospodarczego, stabilnych dochodów i rozsądnej polityki państwa. Polacy zaczęli mówić: „zostajemy”. Kupowali domy na kredyt, rodziły się dzieci, które w domu mówiły po polsku, a w przedszkolu po angielsku. Tworzyła się diaspora, która nie była już sezonowa, ona osiadła. Potem przyszedł moment, który nazywam chorobowym stanem wojennym. Pandemia zmieniła wszystko i nie tylko przez wirus, a przez decyzje. Przez zamknięcie gospodarki, przez politykę strachu, przez przestawienie całego społeczeństwa w tryb awaryjny. Wtedy wielu Polaków po raz pierwszy powiedziało, że może lepiej przeczekać „u siebie”, może lepiej wrócić do kraju, gdzie w razie czego ma się rodzinę, własne cztery ściany, zaplecze.

Fali powrotów nie zatrzymała nawet napaść Rosji na Ukrainę. Owszem, wojna wprowadziła niepokój, zamroziła część decyzji, ale kiedy opadł pierwszy kurz, a inflacja zaczęła zjadać pensje szybciej, niż pojawiały się ich podwyżki, temat powrotu wrócił ze zdwojoną siłą. „One way ticket” przestał być żartem i słowami piosenki, stał się planem. Drożyzna w sklepach była pierwszym sygnałem, że coś pęka. Ceny rosły szybciej niż poczucie sensu, a do tego rachunki za prąd i ogrzewanie, które potrafiły wywołać zawrót głowy. Następnie doszusował do tego kryzys mieszkaniowy, czyli prawdziwa bomba z opóźnionym zapłonem.

Irlandia nie poradziła sobie z mieszkalnictwem i nie chodzi tu o drobne niedociągnięcia. Chodzi o porażkę na polu krajowym, bo najem stał się luksusem, a domy towarem spekulacyjnym. Czynsze rosły, podaż nie nadążała za popytem, natomiast właściciele, korzystając z każdej luki prawnej, potrafili w kilka tygodni wyczyścić budynek z lokatorów, bo „rodzina się wprowadza” albo „remont”, po czym mieszkanie wracało na rynek za kwotę o kilkaset euro wyższą. I nagle człowiek, który pracował tu dziesięć lat, dowiadywał się, że ma dwa miesiące na wyprowadzkę, bo właściciel nie może podnieść mu czynszu o 500 euro, woli więc wymienić najemcę. Zgodnie z prawem, zgodnie z procedurą, zgodnie z zasadami, jakimi rządzi się rynek, tylko niezgodnie z elementarnym poczuciem przyzwoitości.

To nie jest jednostkowa historia, a opowieść powtarzana w dziesiątkach polskich domów. Ludzie, którzy budowali tu swoje życie, nagle pakowali dorobek w kartony. Firmy przeprowadzkowe nie nadążały z realizacją zleceń na trasie Irlandia–Polska, a samoloty pełne były nie turystów, lecz wracającej do ojczyzny rezygnacji.

Na początku lutego, przy okazji kilku dni wolnego, zacząłem pisać do znajomych. Tych, których przez lata pobytu na środku Atlantyku zebrało się całkiem sporo. Kilkanaście odpowiedzi wystarczyło, by zrozumieć, że coś jest nie tak. Większość była już w Polsce. Zmieniłem taktykę i zacząłem systematycznie pisać do kolejnych osób z listy facebookowych kontaktów. Odpowiedzi przyszły szybko i były zaskakująco zgodne: wróciliśmy. Jedni dwa lata temu, inni kilka miesięcy, a powód ten sam – koszty, mieszkanie, brak perspektyw.

Nie, to nie był exodus w stylu biblijnym, nie było dramatycznych scen na lotniskach, bo był to raczej cichy odpływ. Systematyczny, kropla po kropli, rodzina po rodzinie, człowiek po człowieku.

Zostali ci, którym „się udało”, czyli specjaliści, właściciele firm, osoby z dobrą pozycją zawodową. Ludzie, którzy mimo rosnących kosztów nadal mogą powiedzieć, że bilans wychodzi na plus i trudno im się dziwić. Irlandia wciąż oferuje atrakcyjny system podatkowy, przejrzyste reguły gry w wielu obszarach, stabilność instytucjonalną. Nad Wisłą… cóż, nie zawsze jest tak kolorowo.

Jednak zauważmy, że państwo nie powinno być klubem dla wybranych, nie powinno premiować wyłącznie tych, którzy już są na szczycie. Prawdziwą miarą dojrzałości jest to, jak traktuje się klasę średnią i tych, którzy dopiero do niej aspirują. W tym miejscu w mojej ocenie Irlandia zawiodła. Można oczywiście powiedzieć, że rynek zasobów ludzkich, ale i każdy inny rządzi się swoimi prawami. Ceny rosną, bo rośnie popyt, właściciel ma prawo dysponować swoją własnością, a państwo nie może ingerować w każdą transakcję. To wszystko prawda, tylko że państwo istnieje po to, by równoważyć interesy, by chronić słabszych przed dyktatem silniejszych. By w końcu tworzyć warunki do stabilnego życia, a nie do permanentnej niepewności.

Polacy nie oczekiwali specjalnych przywilejów, nie prosili o czerwone dywany, chcieli normalności. Chcieli wiedzieć, że jeśli pracują, płacą podatki i przestrzegają prawa, to państwo stanie po ich stronie np. w sytuacji kryzysu mieszkaniowego. Że nie zostaną potraktowani jak jednorazowy kubek z plastiku. Tymczasem coraz częściej czuli się jak pracownicy sezonowi w kraju, który oficjalnie mówił o otwartości i różnorodności, ale w praktyce nie potrafił zapewnić elementarnego bezpieczeństwa mieszkaniowego. Otwartość okazała się hasłem marketingowym, natomiast różnorodność – folderem z kolorowymi obrazkami.

Nie chodzi o to, że Irlandia miała obowiązek lub powinna zatrzymać Polaków za wszelką cenę. Migracja jest zjawiskiem naturalnym. Ludzie przyjeżdżają i wyjeżdżają, ale problem jest w tym, że wielu z tych, którzy wyjechali, nie chciało opuszczać tej wyspy. Zostali do tego zmuszeni przez okoliczności, które państwo mogło złagodzić, a nie łagodziło wystarczająco dobrze.

Ten felieton nie jest atakiem na Irlandczyków jako naród, to bardziej oskarżenie wysłane pod adresem polityki, która nie przewidziała skutków własnych decyzji albo przewidziała i uznała, że koszt jest akceptowalny. Ktoś powie, że przecież gospodarka rośnie, inwestycje płyną, wielkie korporacje mają swoje siedziby. To prawda, ale wzrost PKB nie ogrzewa mieszkania. Inwestycje zagraniczne nie obniżają czynszu, a obecność globalnych gigantów nie gwarantuje, że pielęgniarka, kierowca czy pracownik magazynu będzie w stanie wynająć dom w rozsądnej cenie.

Irlandia, co właśnie muszę przyznać, choć zastanawiałem się od kilku miesięcy, kiedy to powiedzieć, stała się ofiarą własnego sukcesu. Przyciągnęła kapitał, który napompował rynek nieruchomości. Przyciągnęła też ludzi, których nie ma gdzie zakwaterować. Rozpędziła gospodarkę, ale zapomniała o fundamentach. Dom jest fundamentem, bo bez niego nie ma stabilności, a bez stabilności nie ma lojalności.

Polacy byli lojalni. Przez lata nie domagali się wiele, wtapiali się w krajobraz, wnosili do niego swoją pracowitość, swoje ambicje, swoje dzieci. W szkołach pojawiły się polskie nazwiska, w kościołach polskie modlitwy, a w sklepach polskie produkty. To nie była chwilowa przygoda, a realna obecność.

A jednak, gdy przyszedł czas próby, wielu z nas usłyszało w praktyce – radźcie sobie sami.

Można oczywiście argumentować, że Polska się zmieniła, że przestała być krajem, z którego ucieka się za wszelką cenę. To też prawda. Polska oferuje dziś inne możliwości niż dwadzieścia lat temu. Dla części powrót był decyzją pełną logiki, ale nie oszukujmy się, gdyby warunki mieszkaniowe w Irlandii pozostały stabilne, wielu z tych ludzi nadal by tu, na tej właśnie wyspie mieszkało.

Felieton z natury rzeczy jest subiektywny, bo nie jest to raport statystyków. To głos. Głos kogoś, kto widzi, jak z roku na rok polskie osiedla pustoszeją. Jak znajomi znikają z lokalnych społeczności. Jak dzieci, które mówiły z lekkim irlandzkim akcentem, nagle uczą się na nowo polskiej szkoły. Irlandia mogła zatrzymać tych ludzi. Nie wszystkich, nie za wszelką cenę, ale mogła stworzyć warunki, które sprawiłyby, że decyzja o wyjeździe nie byłaby wymuszona przez brak mieszkania albo horrendalnie wysoki czynsz.

Nie zrobiła tego.

I w tym sensie jest to skarga, a może nawet oskarżenie. Nie o złą wolę, lecz o brak wyobraźni, o krótkowzroczność, o przekonanie, że rynek sam wszystko ureguluje, a ludzie zawsze znajdą sobie miejsce.

Ludzie znaleźli. Tyle że nie tu, a tam.

Dziś wielu z tych, którzy wrócili, buduje życie w Polsce od nowa. Czasem z ulgą, czasem z nostalgią, ale Irlandia pozostanie w ich pamięci jako etap. Ważny, intensywny, formujący, choć już zamknięty. Zielona Wyspa nadal jest piękna. Klify nadal opierają się Atlantykowi. Rozmowy w pubach nadal mają swój rytm. Tyle że w tych rozmowach coraz rzadziej słychać język polski.

Państwo, które chce być naprawdę otwarte, musi zrozumieć jedną rzecz, że ludzie to nie zasób do wykorzystania w chwili wzrostu i do odrzucenia w okresie napięć. To nie są liczby w migracyjnych statystykach. To są rodziny, historie i plany. Irlandia zaprosiła Polaków do wspólnego stołu. Przez lata siadaliśmy przy nim razem, gdy jednak zaczęło brakować miejsca, nie zadbano o to, by każdy mógł znaleźć choćby rozchwiane krzesło.

Historia emigracji to zawsze opowieść o wyborach, ale czasem to także opowieść o zaniechaniach, o niewykorzystanych szansach, o mostach, które można było wzmocnić, a którym pozwolono popaść w ruinę. Irlandia natomiast nie upadła, nie zbankrutowała, nie pogrążyła się w chaosie, ale dla tysięcy Polaków przestała być domem. A to znacznie więcej niż statystyka, to cichy werdykt wydany przez ludzi, którzy głosowali nogami. I z tym werdyktem Zielona Wyspa będzie musiała kiedyś się zmierzyć.

Bogdan Feręc

Grafika wygenerowana przez AI

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version