Irlandczycy mają w DNA wędrówkę, a Wyspa nauczyła ich, że czasem, by ocalić duszę, trzeba spakować walizkę. W XIX wieku uciekali przed głodem, w XX przed biedą i imperium, dziś – przed czymś znacznie trudniejszym do nazwania. Przed rozpadem porządku, przed państwem, które powoli przestaje być ich domem i nie, to nie jest publicystyczna metafora, bo to proces, twardy jak beton i zimny jak rachunek za prąd.
Wyjście z „domu niewoli” wcale się nie zatrzymało. Przeciwnie ta fala migracji rodowitych mieszkańców Zielonej Wyspy znów rośnie, jak przypływ, którego nikt już nie udaje, że nie widzi. Różnica polega na tym, że tym razem nie jadą do Londynu ani do Bostonu. Coraz częściej patrzą na Europę Środkową, na Polskę, na kraje, które jeszcze pamiętają, czym jest państwo jako wspólnota, a nie jako korporacja zarządzana przez księgowych i aktywistów.
To, co wydarzyło się w Wielkiej Brytanii, zaczyna się w Irlandii. Ten sam schemat, ta sama narracja, te same slogany. Najpierw zapewnienia, że „nic się nie dzieje”, potem moralny szantaż, a na końcu rachunek, który zawsze płacą zwykli ludzie. I dlatego z tygodnia na tydzień coraz więcej rdzennych Irlandczyków rozważa przeprowadzkę. Bez histerii, bez transparentów, po cichu, z kalkulatorem w ręku.
W ciągu ostatnich tygodni znów dostałem serię kilkunastu e-maili, gdzie szukać informacji o Polsce? Czy da się tam żyć, znając tylko angielski? Kto pomoże się przeprowadzić? Co z mieszkaniami, szkołami, bezpieczeństwem? Po zastanowieniu jestem zdania, że nie są to pytania marzycieli, a pytania ludzi, którzy widzą, że grunt usuwa im się spod nóg.
Odpowiadam cierpliwie, studzę emocje, mówię wprost, że Polska to nie jest kraina mlekiem i miodem płynąca. To kraj wymagający, czasem szorstki, bez kompleksów i bez instrukcji obsługi po angielsku. Ale mówię też coś innego, ważniejszego, że to kraj, w którym wciąż da się oddychać. W którym nocą można wrócić do domu bez skanowania ulicy jak w strefie wojny kulturowej, w którym państwo, mimo wszystkich wad, nie odwróciło się jeszcze plecami do własnych obywateli.
Kiedy pytam Irlandczyków, co ich pcha do wyjazdu, odpowiedzi powtarzają się jak refren starej pieśni. Brak perspektyw na własne mieszkanie. Ceny, które rosną szybciej niż pensje i szybciej niż zdrowy rozsądek. Chaos migracyjny, który rozsadza lokalne wspólnoty i generuje napięcia, o którym nie wolno mówić głośno. Brak spokoju. Brak poczucia, że ktoś trzyma ster.
To nie jest opowieść o „nietolerancji”, to jest opowieść o zmęczeniu, o ludziach, którzy całe życie grali fair, płacili podatki, wierzyli w instytucje i nagle odkryli, że są ostatni w kolejce. Państwo, które miało być ich domem, stało się hotelem tranzytowym. Bez zasad. Bez gospodarza. Bez odpowiedzialności.
Szczególnie uderzający jest przekrój zawodowy tych, którzy myślą o wyjeździe. To nie jest jedna grupa społeczna, bo pełne spektrum, więc specjaliści od nowych technologii, pracownicy korporacji, kucharze, ludzie sektora usług, ale też, i to zaboli Irlandię najbardziej, fachowcy z dziedziny budownictwa. Ludzie, którzy faktycznie coś potrafią, którzy stawiają, naprawiają, modernizują, kręgosłup realnej gospodarki.
Państwo, które traci takich ludzi, nie traci statystyk, traci przyszłość i żadna kampania wizerunkowa tego nie przykryje.
Pytam ich czasem prowokacyjnie, czy nie boją się, że opuszczając wyspę, oddadzą ją bez walki? Że za kilkanaście lat historia zatoczy koło i znów trzeba będzie ją odzyskiwać jak w 1916 roku? Odpowiedź jest zaskakująco spokojna. Mówią, że Irlandia przetrwa, że nawet jeśli oni wyjadą, duch wyspy nie zginie, ale dodają coś jeszcze, choć znacznie ciszej… Że nie chcą żyć w kraju, który stanie się drugą Wielką Brytanią, państwem bez tożsamości, bez granic kulturowych, bez odwagi, by powiedzieć „dość”.
Wielka Brytania jest dziś ostrzeżeniem, nie wzorem. Krajem, który uwierzył, że można rozpuścić wspólnotę w imię abstrakcyjnych idei i że nic się nie stanie. Stało się wszystko. Getta, napięcia, strach, policyjna bezradność i polityczna hipokryzja, a to nie jest przyszłość, którą Irlandczycy chcą oglądać z bliska. Dlatego w ich ocenie wyjazd nie jest zdradą. Jest instynktem samozachowawczym tak jak kiedyś. Historia Irlandii nie jest historią wiecznego trwania w jednym miejscu. Jest historią powrotów, krążenia, szukania przestrzeni, w której można żyć po ludzku. Dziś ta przestrzeń coraz częściej znajduje się tam, gdzie jeszcze niedawno patrzono z góry.
I tu pojawia się wątek, który dla nas, Polaków, jest kluczowy, bo kiedy Irlandczycy pytają o Polskę, pytają nie tylko o zarobki. Pytają o porządek, o sens, o normalność, o to, czy państwo jeszcze istnieje jako byt moralny, a nie tylko administracyjny.
Nie pozwólcie sobie ukraść państwa, to hasło, które brzmi dziś bardziej aktualnie niż kiedykolwiek. Państwa nie kradnie się czołgami. Kradnie się je decyzjami, zaniechaniami i tchórzostwem elit. Kradnie się je, gdy obywatel przestaje być podmiotem, a staje się przeszkodą, gdy interes własnych ludzi przegrywa z interesem ideologicznym. Irlandczycy widzą ten proces i reagują. Pakują życie w kartony, zanim ktoś im powie, że przesadzają. Zanim usłyszą, że „tak musi być”, zanim obudzą się w kraju, którego już nie rozpoznają.
To nie jest masowa ucieczka, jeszcze nie, ale to jest sygnał, który stał się uporczywy, nie do zignorowania. Historia uczy, że takie sygnały zawsze mają rację. Państwa, które nie słuchają swoich obywateli, kończą jako przystanki, nie jako domy.
A dom, nawet jeśli bywa ciasny, chłodny i wymagający, jest wart obrony albo opuszczenia, zanim zamieni się w klatkę. Irlandczycy dokonują dziś tego wyboru na nowo. I warto patrzeć na nich uważnie, bo w tej opowieści jest więcej Europy, niż chcieliby przyznać ci, którzy wciąż powtarzają, że „nic się nie dzieje”.
Bogdan Feręc
Photo by Artur Tumasjan on Unsplash

