Tak się ostatnio pozmieniał świat, że wszyscy rzucili się obsmarowywać błotem Donalda Trumpa, a mówiąc całkiem zgodnie z faktami, chłop robi, co zapowiadał. Powiem więcej, trzyma się swojego planu rozbicia globalizmu, co niewiele osób łaskawa jest zauważyć albo przynajmniej nie przechodzi im to przez gardła. Do tego rozmontowuje światowe instytucje, które przestały działać na rzecz ludzkości, a zajęły się transferami pieniędzy i wywoływaniem strachu u ludzi. Żyjemy w epoce informacyjnego szumu, gdzie krzykliwe nagłówki o „nieobliczalnym krewkim miliarderze” zastępują rzetelną analizę mapy tego świata. Tymczasem to, co wielu bierze za chaos, jest precyzyjnym demontażem układu, który przestał służyć amerykańskim interesom.
Jeżeli jednak prześledzić informacje, nawet na tym portalu, połączyć kropki, a i przeczytać teksty o BRICS, Rosji, Chinach, USA i Europie, sprawa nie jest już zero-jedynkowa, jak przedstawiają to media głównego nurtu w Unii Europejskiej. Europa, przyzwyczajona do dyplomacji jedwabnych rękawiczek i ciągnących się w nieskończoność debat o niczym, zderzyła się z kimś, kto zamiast traktatów używa arkusza kalkulacyjnego i siły nabywczej największej gospodarki świata. To się natomiast USA nie podoba, bo pośrednio uderza w ekonomię Stanów.
Ego jako narzędzie, a nie wada
Prawdą jest, że prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump swoim ego mógłby swobodnie obdzielić kilka stanów i to największych, a i jego zachowanie może budzić zażenowanie, jednak patrząc wyłącznie na sferę działań politycznych, walczy z globalnym układem, jak chce i umie. To ego jest chyba jednak jego tarczą, ale w świecie brutalnej polityki siły, gdzie przy stole siedzą tacy gracze jak Xi Jinping czy Władimir Putin, autoprezentacja Trumpa jako człowieka nieprzewidywalnego i pewnego siebie jest elementem doktryny Madman Theory (teorii szaleńca), tyle że w nowoczesnym wydaniu. On nie musi być kochany na brukselskich salonach, nie musi być też w Chinach i Rosji, ale musi być brany pod uwagę w Pekinie, Moskwie i oczywiście na Starym Kontynencie.
Arktyka: Klucz do dominacji w XXI wieku
Weźmy tę Grenlandię, o której pisałem całkiem niedawno, a w tym kontekście pojawia się kilka spraw dotyczących Trumpa bezpośrednio, więc mówi się, że chce być prezydentem, który powiększył USA. Nic bardziej mylnego, bo w prostej linii chodzi o bezpieczeństwo samych Stanów Zjednoczonych, jak i o dostęp do Arktyki. Spoglądając na mapę, obecnie USA ma bezpośredni dostęp do linii brzegowej Arktyki w kilkunastu procentach, natomiast Rosja to około 40%.
To nie jest kaprys dewelopera nieruchomości, który chce postawić hotele na lodowcu, to jest czysta strategia „Rimlandu”. Przyłączając czy tam anektując, a teraz w miękkiej formie Grenlandię, Trump praktycznie zrówna się z Federacją Rosyjską, a i, co powtarzać będę do znudzenia, chce wziąć pod pełną kontrolę Północną Drogę Morską. Tego potrzebuje, aby kontrolować przepływ towarów z Rosji, Indii oraz Chin, bo wszystkie te trzy państwa odpuszczają sobie południowe szlaki, które są zbyt długie, niebezpieczne i kontrolowane przez inne siły. Arktyka staje się więc poniekąd nowym Suezem, a Trump chce być tym, który trzyma klucze do bramy.
Do tego Stany Zjednoczone będą miały nadzór militarny nad całą północną częścią Atlantyku, więc będą mogły z łatwością szpiegować rosyjskie okręty i łodzie podwodne. I czy to się komuś podoba, czy nie, to jest najzwyklejsze szachowanie Rosji w jej własnym podbiegunowym ogródku. Europa powinna mu za to być w jakiś sposób wdzięczna, bo amerykański parasol nad Grenlandią to bezpieczeństwo północnej flanki NATO, ale zamiast podziękowań, słyszymy wesołe drwiny o „kupowaniu wysp”. Te natomiast nie ucichły nawet w obliczu zmiany zdania przez Donalda Trumpa, który w Davos jakby odpuścił, ale niebyłym tego taki pewien, bo przecież to cały czas Donald Trump, który może wprowadzić plan „B”. Zmiana tonu, z jakim mamy obecnie do czynienia, może być też wynikiem wcześniej zaplanowanych działań, więc Trumpowi chodziło jedynie o przyzwolenie na znacznie większą kontrolę tej wyspy lub o szeroką obecność amerykańskiej armii na Grenlandii.
Pułapka „szaleństwa” i realna polityka w Ameryce Łacińskiej
Pojawiają się też opinie, jeszcze jest ich niewiele, że Trump oszalał i niedługo wszczęte zostanie postępowanie, że jakoby prezydent nie może już sprawować swojej funkcji, więc wdrożona zostanie na podstawie którejś tam poprawki do amerykańskiej Konstytucji procedura jego odwołania. Zdania być mogą, ale muszą być ku temu podstawy, więc seria badań lekarskich, a tych wciąż nie ma. Zamiast diagnozy medycznej, warto postawić inną, czyli polityczną. Trump nie jest szaleńcem, jest natomiast chirurgiem, który odcina chińskie macki od zachodniej półkuli.
Warto też zwrócić uwagę, co tak naprawdę robi Trump w Ameryce Południowej, a w prostych słowach, blokuje Chińczyków i cały BRICS. Wenezuela – pojmanie tamtejszego prezydenta to nie jest widzimisię Białego Domu, bo to uderzenie i to bezpośrednie w chińskie inwestycje. Pekin wpompował miliardy w wenezuelską ropę, a Trump po prostu zakręca kurek, przez który te pieniądze miałyby wrócić do Pekinu.
Kuba, o tym też niedawno pisałem, że aspiruje do BRICS i co? Kilka sprawnych ruchów Donalda Trumpa, zapowiedź ceł i powtórka blokady wyspy z czasów sowieckich, aby Hawana usiadła w spokoju na stołeczku i grzecznie czekała, aż Waszyngtonowi przejdzie złość. Kuba to naturalny sojusznik Rosji, a i liczyła na poważne pieniądze z briksowskiego banku, żeby uwolnić się spod amerykańskiego buta. Nie wyszło. Trump przywraca też doktrynę Monroe w wersji 2.0 – Ameryka dla (Północnych) Amerykanów, a Chiny i Rosja mają trzymać się z daleka od Karaibów.
Idźmy dalej, więc „groźby” prezydenta Donalda Trumpa wobec Argentyny, żeby nie patrzyła z takim utęsknieniem na technologie płynące z Państwa Środka, bo nawet, jak zacznie coś produkować, nie sprzeda tego w USA i w krajach tzw. Zachodu. To brutalna, ale skuteczna gra, jak pokazują oświadczenia rządów państw Ameryki Południowej, które nie prą już tak mocno na chiński kierunek. Brazylia też dostała prztyczka w nos, a to kraj należący do grupy BRICS, więc tam poszła informacja, że Biały Dom nałoży takie cła, że się nie pozbierają przez dziesięciolecia. Trump mówi jasno – możecie handlować z Chinami, ale wtedy zapomnijcie o największym rynku konsumpcyjnym świata. Wybór należy do was.
Europa i Kanada: Koniec „jazdy na gapę”
Idźmy dalej, więc kwestie problematyczne, czyli Kanada i Europa. Tu sytuacja jest inna, a trochę wywołana przez obie strony. Zarówno kanadyjski, jak i europejskie rządy uznały, że skoro mają podpisaną z Trumpem umowę na cła w wysokości 15%, to mogą lekko naciągnąć warunki współpracy. Niestety amerykański Donald dopatrzył się, że ani Kanada, ani też Unia Europejska, nie kupują w Stanach takich ilości towarów, jakie znalazły się w podpisanych deklaracjach, więc zaczął podgryzać obu partnerów USA. To nie jest małostkowość, bo Trump nadal widzi ogromny deficyt handlowy i traktuje go jak krew wyciekającą z organizmu Stanów Zjednoczonych. Dla niego sojusz, który polega na tym, że Ameryka płaci za obronę, a np. Europa sprzedaje mu swoje samochody, niewiele kupując w zamian, jest po prostu złym interesem.
Do tego Unia zaczęła się przed konferencją w Davos stawiać w kwestii grenlandzkiej, a tak prawdę mówiąc, przejęcie przez USA tej wyspy byłoby korzystne ze względów bezpieczeństwa Europy, czyli Trump się rozsierdził i wziął do ręki swój ulubiony bacik, czyli cła. Europa zachowywała się jeszcze kilka dni temu, jak pasażer, który krytykuje kierowcę za to, że ten chce zamontować lepsze opony, choć sam nie dorzuca się do paliwa.
Wielki bój o przyszłość
Reasumując, bo działanie Donalda Trumpa jest obrzydliwie przejrzyste, a tylko dlatego wydaje się inaczej, że media nie przekazują rzetelnego obrazu całej sytuacji i działań pobocznych, prezydentowi USA nie chodzi o szkodzenie – takie zupełne Europie i krajom zachodnim, a widać tu wyraźny bój z Chinami i krajami BRICS. On chce w pewien sposób skonsolidować Zachód pod twardym, amerykańskim przywództwem, zanim BRICS urośnie do siły, której nie da się już powstrzymać.
Niestety Unia Europejska zaczęła Trumpowi wchodzić w paradę, a chodzi tu o umowę handlową z państwami Mercosur, więc i on przestał traktować UE z pobłażaniem. Europa próbuje teraz grać na dwóch fortepianach, więc chce amerykańskiego bezpieczeństwa i dostaw z państw BRICS, a najchętniej widziałaby na swoim kontynencie chińskie pieniądze, ale bez Chińczyków. Trump w tej sytuacji powiedział – „sprawdzam”.
Sprawa wygląda też tak, że albo Europa pozostanie w sojuszu gospodarczo-militarnym z USA, albo nieprzygotowana i niezdolna pod żadnym względem, wystawiona zostanie na pełną konfrontację z trzema potęgami ekonomicznymi, czyli Chinami, Rosją i Indiami. Nawiasem mówiąc, sama wpycha się w ich objęcia, przy tym łudząc się, że Pekin czy Moskwa będą lepszymi partnerami niż „szorstki” Trump.
Donald Trump nie jest szaleńcem, jest pragmatykiem, ale takim do bólu, który rozumie, że czas dyplomatycznych uprzejmości się skończył. On wie, że albo Ameryka wygra starcie o Arktykę, Amerykę Południową i światowy handel, albo Zachód, jaki znamy, przestanie istnieć i pochłonięty zostanie przez apetyt BRICS. Prezydenta USA można nie lubić, można się z niego śmiać, można też w wielu kwestiach się z nim nie zgadzać, ale on jako jedyny na tej scenie ma odwagę nazwać rzeczy po imieniu i walczyć o dominację, która w ostatecznym rozrachunku jest jedyną gwarancją spokoju dla naszej części świata.
Europa twierdzi natomiast, że umowami z globalnymi gigantami, zapewni sobie bezpieczeństwo. Tak się nie stanie i giganci, z umowami lub bez któregoś dnia zjedzą Stary Kontynent na śniadanie.
Bogdan Feręc
Fot. Public domain Ali Shaker/VOA

