Są takie momenty w historii, kiedy człowiek przestaje pytać o wygodę, a zaczyna zastanawiać się nad przetrwaniem. To właśnie wtedy rodzą się bunty, które nie powstają z ideologii, nie z książek i nie z uniwersyteckich debat przy winie. Rewolucje rodzą się z pustego garnka, z zimnego mieszkania i z upokorzenia. Rodzą się wtedy, gdy człowiek pracuje od świtu do nocy, a mimo to nie stać go na normalne życie. Tak było zawsze i tak rozpoczynały się właśnie rewolucje.
Odpowiedź, jeżeli ktokolwiek zapyta, jest prosta, one brały się z biedy i braku miejsca do zamieszkania, co po latach egzystencji dawało napęd do uruchamiania buntów. Te zaś, czasami w tym samym czasie, a niektóre nieco później, przeradzały się w rewolucje. Historia, nasza przecież historia, nie jest martwą kroniką zakurzoną w bibliotekach, ona trwa, dzieje się teraz, oddycha, wraca i krąży nad społeczeństwami jak burza, której długo nie widać, ale czuć ją w powietrzu. Dzisiaj także ją czuć, głównie w rozmowach ludzi zmęczonych rachunkami. W oczach młodych, których nie stać na własne mieszkanie. W głosach ojców rodzin, którzy po opłaceniu czynszu i jedzenia zastanawiają się, czy mogą jeszcze dziecku dać pieniądze na nowe buty.
Doskonałym przykładem może być w takim przypadku Łódź, dziewiętnastowieczna i dwudziestowieczna Łódź, która w pewnej chwili przeciwstawiła się wszechwładzy fabrykantów, choć napęd zrywu pojawił się w Rosji. Pamiętajmy, że i my, żyjący w Europie mamy już takie same problemy i jesteśmy chyba w przedsionku rewolucji, o ile zaczniemy dostrzegać, że jak ówczesny robotnik, pracujemy prawie wyłącznie na czynsz i jedzenie.
Tu zaczyna się najgorsza część tej opowieści, bo człowiek XXI wieku miał żyć lepiej, miał być wolny, miał mieć możliwości. Przynajmniej tak nam obiecywano, a tymczasem miliony ludzi wróciły do punktu, w którym pracują wyłącznie po to, aby mieć dach nad głową i nie umrzeć z głodu. Dokładnie tak samo jak robotnik sprzed ponad 140 lat. Podobnie jak miało to miejsce ówcześnie, są grupy społeczne, które nie odczuwają w jakiś specjalny sposób panującej drożyzny, ale i to może się za jakiś czas zmienić. Jednak historia ma jeden okrutny zwyczaj, że nigdy nie kończy się na biednych. Elity zawsze wierzą, że pożar zatrzyma się przed ich ogrodem, że płomień obejmie tylko tych na dole, ale kiedy społeczeństwo zaczyna się sypać, nie pyta o status majątkowy. Kryzys prędzej czy później zagląda do każdego domu.
Pomówmy jednak o Łodzi, w której w końcówce XIX i początkach XX wieku pensje robotników fabrycznych były głodowe, a czynsz potrafił odebrać nawet 60% zarobków. Ratując się przed biedą, rodziny mieszkające w jednoizbowych mieszkaniach w 5, 6 a nawet 10 osób, dawały kąt do spania sublokatorowi, a niekiedy dwóm, śpiącym w jednym łóżku na zmiany.
Brzmi znajomo? Oczywiście, że brzmi i wystarczy wejść dziś na portale ogłoszeniowe w Dublinie, Warszawie, Lizbonie czy Londynie. Coraz częściej widzi się ogłoszenie: „Łóżko do wynajęcia”. Nie pokój, nie mieszkanie, a łóżko. Człowiek zostaje sprowadzony do powierzchni materaca, do kilku metrów kwadratowych egzystencji. Do numeru konta, z którego co miesiąc wysysa się większość pensji. Takie postępowanie, było jednak różne od dzisiejszego, bo ścisk w irlandzkich, a często też polskich domach nie jest próbą ratowania budżetu, gdyż najczęściej maksymalizacją zysku przez właściciela nieruchomości. To właśnie jest różnica, jednak zmienia się tylko poborca czynszu, nie zaś sama zasada.
Właśnie tutaj kryje się największa choroba współczesności. Dawniej bieda była tragedią. Dziś bieda stała się modelem biznesowym. Na ludzkiej desperacji buduje się fortuny. Na braku mieszkań buduje się inwestycyjne imperia. Kiedyś fabrykant wyciskał robotnika przy maszynie, a dzisiaj wyciska się go przez kredyt, czynsz, raty i rachunki. Wykwalifikowany robotnik dziewiętnastowiecznej fabryki w Łodzi zarabiał do 42 rubli rocznie, a robotnica na tym samym stanowisku prawie 60% mniej. Jednak pensje zwykłych robotników były znacznie niższe, więc sięgały maksymalnie 20-25 rubli rocznie, a przy czynszu za 12 miesięcy około 15 rubli.
Wówczas, czyli dokładnie tak samo, jak dzisiaj, można było mówić, że pracuje się tylko po to, żeby mieć łóżko do spania i nie umrzeć z głodu, bo na rozrywkę, o ile taka się pojawiała, nie było już miejsca w domowym budżecie. I proszę spójrzcie, jak bardzo współczesny świat próbuje nam wmówić, że to normalne. Że młody człowiek ma mieszkać z obcymi ludźmi do czterdziestki, że rodzina ma liczyć każdy grosz mimo dwóch etatów, że wakacje i lot samolotem w XXI wieku stają się luksusem. Że restauracja raz w miesiącu to ekstrawagancja, że posiadanie dziecka trzeba „przeliczyć finansowo”, jakby było pozycją w domowych wydatkach.
To nie jest normalność, a zwyczajne cofanie społeczeństwa do epoki ekonomicznego przetrwania.
Trzymając się jednak faktów, od czasu do czasu robotnicy mieli chwile, kiedy pozwalali sobie na nieco więcej, co oznaczało sobotnie wyjście do knajpy. Wówczas tygodniowa pensja kurczyła się jeszcze szybciej, bo przecież, jak i dziś, zabawa kosztuje. Współczesność nie różni się od XIX-wiecznej niemal niczym. Człowiek haruje jak koń przez cały tydzień, żeby potem przez jeden wieczór poczuć, że jeszcze żyje. Jedno wyjście, jedna kolacja, jeden koncert, jedna chwila oddechu od tego kieratu, a następnego dnia znowu wraca do naszej fabrycznej maszyny. Tyle że dziś tą maszyną nie jest przędzalnia, lecz korporacja, magazyn logistyczny, aplikacja, call center albo kolejna umowa śmieciowa.
Była jeszcze jedna różnica, choć dzisiaj spotykana jest jeszcze całkiem rzadko, ale nie można powiedzieć, iż nie jest obecna, przynajmniej wśród tych, którzy zarabiają najmniej. Praca w ówcześnie działających fabrykach trwała od 12 do 16 godzin podczas jednej zmiany, a i pracowało się 6 dni w tygodniu, choć sobota charakteryzowała się zwyczajowo 10-godzinnym dniem pracy. Pracowały też dzieci, które otrzymywały kilkanaście kopiejek tygodniowo, czyli w przeliczeniu mniej, niż dzisiaj płaci się za jedną kawę. I zanim ktoś powie: „to przecież nieporównywalne”, niech spojrzy na współczesny świat dostawców jedzenia, kierowców z aplikacji, magazynierów, migrantów pracujących po kilkanaście godzin dziennie. Niech spojrzy na ludzi, którzy śpią po pięć godzin, bo inaczej nie dopną budżetu. Cywilizacja zmieniła dekoracje, ale mechanizm wyzysku wciąż działa z zadziwiającą precyzją.
Łódź przebudziła się dopiero w czerwcu 1905 roku, kiedy robotnicy odeszli od maszyn i zaczęli domagać się zmiany ich pensji oraz godnych warunków życia. Wówczas padły strzały, a stało się to za namową fabrykantów, którzy, jak Izrael Poznański, wydali zgodę, aby carskie wojsko zaczęło strzelać do robotników, gdy wyszło na nie ponad 100 000 osób. Ten rok jest znaczący, bo przecież zmiany przyszły z ówczesnej Rosji, gdzie rewolucja trwała już od stycznia, co może być znakiem, że właśnie tutaj historia wysyła nam kolejne ostrzeżenie. Ludzie są cierpliwi, potrafią znosić wiele, potrafią zaciskać zęby przez lata, ale kiedy dochodzą do ściany, wszystko zmienia się nagle. Jeden dzień, jeden „strzał”, jeden kryzys, jedna podwyżka cen prądu, jedna iskra.
To teraz spójrzmy na czasy nam obecne i zastanówmy się, jakim kosztem utrzymujemy nasze rodziny i nasze, często wynajmowane domy? Jak dalece uzależnieni jesteśmy od portfeli, które z każdym miesiącem stają się szczuplejsze? Jak często myślimy o oszczędzaniu? Jak często pojawiają się myśli, że trzeba będzie znaleźć dodatkową pracę? To są pytania, które dzisiaj zadają sobie miliony Europejczyków. Nie tylko biedni, także klasa średnia, która jeszcze niedawno wierzyła, że jest bezpieczna. Tymczasem bezpieczeństwo okazało się iluzją. Wystarczy kilka rachunków więcej, wyższy czynsz, droższy prąd i nagle okazuje się, że całe to „stabilne życie” stoi na glinianych nogach.
Teraz, cały czas jeszcze myślimy o przetrwaniu, o utrzymaniu się na powierzchni, jeszcze nie jesteśmy w punkcie, w którym trzeba będzie powiedzieć, że dłużej tak się nie da żyć. Jednak za chwilę, za kilka miesięcy… Czy stoimy u drzwi rewolucji? I tak i nie, bo prostej odpowiedzi tutaj nie ma, a tylko dlatego, że to już całkiem inne społeczeństwo, inni ludzie, inne wartości.
Tutaj ponownie dochodzimy do najbardziej gorzkiej prawdy. Dawniej ludzie byli biedni, ale byli razem, dzisiaj natomiast są samotni. Kiedyś człowiek znał sąsiada, dzisiaj zna hasło do Wi-Fi. Kiedyś budowano wspólnoty, a dzisiaj buduje się internetowe bańki i ego większe niż mieszkania, na które ludzi nie stać. Kiedyś liczyła się rodzina, która obecnie jest jej namiastką. Kiedyś myślało się o innych, a dziś o sobie. Kiedyś ludzie byli wspólnotą, a teraz zamykają się w tzw. swoich własnych czterech kątach i myślą wyłącznie o sobie. Właśnie to przeszkadza, aby szybko pojawił się narodowy zryw, a nie jest ważne, czy to Polska, Irlandia lub Portugalia, wszędzie ludzie są tacy sami, choć mówią wieloma językami. Są sami dla siebie, są obcy innym, są zamknięci i nie widzą, że sami, rzeczywiście niczego nie mogą, choć żyją w przeświadczeniu, iż jest inaczej.
To jest właśnie największe zwycięstwo współczesnego systemu, aby przekonać człowieka, że samotność jest siłą, żeby „radź sobie samemu”, że wszystko jest wyłącznie twoją winą. Ergo – za mało pracujesz, za mało się starasz, za mało optymalizujesz swoje życie. Czy jednak to prawda? Nie. Problemem nie jest człowiek, który pracuje i nie może godnie żyć. Problemem jest świat, który uznał to za normę.
Tak się zastanawiam, czy ja właśnie namawiam do rewolucji? Ponownie nie ma tu prostej odpowiedzi, ale skłaniam się bardziej ku tej, która mówi, że do przebudzenia i spojrzenia na nasz świat z całkiem innej perspektywy. Bo może jeszcze nie potrzebujemy barykad. Może jeszcze nie potrzebujemy ulicznych walk i kamieni rzucanych w okna możnych tego świata, ale z całą pewnością potrzebujemy przebudzenia. Potrzebujemy odzyskać poczucie wspólnoty, godności i zwykłej ludzkiej solidarności.
Naród nie umiera wtedy, kiedy biednieje, on umiera wtedy, kiedy przestaje czuć cokolwiek wobec drugiego człowieka. Być może właśnie dziś stoimy nie tyle u drzwi rewolucji, co u drzwi moralnego egzaminu. Egzaminu z człowieczeństwa, z odpowiedzialności i zwyczajnej ludzkiej odwagi.
Historia, którą często odrzucamy, której nie pamiętamy, już nieraz pokazała, że kiedy ludzie przez zbyt długi czas pracują wyłącznie na czynsz i jedzenie, świat wcześniej czy później zaczyna drżeć. Czy teraz zaczyna, czy może trzeba będzie na to jeszcze trochę poczekać?
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

