Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Tusk był cieniem dawnego Tuska

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Kiedy przed południem dowiedziałem się, że premier Donald Tusk zamierza wygłosić wieczorne orędzie do narodu, z nieukrywaną ciekawością czekałem na ten moment. Sprawy w naszym kraju zaszły już bowiem na tyle daleko, że niezależnie od tego, którą stronę sceny politycznej popieramy, wysłuchanie stanowiska szefa rządu wydawało się po prostu konieczne. W końcu nie codziennie premier zwraca się do obywateli w takiej formule, a okoliczności, w jakich zdecydował się to zrobić, nie należały do zwyczajnych.

Przez kilka godzin, pomiędzy czytaniem mniej lub bardziej rozsądnych komentarzy, z których niektóre przypominały mi ponownie, gdzie jest moje miejsce i kim rzekomo jestem, zastanawiałem się, jaki kierunek obierze Donald Tusk. Właściwie możliwości były dwie. Premier mógł spróbować wyciszyć narastający konflikt, wykonać gest w stronę przeciwników politycznych i poszukać choćby niewielkiej przestrzeni do porozumienia. Mógł również zdecydować się na dalszą konfrontację, podtrzymując dotychczasową linię polityczną.

Wybrał tę drugą drogę.

Nie oznacza to, że taki wybór był całkowitym zaskoczeniem. Donald Tusk znalazł się bowiem w sytuacji, w której ustępstwo mogłoby zostać odebrane jako oznaka słabości, a cofnięcie się choćby o krok, mogłoby mieć dla niego poważne konsekwencje polityczne. Można więc zrozumieć, dlaczego zdecydował się na utrzymanie twardego stanowiska. Trudniej jednak uznać, że była to najlepsza okazja do pokazania przywództwa, którego w obecnej sytuacji Polska tak bardzo potrzebuje.

Nie chciałbym szczególnie rozwodzić się nad merytoryczną zawartością wystąpienia, ponieważ, w mojej ocenie, nie była ona szczególnie bogata. Premier znacznie więcej uwagi poświęcił konkretnym osobom, niż samej istocie problemu. Pojawili się więc w orędziu liderzy opozycji, sporo miejsca zajęła również osoba prezydenta. W ten sposób otrzymaliśmy przede wszystkim wskazanie odpowiedzialnych za obecną sytuację, a znacznie mniej próby wyjaśnienia, w jaki sposób można byłoby z niej wyjść.

Oczywiście, premier ma pełne prawo przedstawiać własne stanowisko i wskazywać tych, których uważa za odpowiedzialnych za polityczny impas. Było to jego wystąpienie, a nie moje, więc nie zamierzam kwestionować prawa doboru argumentów. Mogę jednak oceniać zarówno ich ciężar gatunkowy, jak i sposób, w jaki zostały przedstawione.

I właśnie to okazało się dla mnie znacznie bardziej interesujące, niż sama treść.

Po zakończeniu kilkuminutowego orędzia postanowiłem obejrzeć je ponownie. Już podczas wystąpienia na żywo, zwróciłem bowiem uwagę na mowę ciała premiera, jego mimikę i ogólny sposób prowadzenia wypowiedzi. Chciałem sprawdzić, czy moje pierwsze wrażenie było wyłącznie chwilową reakcją, czy też rzeczywiście coś w tym wystąpieniu zasługiwało na szczególną uwagę.

Po ponownym obejrzeniu nagrania moje odczucia właściwie tylko się potwierdziły.

Premier Donald Tusk sprawiał wrażenie człowieka wyraźnie spiętego. Jego twarz nie wyrażała tego rodzaju spokoju, jaki zwykle kojarzymy z politykiem przekonanym o słuszności własnego stanowiska. Nie dostrzegłem również dawnej swobody, która przez lata była jednym z charakterystycznych elementów jego publicznych wystąpień. Zamiast tego zobaczyłem człowieka, który bardzo pilnuje każdego słowa, kontroluje gesty i stara się utrzymać określony wizerunek.

Być może było to zwykłe skupienie, być może napięcie wynikające z okoliczności. Nie zamierzam natomiast udawać, że na podstawie mimiki można z całą pewnością odczytać czyjeś myśli. Nie sposób jednak nie zauważyć, że twarz premiera była mocno napięta, a jego usta układały się w charakterystyczny, nieco nerwowy wyraz, który widziałem już wcześniej podczas niektórych jego wystąpień. Nie bez znaczenia była również widoczna warstwa makijażu, choć oczywiście to jedynie szczegół, który sam w sobie niczego nie przesądza, ale spod pudru wyzierał też pewien rodzaj smutku.

Najważniejsze było jednak ogólne wrażenie, jakie pozostawiło całe orędzie. Miałem przed sobą człowieka, który przypominał mi cień dawnego Donalda Tuska. Nie wiem, z czego wynika ta zmiana. Powodów może być wiele. Polityka jest zajęciem wymagającym, a sprawowanie władzy w kraju znajdującym się w stanie głębokiego konfliktu politycznego z pewnością nie należy do zadań łatwych. Nie można natomiast wykluczyć, że premier zwyczajnie odczuwa ciężar sytuacji, w której znalazł się jego rząd.

Jednak jeszcze kilka miesięcy temu podobne wystąpienie prawdopodobnie wyglądałoby zupełnie inaczej. Byłoby w nim więcej energii, pewności siebie, charakterystycznej dla Donalda Tuska dynamiki i tej specyficznej swobody, dzięki której potrafił przyciągać uwagę odbiorców, nawet tych, którzy nie podzielali jego poglądów. Tym razem zobaczyłem przede wszystkim próbę zachowania spokoju. Spokoju, który w mojej subiektywnej ocenie nie wyglądał na całkowicie naturalny.

Momentami sposób mówienia premiera przypominał mi człowieka, który bardziej stara się przekonać samego siebie do wypowiadanych słów, niż przekonać nimi odbiorców. Być może jest to ocena surowa, ale właśnie takie odniosłem wrażenie. I nie potrafię tego zignorować.

Samo orędzie nie przyniosło również niczego, co mogłoby przyczynić się do złagodzenia politycznego sporu. Donald Tusk wyraźnie zdecydował się na konfrontację, i to nie tylko z prezydentem. Tymczasem jeszcze przed jego telewizyjnym wystąpieniem sytuacja polityczna uległa istotnej zmianie. Premier musiał mieć świadomość, że jego dotychczasowa taktyka przyniosła skutek, którego prawdopodobnie nie zakładał, a przynajmniej na takim poziomie.

Decyzją o „przejęciu” Trybunału Konstytucyjnego, doprowadził bowiem do konsolidacji opozycji, która wyraźnie skupiła się wokół prezydenta. W rezultacie nie ma już do czynienia wyłącznie z pojedynczymi politykami, których można atakować oddzielnie, lecz z szerszym obozem przeciwników, obecnym zarówno w parlamencie, jak i w Pałacu Prezydenckim. To zupełnie inna sytuacja niż ta, z którą premier mógł mieć do czynienia jeszcze kilka dni temu.

Czy więc Donald Tusk, jako wytrawny polityk, doświadczony latami pracy w kraju i poza nim, który przez lata potrafił być impulsem do działania dla dużej formacji politycznej, poradzi sobie z wyzwaniem, jakie sam przed sobą i swoją Koalicją postawił? Nie przesądzam wyniku tego politycznego starcia. Uważam jednak, że w obecnym układzie sił, będzie mu znacznie trudniej, niż było wcześniej. Szczególnie w chwili, gdy jego zaplecze polityczne nie daje dzisiaj powodów, by z góry zakładać, iż będzie w stanie skutecznie przeprowadzić rząd przez ten konflikt.

Obawiam się, że w najbliższym czasie głównym celem premiera może stać się już nie tyle realizowanie zapowiadanych zmian, ile polityczne przetrwanie. A to byłaby sytuacja niekorzystna przede wszystkim dla kraju. Polska potrzebuje bowiem rozwiązywania rzeczywistych problemów, a nie kolejnych miesięcy poświęconych na polityczne rozgrywki, w których najważniejsze staje się utrzymanie własnej pozycji.

Jest jeszcze jedna sprawa, która od dawna mnie irytuje. W polskiej polityce niemal zupełnie brakuje zdolności do budowania porozumienia ponad partyjnymi podziałami. Zbyt często zmiany, które powinny wynikać z rzeczywistych potrzeb państwa i obywateli, podporządkowywane są ambicjom polityków, ich bieżącym interesom i chęci udowodnienia, że to właśnie oni mają rację. Tymczasem państwo nie jest własnością żadnej partii, a jego przyszłość nie powinna zależeć od tego, kto akurat wygra kolejną polityczną potyczkę.

Nie oczekiwałem od Donalda Tuska, że w jednym wystąpieniu rozwiąże wszystkie problemy. Nie spodziewałem się również, że nagle wyciągnie rękę do wszystkich przeciwników i zaproponuje polityczny rozejm. Spodziewałem się jednak czegoś więcej niż kolejnego wystąpienia, w którym wyraźniej wybrzmiewały nazwiska politycznych przeciwników niż odpowiedź na pytanie, co dalej.

I chyba właśnie dlatego orędzie premiera, pozostało we mnie taki niedosyt.

Reasumując, Donald Tusk był w tym wystąpieniu cieniem dawnego Tuska. Zobaczyłem człowieka, który sprawiał wrażenie zmęczonego, wyraźnie spiętego i próbującego znaleźć wyjście z sytuacji, w której, przynajmniej częściowo, znalazł się na własne życzenie. Nie wiem, czy jest to chwilowa słabość, czy też oznaka głębszej zmiany w sposobie funkcjonowania premiera. Być może kolejne tygodnie przyniosą odpowiedź. Jedno jest jednak pewne, że zabrakło mi tamtego Tuska, który nawet w trudnych okolicznościach potrafił sprawiać wrażenie, że doskonale wie, dokąd zmierza i jak zamierza osiągnąć swój cel.

Tym razem zobaczyłem premiera, który mówił do narodu, ale nie potrafił go przekonać, że sam ma pewność co do drogi, którą wybrał.

Bogdan Feręc

Fot. Kancelaria Prezesa Rady Ministrów

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version