Przyglądam się z coraz większą uwagą polskiej polityce i zapewniam, że zdania na jej temat, podobnie jak na temat jej reprezentantów, nie zmieniłem. Jeżeli wcześniej określałem ją mianem dna i trzech metrów mułu, to dzisiaj mogę jedynie stwierdzić, że ktoś najwyraźniej postanowił sprawdzić, co znajduje się pod tym osadem dennym. Być może ropa naftowa, być może kolejna komisja śledcza, a może po prostu jeszcze więcej tego samego politycznego nieszczęścia, które od lat się nam sprzedaje, głównie jako troskę o wspólne dobro.
Przykre to, bo przecież mówimy o naszej ojczyźnie. Kraju, do którego jedni mają sentyment ogromny, inni nieco mniejszy, a jeszcze inni patrzą na niego z dystansu, czasem z zagranicy, a najczęściej przez pryzmat własnych doświadczeń. Ale to jednak miejsce, w którym przyszliśmy na świat, gdzie dorastaliśmy, uczyliśmy się rozpoznawać dobro i zło, a niekiedy również tego, że potrafi się nam rozgościć cała armia ludzi z partyjnymi legitymacjami.
I właśnie dlatego nie potrafię przejść obok tego wszystkiego obojętnie.
Dzisiaj ponownie wrócę do porównań z czasami komuny. Wiem, że niektórym to przeszkadza. Są tacy, którzy na samo wspomnienie PRL-u dostają politycznej wysypki, jakby przywołanie historii było zamachem na ich współczesne przekonania. Inni uważają, że porównywanie dzisiejszej Polski z tamtym systemem jest przesadą, nadużyciem, a wręcz obrazą dla ludzi, którzy naprawdę doświadczyli komunistycznych represji. Nie zamierzam udowadniać, że wszystko było wtedy takie samo jak dzisiaj. Nie było. Inny był system, inne narzędzia kontroli, inna rzeczywistość społeczna i polityczna. Ale jeśli widzę podobieństwa w zachowaniach ludzi, w języku propagandy, w stosunku do władzy i w sposobie, w jaki obywatele zaczynają traktować rządzących, to nie zamierzam zamykać oczu tylko dlatego, że komuś nie pasuje historyczne odniesienie.
Porównuję, ponieważ mam punkt odniesienia. I będę to robił nadal.
Pamiętam jeszcze czasy, kiedy w jedynie słusznej telewizji przedstawiano świetność Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Wszystko miało być wspaniałe, gospodarka rosła w siłę, ludziom żyło się dostatniej, a partia troszczyła się o obywatela tak skutecznie, że ten musiał spędzić pół dnia w kolejce, żeby kupić kawałek wołowego z kością. Władza była oczywiście mądra, odpowiedzialna i nieomylna. Jeśli zaś ktoś uważał inaczej, należał do reakcji, wichrzycieli, elementów antysocjalistycznych albo innych podejrzanych indywiduów, którym najwyraźniej nie podobało się szczęście, jakie zgotowali im rządzący.
Małe sprostowanie, bo owa reakcja była znacznie liczniejsza, niż sugerowała oficjalna propaganda. Wielu ludzi po prostu nie akceptowało rzeczywistości opisywanej przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą. Nie dlatego, że nie rozumieli wielkości projektu, lecz dlatego, że mieli oczy, uszy i własne opinie. A te, jak wiadomo, bywają wyjątkowo niewygodne dla każdego systemu, który woli opowiadać o rzeczywistości, niż rzeczywistość naprawiać.
Były też kabarety. I tu zaczyna się temat, który pozornie może wydawać się mniej istotny niż wielka polityka, ale w rzeczywistości mówi o społeczeństwie całkiem sporo. Tamte kabarety potrafiły być inteligentne. Żart miało się rozumieć, ale czasem należało się nad nim chwilę zastanowić. Wystarczyło jedno zdanie, odpowiednio postawiony przecinek, znaczące spojrzenie albo aluzja, żeby publiczność wiedziała, o kogo chodzi, nawet jeśli oficjalnie chodziło o kogoś zupełnie innego. Artyści musieli uważać na cenzurę, a jednocześnie znajdowali sposoby, by powiedzieć więcej, niż pozwalano im powiedzieć wprost.
To była sztuka. Sztuka omijania zakazów, posługiwania się niedopowiedzeniem, inteligentną kpiną i takiego prowadzenia widza, żeby śmiał się z czegoś, czego nie można było nazwać po imieniu.
Dzisiaj mamy internet, telewizję, platformy społecznościowe, nieograniczone niemal możliwości publikowania i komentowania. Cenzor nie siedzi już nad tekstem z czerwonym ołówkiem, przynajmniej nie w takiej formie, jaką pamiętamy z PRL-u. Można mówić niemal wszystko, a przynajmniej można próbować. Technologia zrobiła ogromny postęp. Tyle że za tym postępem, człowiek nie zawsze nadąża.
Współczesny kabaret coraz częściej przypomina mi człowieka, który dostał do ręki instrument muzyczny, ale zamiast nauczyć się na nim grać, postanowił walić nim po głowie publiczność. Głośno, dosadnie, najlepiej z przekleństwem, bo przecież jeśli nie ma inteligentnej puenty, można przynajmniej podnieść głos. Jeśli zaś zabraknie pomysłu, zawsze pozostaje fizjologia. Śmiech gwarantowany, przynajmniej według producenta.
Gdzie podziała się więc zabawa słowem? Gdzie zawoalowany podtekst, gdzie ironia, gdzie ta chwila, w której człowiek najpierw się uśmiecha, a dopiero później odkrywa, że właśnie został zmuszony do myślenia? Nie twierdzę, że wszyscy współcześni artyści pozbawieni są talentu. To byłoby niesprawiedliwe. Ale wystarczy porównać sporą część dzisiejszej oferty z tym, co oglądaliśmy jeszcze kilkanaście lat temu, by zauważyć, że coś się po drodze zgubiło. Niektórzy artyści, których pamiętamy z dawnych czasów, nadal występują, ale ich dawna świeżość jakby wyparowała. Zostały schematy, powtarzalne gagi i przekonanie, że wystarczy powiedzieć coś grubiańskiego, by sala wybuchła śmiechem.
Otóż nie wystarczy.
A może właśnie dlatego tak bardzo lubimy dzisiaj memy? Bo czasem jeden obrazek z dwoma zdaniami potrafi powiedzieć więcej niż półgodzinny występ kabaretowy. Nie potrzebuje dekoracji, orkiestry ani artysty, który przez pięć minut buduje napięcie, by na końcu zaprezentować puentę przypominającą mokrą zapałkę. Wystarczy dobry pomysł i odrobina wyobraźni. Tyle że w przypadku polityki śmiech ma jeszcze jedno znaczenie. I to znacznie poważniejsze.
W czasach, kiedy władzę sprawowała PZPR, kabaret bywał namiastką wolności słowa. Można było zakpić z systemu, ośmieszyć jego przedstawicieli, pokazać absurd oficjalnych komunikatów i przypomnieć, że za propagandową fasadą istnieje zwykłe życie, którego nie da się całkowicie zamknąć w partyjnym przemówieniu. Internetu nie było, możliwości komunikacji były ograniczone, a informacja nie docierała do każdego w takim tempie jak obecnie. Słowo wypowiedziane ze sceny miało więc szczególną wartość.
Dzisiaj każdy może publikować. Każdy może komentować. Każdy może stworzyć mem, który w ciągu kilku minut obiegnie tysiące telefonów, a następnie trafi do milionów odbiorców. Premier może wygłosić poważne przemówienie, minister może zaprezentować starannie przygotowany komunikat, rzecznik może zapewniać, że wszystko jest pod kontrolą, a po chwili ktoś opublikuje obrazek, który sprawi, że cała ta powaga rozsypie się jak domek z kart.
A tą właśnie kabaretowo-memową ścieżką, doszliśmy do sedna.
Bo zły znak nie polega na tym, że obywatele śmieją się z polityków. Śmiech z władzy jest stary jak sama władza, a demokracja bez możliwości wyśmiewania rządzących byłaby jedynie dekoracją z napisem „wolność”. Politycy nie są świętymi krowami, przed którymi należy bić pokłony. Są ludźmi, którym powierzono określone obowiązki, i którzy za sposób ich wykonywania powinni odpowiadać. Problem jednak zaczyna się wtedy, kiedy śmiech przestaje być zwyczajną satyrą, a staje się powszechnym sposobem wyrażania pogardy. Kiedy obywatel nie tylko krytykuje decyzję premiera, ale traktuje go jak postać z kiepskiej komedii, której nie warto już nawet słuchać. Kiedy nazwisko ministra nie kojarzy się z kompetencjami, odpowiedzialnością czy osiągnięciami, lecz wyłącznie z kolejnym dowcipem. Kiedy polityczna wypowiedź nie budzi nawet sprzeciwu, bo ludzie uznają, że nie ma sensu się nią przejmować.
To już nie jest zwykła krytyka. To sygnał, że autorytet zaczął się kruszyć.
Przyglądam się więc memom, internetowym komentarzom, żartom i tym wszystkim słownym egzekucjom, którym poddawani są przedstawiciele polskiej kasty politycznej. Widzieliśmy je za rządów Prawa i Sprawiedliwości, widzimy je również dzisiaj, kiedy ster kraju znajduje się w rękach koalicji kierowanej przez premiera Donalda Tuska. Wcześniej była to Beata Szydło, był Mateusz Morawiecki, były kolejne obietnice, kolejne konferencje i kolejne zapewnienia, że Polska zmierza we właściwym kierunku. Dzisiaj mamy innych bohaterów politycznego spektaklu, ale mechanizm pozostaje zaskakująco podobny, a właściwie jest dokładnie taki sam. Zmieniają się twarze, partyjne sztandary i dekoracje, natomiast społeczna nieufność okazuje się wyjątkowo odporna na zmianę scenografii. Ergo, coś nam albo im, powinno to mówić.
Kiedyś można było sądzić, że wystarczy odsunąć od władzy jedną ekipę, by przywrócić państwu powagę, instytucjom wiarygodność, a obywatelom przekonanie, że ktoś wreszcie traktuje ich serio. Potem przychodziły kolejne wybory i okazywało się, że wielkie nadzieje mają krótki termin przydatności. Nowi rządzący przejmowali gabinety, stanowiska i odpowiedzialność, ale wraz z nimi otrzymywali również cały bagaż społecznych oczekiwań. A kiedy nie potrafili im sprostać, zaczynała się dobrze znana historia. Najpierw pojawiało się rozczarowanie, potem ironia, następnie kpina, aż wreszcie pogarda.
I nie ma znaczenia, czy mówimy o PiS-ie, Koalicji Obywatelskiej, którejś Konfederacji czy jakimkolwiek innym ugrupowaniu. Każda partia, która znajdzie się u władzy, prędzej czy później będzie musiała zmierzyć się z tym samym pytaniem: czy obywatele jeszcze w nią wierzą, czy już tylko czekają na okazję, żeby ją ośmieszyć?
Można oczywiście zbyć to wzruszeniem ramion i powiedzieć, że internet zawsze był brutalny. Że anonimowość sprzyja chamstwu, że ludzie piszą rzeczy, których nie powiedzieliby drugiemu człowiekowi w twarz, a politycy od zawsze byli obiektem drwin. To wszystko prawda. Nie zamierzam idealizować społeczeństwa, bo nie ma ku temu powodów. Ale jeśli podobny ton staje się powszechny, jeśli pogarda przestaje być domeną kilku najbardziej rozemocjonowanych komentatorów, a zaczyna przenikać do codziennych rozmów, memów i zwyczajnego języka obywateli, to nie można udawać, że nic się nie dzieje.
Szczególnie interesujące jest to, że politycy potrafią mówić o szacunku, kulturze debaty i odpowiedzialności za słowo, dopóki sami nie znajdą się w sytuacji, w której ktoś zaczyna stosować wobec nich dokładnie te same standardy, które wcześniej stosowali wobec przeciwników. Wtedy nagle okazuje się, że krytyka jest nieuczciwa, język zbyt ostry, a przeciwnicy polityczni przekroczyli wszelkie granice. Wczoraj można było bez większego skrępowania szydzić z rządzących, dzisiaj zaś podobny żart wymierzony we własne środowisko urasta do rangi zamachu na demokrację.
To doprawdy osobliwa przypadłość. Człowiek może przez lata rozdawać na lewo i prawo polityczne razy, ale kiedy sam otrzyma jeden, zaczyna odkrywać uroki pojednania, wzajemnego szacunku i cywilizowanej rozmowy. Szkoda tylko, że tak późno.
Nie zamierzam jednak udowadniać, że każda obelga skierowana pod adresem polityka świadczy o jego słabości – to zbyt proste. Zdarza się przecież, że człowiek sprawujący władzę podejmuje słuszne decyzje, a mimo to staje się obiektem nienawiści. Bywa również, że popularny polityk jest po prostu zręcznym populistą, który potrafi zamienić każdy problem w widowisko i każdą krytykę w dowód własnej wyjątkowości. Autorytet nie jest bowiem tym samym, czym jest popularność, podobnie jak brak popularności nie musi automatycznie oznaczać politycznej porażki. Czasem trzeba podjąć decyzję niepopularną, ale konieczną. Czasem trzeba powiedzieć społeczeństwu prawdę, której nie chce słyszeć. Prawdziwy przywódca nie jest od tego, żeby codziennie sprawdzać, ile serduszek dostał jego wpis w mediach społecznościowych. Tyle że do tego potrzebne są charakter, kompetencje i odwaga. A tych cech nie da się zastąpić konferencją prasową ani starannie wyreżyserowanym uśmiechem.
Dlatego właśnie tak interesuje mnie reakcja władzy na powszechną kpinę. Nie chodzi o to, żeby premier codziennie wdawał się w internetowe przepychanki. Państwo nie jest podwórkiem, a szef rządu nie powinien zachowywać się jak użytkownik portalu społecznościowego, który właśnie przeczytał niepochlebny komentarz pod swoim adresem. Chodzi o coś znacznie ważniejszego – o zdolność do odzyskania powagi poprzez działanie. Silna władza nie musi wszystkich uciszać. Nie musi każdego krytyka stawiać do pionu, a każdej złośliwości traktować jak osobistego ataku. Przeciwnie, powinna mieć na tyle mocną pozycję, by nie przejmować się każdym internetowym wyzwiskiem. Jej siła powinna wynikać z rezultatów, a nie z umiejętności odgrywania obrażonego monarchy.
Jeśli rząd dobrze wykonuje swoje obowiązki, jeśli poprawia jakość życia obywateli, rozwiązuje problemy i potrafi przekonująco wyjaśnić swoje decyzje, to nawet najbardziej złośliwy mem nie zmieni rzeczywistości. Może rozbawić, może zirytować, ale nie odbierze rządzącym legitymacji do sprawowania władzy. Jeśli jednak rzeczywistość przeczy składanym obietnicom, jeśli kolejne deklaracje rozbijają się o codzienne doświadczenia tych zwykłych ludzi, to żadna konferencja nie pomoże. Wtedy wystarczy jeden obrazek, jedno zdanie, jedna ironiczna uwaga, by przypomnieć wszystkim, że między politycznym marketingiem a prawdziwym życiem istnieje przepaść.
I właśnie dlatego uważam, że obecna sytuacja powinna budzić nie tylko rozbawienie, ale również niepokój. Głównie ten o jakość polskiej polityki, o stan debaty publicznej, a przede wszystkim o to, jak daleko zaszliśmy w procesie wzajemnego odbierania sobie szacunku. Bo przecież nie jest tak, że politycy znaleźli się na swoich stanowiskach przypadkiem. Ktoś na nich głosował. Ktoś uwierzył w ich programy, obietnice i zapewnienia. Ktoś uznał, że właśnie ci ludzie będą w stanie reprezentować państwo i jego obywateli. Ale jeżeli dzisiaj ci sami ludzie stają się bohaterami powszechnej kpiny, to problem nie dotyczy wyłącznie ich samych. Dotyczy również nas.
Można powiedzieć, że wyborcy zostali oszukani. Można uznać, że politycy nie dotrzymali słowa, a ich obietnice okazały się kolejnymi produktami z politycznego supermarketu. W wielu przypadkach będzie to uzasadniona ocena. Jednak warto również zapytać, dlaczego tak często dajemy się uwieść temu samemu spektaklowi? Dlaczego kolejny raz wierzymy, że tym razem będzie inaczej? Dlaczego polityczna lojalność potrafi przetrwać największe rozczarowania? Dlaczego człowiek, który wczoraj domagał się rozliczenia poprzedników, dzisiaj potrafi znaleźć dziesięć powodów, dla których jego własna partia jeszcze nie może spełnić obietnic?
Najwyraźniej mamy w sobie osobliwą potrzebę bronienia własnych wyborów nawet wtedy, gdy rzeczywistość zaczyna rozmijać się z rzeczywistością. Przyznanie się do błędu bywa trudniejsze, niż napisanie tysiąca wyjaśniających komentarzy, dlaczego wszyscy inni są winni. W tym sensie politycy nie są jedynymi aktorami przedstawienia. Publiczność również ma swoje role, a niekiedy sama dopisuje scenariusz. Jedni klaszczą, drudzy gwiżdżą, trzeci rzucają pomidorami, ale kiedy kurtyna opada, okazuje się, że rachunek za całe widowisko płacimy wspólnie i nie można go odesłać do Brukseli, Berlina ani Moskwy.
A skoro już o tym mowa, trzeba przyznać, że polska internetowa wyobraźnia nie zna granic. Premier Donald Tusk bywa przedstawiany jako zdrajca, jego ministrowie jako marionetki, a cały rząd jako grupa wykonawców poleceń płynących z dowolnej zagranicy. W jednej wersji stery znajdują się w Berlinie, w innej w Brukseli, a w jeszcze innej, gdzieś na wschodzie. Wystarczy chwila, by powstała kolejna teoria, kolejny obrazek i kolejna opowieść o tym, kto naprawdę rządzi Polską. Można się oczywiście z tego śmiać. Można też dostrzec, że niektóre z tych żartów wymagają przynajmniej minimalnego wysiłku intelektualnego. Nie wszystkie są przecież bezmyślnym zlepkiem obelg. Czasem ich autorzy potrafią trafnie uchwycić sprzeczność między deklaracjami polityków a ich działaniami.
Ale jest w tym wszystkim również coś smutnego. Kiedy obywatele przestają wierzyć, że ich przedstawiciele działają samodzielnie, w interesie państwa i społeczeństwa, wówczas zaczyna się erozja zaufania, bez którego demokracja staje się jedynie procedurą wyborczą. I nawet słuszna decyzja może być podejrzana, każde wyjaśnienie brzmi jak wymówka, a każda obietnica zostaje przyjęta z ironicznym uśmiechem. Polityk mówi prawdę? Zapewne coś ukrywa. Przyznaje się do błędu? Pewnie został przyłapany. Zapowiada reformę? Już wiemy, jak to się skończy.
W takim klimacie trudno rządzić, ale jeszcze trudniej budować zaufanie.
I tu wracamy do mojego porównania z PRL-em. Nie dlatego, że dzisiejsza Polska jest kopią tamtego systemu. Nie jest. Mamy wolne wybory, pluralizm polityczny i znacznie większą swobodę wyrażania poglądów. Tych różnic nie wolno zacierać. Historia zasługuje na uczciwość, a nie na wykorzystywanie jej jako pałki do okładania przeciwników. Podobieństwo, które mnie interesuje, dotyczy społecznych reakcji na władzę. Tam propaganda próbowała przekonać ludzi, że wszystko działa znakomicie, podczas gdy codzienność często opowiadała zupełnie inną historię. Dzisiaj mamy nieporównywalnie więcej informacji, ale również znacznie więcej politycznego bełkotu. Wtedy władza nie chciała dopuścić do publicznego śmiechu z własnych przedstawicieli, a dzisiaj śmiech jest wszędzie, choć mimo to, politycy nie zawsze rozumieją, co właściwie oznacza.
Bo można kontrolować komunikat, ale nie można zadekretować szacunku. Można wykupić reklamę, zatrudnić specjalistę od wizerunku, przygotować serię wystąpień i zadbać o odpowiednie kadry w telewizji. Można nawet stworzyć wrażenie, że wszystko jest pod kontrolą. Ale jeśli ludzie widzą coś innego, prędzej czy później zaczną o tym mówić. A kiedy zabraknie im wiary w możliwość zmiany, zaczną się śmiać. Najpierw z konkretnej decyzji, z konkretnego ministra, z całego rządu, a w końcu z samej idei, że ktokolwiek z tych ludzi mógłby być dla nich autorytetem. Wtedy właśnie pojawia się pytanie, które powinno niepokoić bardziej niż wszystkie internetowe obelgi razem wzięte: kto właściwie ma jeszcze reprezentować państwo?
Bo jeśli odrzucimy wszystkich polityków jako niegodnych zaufania, jeśli każdą osobę publiczną uznamy za oszusta, każdą instytucję za podejrzaną, a każdą próbę działania za kolejny element wielkiego spisku, to co nam pozostanie? Powszechne przekonanie, że wszyscy są beznadziejni, i satysfakcja, że przynajmniej nikt nie może nas już rozczarować. To bardzo wygodne stanowisko. Nie wymaga odpowiedzialności, nie wymaga myślenia, nie wymaga nawet sprawdzania faktów. Wystarczy przyjąć, że wszyscy są tacy sami, i można spokojnie wrócić do własnych zajęć. Tylko że państwo nie działa na zasadzie zbiorowego wzruszenia ramionami.
Ono potrzebuje ludzi kompetentnych, odpowiedzialnych i zdolnych do podejmowania decyzji. Potrzebuje instytucji, którym można ufać, oraz polityków, którzy rozumieją, że sprawowanie władzy nie jest nagrodą za partyjną lojalność, lecz zobowiązaniem wobec obywateli. Potrzebuje również społeczeństwa, które potrafi odróżnić krytykę od pogardy, a satyrę od zwykłego chamstwa. Bo jeśli uznamy, że każde wyzwisko jest przejawem wolności słowa, a każda obelga dowodem odwagi, to sami przyczynimy się do zniszczenia przestrzeni publicznej, w której powinna odbywać się poważna rozmowa o przyszłości kraju.
Nie oczekuję, że obywatele będą kochać polityków. Nie oczekuję nawet, że będą ich lubić. Sam nie widzę powodów, by rozdawać komukolwiek taryfę ulgową tylko dlatego, że zasiada w ministerialnym gabinecie. Ale chciałbym, żebyśmy mogli kiedyś spojrzeć na ludzi sprawujących władzę i powiedzieć, że może nie zgadzamy się z ich poglądami, może krytykujemy ich decyzje, ale przynajmniej rozumiemy, dlaczego znaleźli się na swoich stanowiskach.
Dzisiaj coraz częściej odnoszę wrażenie, że zamiast elit mamy grupy politycznych zawodników, których główną umiejętnością jest przetrwanie do kolejnych wyborów. Zamiast wizji mamy komunikaty. Zamiast odpowiedzialności – konferencje prasowe. Zamiast poważnej debaty – niekończący się spektakl wzajemnych oskarżeń. A kiedy ktoś zapyta, gdzie podziała się powaga państwa, można mu odpowiedzieć, że przecież wszystko jest w porządku, bo parlament obraduje, ministrowie pracują, premier przemawia, a telewizja nadaje. Oczywiście, ale to tak samo jak orkiestra, która może grać, kiedy pasażerowie zaczynają się zastanawiać, czy statek nie nabiera wody. Sama muzyka nie rozstrzyga jeszcze, czy podróż przebiega zgodnie z planem.
Dlatego nie cieszy mnie szczególnie, kiedy widzę, jak kolejny polityk zostaje zmieszany z błotem. Nie dlatego, że uważam go za niewinnego, lecz dlatego, że wiem, iż za tym widowiskiem kryje się coś znacznie poważniejszego niż niechęć personalna. Kryje się przekonanie, że nikt nie zasługuje na zaufanie, nikt nie potrafi niczego naprawić i nikt nie jest w stanie wyprowadzić kraju z politycznego klinczu. Może to przekonanie jest przesadzone. Może wciąż istnieją ludzie, którzy potrafią działać inaczej. Nie wykluczam tego. Ale jeśli mają się przebić przez hałas, będą musieli pokazać coś więcej niż kolejną obietnicę i kolejny starannie przygotowany uśmiech.
Bo śmiech obywateli może być dla władzy ostrzeżeniem. Może być wentylem bezpieczeństwa, formą krytyki, sposobem odreagowania frustracji. Może stać się również ostatnim etapem utraty autorytetu, po którym nie pozostaje już nawet gniew, tylko obojętność. A obojętność jest znacznie groźniejsza niż złość. Człowiek zły jeszcze protestuje, komentuje, domaga się zmian. Człowiek rozczarowany potrafi jeszcze uwierzyć, że coś można naprawić. Człowiek obojętny nie oczekuje już niczego. Nie chce słuchać, nie chce dyskutować, nie chce się nawet kłócić. Patrzy na polityczny spektakl, uśmiecha się pod nosem i zajmuje własnymi sprawami.
Wtedy władza może nadal formalnie istnieć, ale jej więź ze społeczeństwem staje się coraz słabsza i właśnie dlatego uważam, że to zły znak.
Nie dlatego, że Polacy śmieją się z Donalda Tuska. Nie dlatego, że wcześniej śmiali się z Mateusza Morawieckiego czy Beaty Szydło. Nawet nie dlatego, że każda kolejna ekipa dostaje od internautów porcję szyderstw, przy których niejedna dawna cenzura dostałaby bólu głowy. Zły znak polega na tym, że coraz trudniej znaleźć w polskiej polityce ludzi, którzy potrafiliby przywrócić obywatelom przekonanie, że państwo jest czymś więcej, niż tylko łupem kolejnej partyjnej ekipy.
I nie, nie wierzę, że wystarczy wymienić jednych na drugich. Historia ostatnich lat pokazała nam, jak złudne bywają takie nadzieje. Zmiana rządzących jest elementem demokracji, ale sama w sobie nie stanowi gwarancji poprawy. Jeśli nie zmienią się standardy, jeśli odpowiedzialność nadal będzie zależeć od partyjnych barw, a kompetencje będą ustępować miejsca lojalności, to za kilka lat będziemy oglądać ten sam spektakl, tylko z innymi aktorami. Być może nawet z tymi samymi żartami.
A wtedy znów ktoś napisze, że naród nie dorósł do demokracji, że obywatele są niewdzięczni, że internet zniszczył kulturę debaty, a politycy nie mogą już spokojnie pracować, bo wszyscy ich obrażają. Zapewne znajdzie się też ekspert, który zaproponuje powołanie zespołu do zbadania zjawiska agresji w sieci. Zespół przygotuje raport, ten trafi do szuflady, a w tzw. międzyczasie powstanie kilkaset nowych memów.
Polska polityka ma bowiem niezwykłą zdolność do produkowania problemów, a następnie organizowania konferencji poświęconych ich istnieniu. Tyle że państwo nie potrzebuje kolejnych konferencji. Potrzebuje ludzi, którzy rozumieją, że mandat wyborczy nie jest certyfikatem nieomylności, a zwycięstwo w wyborach nie daje prawa do lekceważenia tych, którzy głosowali inaczej. Potrzebuje również polityków, którzy nie będą mylić własnego interesu z interesem państwa. Takich, którzy potrafią przyznać się do błędu bez szukania winnych w poprzedniej ekipie, Unii Europejskiej, opozycji czy nieprzychylnych dziennikarzach. Takich, którzy nie traktują obywateli jak publiczności, której należy sprzedać kolejny występ.
Czy to zbyt wiele?
Być może. W obecnych warunkach nawet zwykła przyzwoitość potrafi wyglądać jak nadzwyczajna kompetencja, a polityk dotrzymujący słowa staje się niemal gatunkiem zagrożonym wyginięciem. I w tym miejscu przyznam, że pojawia się we mnie coś więcej niż złość. Pojawia się smutek. Bo przecież chciałbym, żeby Polska miała elitę z prawdziwego zdarzenia. Nie elitę złożoną z ludzi przekonanych o własnej wyjątkowości, lecz elitę, która rozumie ciężar odpowiedzialności. Ludzi, którzy potrafią rozmawiać z przeciwnikami, nie tracąc przy tym własnych przekonań. Którzy wiedzą, że państwo nie zaczyna się w dniu objęcia urzędu i nie kończy w dniu przegranych wyborów.
Chciałbym, żebyśmy mogli spierać się o przyszłość kraju, nie zastanawiając się jednocześnie, czy osoby podejmujące najważniejsze decyzje w ogóle rozumieją konsekwencje własnych działań. Chciałbym również, żebyśmy potrafili śmiać się z polityków bez poczucia, że śmiejemy się z własnej bezradności. Bo jest różnica między społeczeństwem, które wyśmiewa władzę, ponieważ czuje się wolne, a społeczeństwem, które robi to, ponieważ przestało wierzyć, że cokolwiek może się zmienić.
Pierwsze korzysta ze swojej wolności, drugie próbuje oswoić rozczarowanie, a dziś nie jestem pewien, w którym miejscu jesteśmy.
Wiem natomiast, że Polska Zjednoczona Partia Robotnicza odeszła do historii, Prawo i Sprawiedliwość straciło władzę, a Koalicja Obywatelska wraz ze swoimi partnerami również nie może zakładać, że będzie rządzić bez końca. Można nazywać obecny układ Koalicją 13 Grudnia, można się z tej nazwy śmiać, można ją krytykować i wykorzystywać w walce politycznej. Nazwy mają swoją siłę, ale ostatecznie to nie one rozstrzygają o jakości rządów. Rozstrzygają czyny, rezultaty i odpowiedzialność.
Jeżeli obecna ekipa nie potrafi przekonać obywateli, że jej działania przynoszą oczekiwane efekty, nie pomoże jej nawet najbardziej profesjonalny sztab od komunikacji. Jeśli zaś następna ekipa uzna, że wystarczy wskazać winnych wśród poprzedników, by odzyskać zaufanie społeczne, powtórzy ten sam błąd.
A politycy? Ci mogą więc nadal udawać, że internetowe kpiny są wyłącznie przejawem chamstwa. Mogą oburzać się na kolejne memy, zarzucać przeciwnikom brak kultury i opowiadać o konieczności odbudowy powagi życia publicznego. Mają do tego prawo. Ale niech przy okazji odpowiedzą sobie na jedno pytanie: dlaczego tak wielu ludzi przestało traktować ich poważnie? I niech nie szukają odpowiedzi wyłącznie wśród przeciwników politycznych. Czasem wystarczy spojrzeć w lustro. Bo jeśli ktoś otrzymuje od społeczeństwa mandat do sprawowania władzy, a po pewnym czasie staje się bohaterem powszechnych drwin, powinien przynajmniej się zastanowić, czy problem rzeczywiście leży wyłącznie po stronie tych, którzy się śmieją.
Nie każdy śmiech jest sprawiedliwy. Nie każda kpina jest mądra. Nie każda obelga mówi prawdę. Ale kiedy śmieje się coraz więcej ludzi, a władza coraz mniej rozumie, dlaczego tak się dzieje, warto potraktować to jako ostrzeżenie. Nie przed internetem. Nie przed opozycją. Nawet nie przed kolejnymi wyborami. Przed totalną utratą zaufania, które znacznie łatwiej zniszczyć, niż odbudować.
Dlatego, kiedy patrzę na dzisiejszą polską politykę, nie potrafię już tylko się z niej śmiać. Owszem, czasem pojawia się uśmiech, czasem nawet głęboki śmiech, bo niektóre sytuacje są tak absurdalne, że trudno zareagować inaczej. Ale zaraz potem przychodzi refleksja, że za tym wszystkim stoi przecież prawdziwe państwo, prawdziwi ludzie i ich codzienne problemy. Mieszkania, praca, ceny, bezpieczeństwo, przyszłość dzieci. Rzeczy, które nie znikają tylko dlatego, że politycy znaleźli nowy temat do kłótni. A przecież właśnie po to ich wybieramy, by zajmowali się tym, co ważne – naszymi problemami.
Może więc najwyższy czas, żeby przestali uważać się za bohaterów narodowych, a zaczęli zachowywać jak ludzie, którym powierzono odpowiedzialność za wspólny dom. Nie muszą być uwielbiani. Nie muszą być podziwiani. Nie muszą nawet być lubiani. Powinni jednak zasługiwać na coś, co w polityce staje się dobrem coraz rzadszym: na poważne traktowanie. Bo państwo, którego obywatele nie szanują swoich przedstawicieli, ma problem. Ale jeszcze większy problem ma wtedy, gdy jego przedstawiciele nie potrafią zrozumieć, dlaczego utracili szacunek obywateli. I właśnie w tym miejscu kończy się żart. Zostaje smutek, trochę bezradności i pytanie, na które nie potrafię znaleźć dobrej odpowiedzi. Czy naprawdę nie stać nas na nic więcej? Czy w kraju, który ma za sobą tak trudną historię, tak wiele doświadczeń i tak wielu ludzi zdolnych do mądrego działania, jesteśmy skazani na niekończący się spektakl politycznej przeciętności? Na zamianę jednych twarzy na drugie, jednych obietnic na następne i jednego przedmiotu drwin na kolejny?
Nie wierzę, że musi tak być. Ale coraz trudniej mi uwierzyć, że zmiana przyjdzie sama.
Politycy? Cóż, niech nadal przemawiają, składają obietnice i zapewniają, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Niech organizują konferencje, publikują komunikaty i przekonują nas, że mają sytuację pod kontrolą. Obywatele i tak wystawią im rachunek. Czasem przy urnach. Czasem na ulicy. Czasem w rozmowie przy stole, a czasem w jednym, pozornie niewinnym memie, który powędruje przez internet i przypomni wszystkim, że nawet najbardziej wyniosła władza, stać się może przedmiotem drwin.
Tylko że śmiech nie zawsze oznacza zwycięstwo obywatela. Czasem jest ostatnią rzeczą, jaka pozostaje mu wtedy, gdy przestaje wierzyć w swoich przedstawicieli. I to jest właśnie ten zły znak. Bo naród może śmiać się z władzy, ale nie powinien być zmuszony śmiać się z własnej bezradności.
Bogdan Feręc
Fot. CC Kpalion


