Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Tania żywność umarła i nikt jej już nie wskrzesi

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Jeszcze kilka lat temu europejski konsument żył w wygodnej iluzji, bo wrzucał do koszyka kawę z Kolumbii, kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej, oliwę z Hiszpanii, kurczaka z Polski i mleko z Niemiec i warzywa z Hiszpanii, płacąc za to wszystko mniej więcej tyle, ile kosztował średniej klasy obiad w restauracji. Żywność była tania, półki pełne, a politycy przekonywali, że globalizacja to wielki triumf nowoczesności. Świat miał być wielkim supermarketem bez granic, bez niedoborów i bez ryzyka. Dziś ta bajka skończyła się z hukiem rozsuwanych drzwi w dyskoncie.

I nie, to nie jest chwilowy kryzys, to nie jest „przejściowa inflacja”, jak jeszcze niedawno powtarzali najwyżsi politycy z minami księgowych próbujących ukryć pożar w archiwum. Era taniej żywności w Europie po prostu się skończyła. Definitywnie i wszystko wskazuje na to, że już nie wróci.

Wielu ekonomistów, a nawet szefów firm spożywczych mówi wprost to, czego jeszcze większa ilość polityków boi się wypowiedzieć na głos, więc rynek żywności coraz głębiej penetrują fundusze inwestycyjne i wielkie grupy kapitałowe. Kawa, kakao czy oleje roślinne przestają być zwykłymi produktami spożywczymi. Stają się instrumentami finansowymi, cyferkami na ekranach traderów w Londynie, Chicago czy Singapurze i kiedy taki fundusz inwestycyjny uznaje, że bardziej opłaca się pompować ceny kakao niż kupować akcje technologicznych spółek, miliony Europejczyków zaczynają płacić więcej za tabliczkę czekolady.

To jest nowa rzeczywistość, żywność nie służy już przede wszystkim do jedzenia, ona teraz stała się narzędziem do zarabiania pieniędzy. Jeszcze gorzej wygląda to w praktyce, bo gdy susza niszczy plantacje kawy w Brazylii, fundusze natychmiast obstawiają wzrost cen kontraktów terminowych. Kiedy wojna zakłóca transport zboża, inwestorzy nie pytają, ilu ludzi będzie miało problem z zakupem chleba, a ile da się zarobić na panice. Dawniej spekulowano złotem, ropą albo walutami, natomiast dziś spekuluje się śniadaniem zwykłego człowieka.

Niestety nie ma już od tego odwrotu, bo żywność weszła do wielkiego kasyna globalnych finansów, choć przed częścią tego problemu można by się przed ochronić, gdyby kraje były samowystarczalne produkcyjnie.

Nawiasem mówiąc, na drożyznę Europa sama przygotowała ten grunt, bo przez lata politycy opowiadali obywatelom, że najważniejsza jest „efektywność”. Produkcja miała być tania, szybka i zoptymalizowana, a rolnictwo zaczęło przypominać fabrykę śrubek. Liczyły się wolumen, marża i eksport, a skoro można było sprowadzić tani surowiec z drugiego końca świata, to robiono to bez mrugnięcia okiem. Problem w tym, że globalizacja działa świetnie wyłącznie wtedy, gdy świat jest stabilny. Tymczasem nasz świat właśnie wszedł w epokę permanentnego chaosu, więc mamy wojny handlowe, konflikty zbrojne, kryzysy energetyczne, susze, powodzie, drożejący transport, napięcia geopolityczne, a to wszystko w połączeniu i osobno podnosi koszty produkcji żywności. Nawet pogoda stała się dziś graczem giełdowym.

Kiedyś europejski konsument był rozpieszczany, dostając pomidora w grudniu i nie był to żaden problem. Awokado przez cały rok – proszę bardzo. Kawa tańsza niż butelka wody na lotnisku? Naturalne. Tyle że ten model opierał się na taniej energii, tanim transporcie i względnym pokoju geopolitycznym, a te trzy filary właśnie się rozsypują.

Energia nie będzie już tania, bo Europa odcięła sama się od rosyjskich surowców i może to moralnie słuszne, ale ekonomicznie oznacza wyższe koszty produkcji niemal wszystkiego, więc nawozów po funkcjonowanie maszyn. Transport nie będzie tani, ponieważ armatorzy, firmy logistyczne i przewoźnicy żyją dziś w świecie, gdzie jeden kryzys na Morzu Czerwonym potrafi wywrócić ceny frachtu do góry nogami w ciągu tygodnia.

Do tego Unia Europejska dokłada rolnikom kolejne regulacje, podatki i wymagania środowiskowe. Można dyskutować, czy są potrzebne, część pewnie tak, ale nie można udawać, że nie wpływają na ceny. Zielona transformacja ma swoją cenę, zawsze miała, od samego początku. Tyle że politycy uwielbiają mówić o niej językiem ładnych sloganów, jakby ekologiczne rolnictwo miało magicznie obniżać koszty produkcji. Nie obniża – przynajmniej nie dziś.

Europejski konsument zaczyna więc żyć w świecie permanentnych promocji. Polowanie na żółte naklejki staje się nowym sportem klasy średniej. Ludzie coraz częściej wybierają marki własne dyskontów, ograniczają impulsywne zakupy, rezygnują z produktów premium. To nie jest już chwilowa ostrożność, a zmiana mentalna, choć rządzona zasobnością portfela. Najciekawsze jest jednak to, że politycy nadal próbują opowiadać starą historię. Słyszymy, że inflacja spada, że sytuacja się stabilizuje, że „najgorsze za nami”, ale konsument nie kupuje wskaźników domniemanego spadku inflacji. Konsument kupuje masło, pieczywo i kawę, a przy tym widzi, że rachunek przy kasie wygląda jak paragon z lotniska w Zurychu.

To dlatego społeczne emocje wokół żywności będą rosnąć, bo jedzenie jest czymś więcej niż kolejną kategorią wydatków. Człowiek może odłożyć zakup telewizora albo samochodu, ale nie może przestać jeść, a gdy ceny żywności rosną, frustracja społeczna rośnie szybciej niż przy jakiejkolwiek innej inflacji.

Wiele państw w Europie znajduje się dziś w szczególnym momencie, bo z jednej strony nadal są jednymi z największych producentów żywności, ale z drugiej, coraz bardziej odczuwają koszty europejskiego modelu gospodarczego. Producenci doskonale to rozumieją, bo prawdziwy wzrost jest dziś jedynie poza Europą. Globalne firmy, a o tym w UE praktycznie wcale się nie mówi, rozwija się na Bliskim Wschodzie, w Afryce czy Azji Południowo-Wschodniej nie dlatego, że to egzotyczna przygoda. Po prostu tam rośnie popyt, tam rozwija się klasa średnia, tam jest tania siła robocza i tam rynek jeszcze oddycha optymizmem.

Europa tymczasem zaczyna przypominać bogatego arystokratę, który długo żył ponad stan i dopiero teraz odkrywa rachunek zostawiony na stole.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że tania żywność była historycznym wyjątkiem, a nie normą. Przez większą część dziejów jedzenie pochłaniało ogromną część domowych budżetów i dopiero ostatnie dekady globalizacji stworzyły iluzję, że pełny koszyk zakupowy jest czymś oczywistym i tanim. To był złoty moment historii, krótki, wygodny i prawdopodobnie niepowtarzalny, bo dziś wracamy do świata, w którym żywność znów staje się dobrem strategicznym. Państwa będą walczyć o bezpieczeństwo żywnościowe równie mocno jak o bezpieczeństwo energetyczne. Surowce rolne będą traktowane jak aktywa finansowe, a zwykły konsument będzie musiał przyzwyczaić się do tego, że jedzenie kosztuje więcej.

Można oczywiście nadal wierzyć politykom, którzy przed wyborami obiecają „tańsze życie”. Można słuchać telewizyjnych ekspertów przekonujących, że inflacja jest już pod kontrolą, ale rachunek przy kasie ma i tak przewagę nad propagandą, więc trudno z nim dyskutować.

I właśnie dlatego tania żywność do Europy nie wróci. Nie dlatego, że ktoś tego nie chce, a dlatego, że świat, który ją umożliwił, już nie istnieje.

Bogdan Feręc

Photo by engin akyurt on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE – chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version