Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

SZTANDAR UNII EUROPEJSKIEJ WYPROWADZIĆ! Czas obalić brukselską Bastylię

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

To, co w ostatnich latach wyprawia Unia Europejska, musi się skończyć. Nie jutro, nie za kilka lat, nie po kolejnych wyborach, nie wtedy, kiedy następna grupa urzędników uzna, że nadszedł odpowiedni moment na przeprowadzenie niezbędnych reform. Musi się skończyć teraz, bo o ile jeszcze niedawno staliśmy nad przepaścią, o tyle właśnie zaczęliśmy robić ten ostatni krok.

Nie mam zamiaru udawać, że nie widzę, dokąd nas prowadzą. Kolejny raz przychodzi mi mówić, że zło, jakie wylewa się z Brukseli, wpływa na nas wszystkich, ale jest też pewna różnica. Dzisiaj nie chodzi już bowiem o krytykę kolejnego unijnego pomysłu, sprzeciw wobec następnej absurdalnej dyrektywy czy wyrażenie niezadowolenia z politycznej hucpy, która stała się codziennością europejskich instytucji. Dzisiaj chodzi o samą istotę tego systemu. O jego fundamenty, sposób sprawowania władzy i coraz bardziej bezczelne przekonanie, że kilka tysięcy osób skupionych wokół brukselskich gabinetów ma prawo urządzać życie setkom milionów Europejczyków.

Nie mam już ochoty reformować czegoś, co w mojej ocenie wymaga zasadniczego rozmontowania. Nie chcę kolejnych obietnic naprawy. Chcę końca tego politycznego eksperymentu, który wymknął się spod kontroli i coraz wyraźniej przypomina system, przed którym Europa miała być chroniona.

Wielokrotnie mówiłem, że byłem niegdyś euroentuzjastą. Nie wypieram się tego, nie zamierzam też udawać, że od samego początku wiedziałem wszystko, co wiem dzisiaj. Zmiana poglądów nie jest przecież żadną hańbą. Tą byłoby trwać przy błędach tylko dlatego, że kiedyś się je popełniło, i z uporem godnym lepszej sprawy bronić konstrukcji, której rzeczywiste oblicze coraz trudniej ukryć za kolorową flagą, wzniosłymi przemówieniami i opowieściami o europejskiej solidarności.

Proces degradacji unijnych instytucji oraz działalność członków Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego zaczęły wpływać na zmianę mojej opinii o tym tworze. Z czasem doprowadziło to do sytuacji, w której swobodnie można nazwać mnie zagorzałym przeciwnikiem unijnych struktur. Nie stało się to z dnia na dzień. Nie obudziłem się pewnego ranka z nagłą potrzebą prowadzenia walki z całą Europą. Przeciwnie, to właśnie obserwacja tego, co dzieje się z nią dzisiaj, doprowadziła mnie do przekonania, że należy przeciwstawić się instytucjom, które coraz częściej występują w roli właściciela kontynentu, zamiast służyć jego mieszkańcom.

Aktualnie stoję na stanowisku, że komunistyczną Unię Europejską należy rozwiązać. Jej sztandar, jak powiedział niegdyś ostatni I sekretarz Komitetu Centralnego PZPR Mieczysław Rakowski: „Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – wyprowadzić!”.

W tych słowach była symboliczna prostota końca pewnej epoki. Nie potrzeba było fajerwerków, wielkich manifestów ani tysiąca konferencji prasowych, żeby zrozumieć, że coś, co przez lata uważało się za nieśmiertelne, właśnie odchodzi w przeszłość. System, który przedstawiał się jako przewodnia siła narodu, utracił legitymację do dalszego sprawowania władzy. Historia wykonała natomiast swoją pracę i sztandar, przy łzach nielicznych, należało wynieść.

Różnica jest jednak taka, że sekretarz Rakowski był zdeklarowanym, nie zaś utajonym komunistą, a tymi słowami pogrzebał nieboszczkę, czyli Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, jedynie słuszną niegdyś władzę.

W przypadku współczesnej Unii Europejskiej mamy natomiast do czynienia z systemem, który nie potrzebuje czerwonych sztandarów, portretów przywódców wiszących w każdym urzędzie ani partyjnych legitymacji, żeby realizować mechanizmy niebezpieczne i przypominające, a właściwie wdrażające centralne sterowanie. Wystarczy odpowiedni język, odpowiednio skonstruowane procedury i przekonanie, że sprzeciw wobec decyzji politycznych elit, jest dowodem niezrozumienia historii, ekonomii, demokracji albo samej Europy.

Dawna władza przynajmniej nie udawała, że nie ma władzy. Dzisiejsza potrafi natomiast przedstawiać polityczne decyzje jako konieczność dziejową, a własne ambicje, jako jedyną rozsądną drogę dla całego kontynentu.

Komunizm bez sierpa i młota

Jako człowiek urodzony w czasach świetności polskiej komuny, a żyjący w niej do uzyskania pełnoletniości, doskonale widzę analogie. Nie muszę ich szukać na siłę, nie muszę dopasowywać rzeczywistości do wcześniej przyjętej tezy. Pamiętam świat, w którym władza wiedziała lepiej, czego potrzebuje obywatel, co powinien myśleć, jak ma postępować, i jakie poglądy wypada mu prezentować. Pamiętam również, że oficjalna propaganda potrafiła nazywać wolnością coś, co z wolnością miało niewiele wspólnego.

Dlatego Unia Europejska jawi mi się właśnie jako układ komunistyczny, a na dodatek z władzą, która centralnie steruje wszelkimi procesami. Nie twierdzę, że współczesna Unia jest kopią PRL ani że każda jej instytucja działa dokładnie tak, jak aparat partyjny w państwie komunistycznym. Mówię natomiast, że podobieństwa w sposobie myślenia o władzy stają się coraz trudniejsze do zignorowania. Na początek weźmy tylko internacjonalizm, który wprowadziła władza radziecka. Czy różni się czymś od obecnego multikulturalizmu? Nazwą, niczym więcej.

Centralizacja decyzji, ograniczanie pola manewru państw członkowskich, rozbudowa aparatu regulacyjnego i przekonanie, że społeczeństwa należy prowadzić za rękę, to zjawiska, którym trzeba się przeciwstawiać, zanim staną się nieodwracalną normą.

Kiedyś partyjni działacze przekonywali, że reprezentują historyczną konieczność. Dzisiaj brukselskie elity potrafią przekonywać, że ich projekty są koniecznością europejską. Kiedyś sprzeciw wobec oficjalnej linii oznaczał polityczną nieprawomyślność. Dzisiaj krytyk może zostać natychmiast oblepiony etykietami populisty, nacjonalisty, eurosceptyka albo człowieka, który rzekomo nie rozumie współczesnego świata. Zmieniły się dekoracje, język i narzędzia. Nie zniknęła natomiast pokusa, by uznać własną wizję za jedynie dopuszczalną.

Właśnie dlatego jestem zdania, a nawet mam w tej sprawie pełne przekonanie, że Unia Europejska jako komunizująca struktura władzy, powinna zostać natychmiast rozwiązana. Nie chodzi o likwidację współpracy między narodami. Nie chodzi o zamykanie granic przed handlem, odrzucenie wspólnych przedsięwzięć ani o udawanie, że np. Polska może funkcjonować w izolacji. Chodzi o zakończenie istnienia konkretnego modelu politycznego, który zbyt często utożsamia współpracę z podporządkowaniem, solidarność z przymusem, a integrację z systematycznym odbieraniem państwom samodzielności.

Europa nie jest własnością Komisji Europejskiej. Nie jest również państwem prywatnym rzeszy urzędników, którzy nie muszą każdego dnia mierzyć się z konsekwencjami własnych decyzji w taki sposób, jak mierzą się z nimi zwykli ludzie. To obywatele Unii Europejskiej płacą rachunki za błędy polityków, przedsiębiorcy ponoszą koszty nietrafionych regulacji, a państwa członkowskie muszą tłumaczyć swoim mieszkańcom, dlaczego decyzje zapadające setki kilometrów dalej, stają się kolejnym obciążeniem ich codziennego życia.

Koniec uprzejmego pukania do drzwi

Niestety, nie ma już czasu na półśrodki. Nie można od czasu do czasu wskazywać, że unijni politycy są w błędzie, po czym spokojnie czekać, aż popełnią następny. Nie wystarczy napisać krytycznego komentarza, pokręcić głową nad kolejną dyrektywą i wrócić do swoich zajęć, jakby nic się nie wydarzyło. Okres, w którym można było w łagodny sposób wskazywać, iż pewne unijne pomysły są oderwane od rzeczywistości, powinien się skończyć. Nie dlatego, że skończyły się argumenty. Przeciwnie, dlatego że argumentów jest aż nadto, a ich powtarzanie bez wyciągania konsekwencji staje się politycznym rytuałem bez znaczenia.

W prostych słowach: należy obalić tę unijną Bastylię.

Nie mam na myśli przemocy wobec ludzi ani fizycznego atakowania instytucji. Mam na myśli polityczne obalenie systemu, odebranie mu społecznej legitymacji i doprowadzenie do tak zasadniczej zmiany ustrojowej, żeby dotychczasowe elity, straciły możliwość dalszego narzucania swojej wizji kontynentu. Bastylię można obalić również przy urnach wyborczych, w parlamentach narodowych, poprzez referenda, pokojowe demonstracje i konsekwentne odrzucanie polityki, która nie ma demokratycznego uzasadnienia w oczach obywateli.

Rewolucja nie zawsze zaczyna się na ulicy. Czasami zaczyna się w głowie człowieka, który przestaje bać się powiedzieć, że król jest nagi, a następnie przekonuje innych, że nie muszą już klaskać na widok jego szat.

Zdaję sobie sprawę, że za te słowa narażam się na pewne nieprzyjemności, że mogą, oprócz inwigilacji, wsadzić mnie za nieprawomyślność do więzienia. Nie mam jednak zamiaru zmieniać zdania tylko dlatego, że komuś w Brukseli nie spodoba się moja opinia. Nie będę również udawał, że polityczna poprawność jest ważniejsza od prawa do krytyki władzy. Jak już powiedziałem, prowadzić będę krucjatę przeciwko zdegenerowanym unijnym elitom i nie spocznę, aż te nie upadną.

Jednak będzie to krucjata polityczna, publicystyczna i obywatelska. Krucjata prowadzona słowem, argumentem, głosem oddanym w wyborach i konsekwentnym sprzeciwem wobec centralizacji. Nie zamierzam nikogo zachęcać do przemocy, bo przemoc nie naprawi ustroju, a jedynie da jego obrońcom pretekst do dalszego ograniczania wolności. Nie oznacza to jednak, że będę łagodził język tylko po to, by nie urazić tych, którzy od lat próbują urządzać Wam i mnie życie.

Cokolwiek stanie się w przyszłości, niezależnie od opinii na mój temat, nie ustąpię. Będę wskazywał na hucpę polityczną, jaka jest dziełem Komisji Europejskiej, i nie zamierzam przyjmować za dobrą monetę każdego kolejnego komunikatu opakowanego w słowa o solidarności, odpowiedzialności oraz wspólnych wartościach. Bo te nie polegają na tym, że wszyscy mają myśleć jednakowo. Odpowiedzialność nie oznacza bezwarunkowego wykonywania poleceń. Solidarność nie jest natomiast narzędziem, za którego pomocą można zmusić państwa do akceptowania wszystkiego, co wymyślą urzędnicy.

Nie można godzić się na kolejne chore idee powstające w unijnych gabinetach, bo te prowadzą nas, w mojej ocenie, na dno ekonomiczne i społeczne. Jeśli ktoś uważa, że regulacje mogą zastąpić zdrowy rozsądek, że centralne planowanie zawsze jest lepsze od decyzji podejmowanych bliżej obywateli, a gospodarka podporządkowana politycznym ambicjom sama znajdzie drogę do dobrobytu, powinien przypomnieć sobie to, co działo się czterdzieści lat temu i nie trzeba daleko szukać. Wystarczy otworzyć podręcznik do historii gospodarczej państw socjalistycznych, które wierzyły, że można sterować każdym elementem życia społecznego z jednego centrum.

Berlin, Bruksela i europejski eksperyment

Kto, jak nie Berlin z Brukselą, otworzyły drzwi milionom nachodźców? Kto przez lata promował rozwiązania migracyjne, nie zawsze licząc się z możliwościami państw przyjmujących? Kto nie reaguje dostatecznie stanowczo, gdy w Europie narastają napięcia związane z tzw. integracją, bezpieczeństwem, mieszkaniami, usługami publicznymi i tempem zmian demograficznych? Kto wreszcie próbuje przekonywać, że każda krytyka polityki migracyjnej jest automatycznie przejawem uprzedzeń, zamiast uczciwie rozliczyć skutki własnych decyzji?

W Europie trwa poważna zmiana demograficzna i kulturowa. Nie ma sensu zaklinać rzeczywistości ani udawać, że wszystkie jej skutki są z definicji korzystne. Nie ma też sensu twierdzić, że wystarczy powtarzać słowo „wielokulturowość”, a wszelkie konflikty, różnice obyczajowe i problemy integracyjne znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wielokulturowość nie jest magicznym zaklęciem. To model społeczny, którego powodzenie zależy od konkretnych warunków, więc skali migracji, zdolności państwa do egzekwowania prawa, wspólnego języka komunikacji, dostępności mieszkań, możliwości zatrudnienia oraz gotowości przyjeżdżających do przestrzegania zasad obowiązujących w kraju, który wybrali na swoje miejsce do życia.

Jeżeli ktoś nie rozumie, że Europa ma własną historię, tradycje, języki i kulturę, powinien poważnie zastanowić się nad konsekwencjami polityki, która traktuje te elementy jak przeszkodę w budowaniu nowego społeczeństwa. Europa jest domem Europejczyków, a jej państwa mają prawo chronić swoją ciągłość kulturową, językową i społeczną. Nie oznacza to, że Europejczycy są lepsi od innych ludzi, tego stwierdzenia będę unikał, jak ognia. Oznacza natomiast, że żadna wspólnota nie ma obowiązku rezygnować z własnej tożsamości tylko dlatego, że politycznym elitom spodobała się określona koncepcja społeczeństwa.

Jeśli ktoś nie rozumie, że Europa jest kontynentem Europejczyków, powinien zostać zdegradowany do roli tak mało znaczącej, że niezauważalnej społecznie. Obraziłbym zamiataczy ulic, gdybym te unijne elity wysłał do ich sprzątania. Uczciwa praca zasługuje na szacunek, a utrzymanie czystości w mieście jest zajęciem potrzebnym i pożytecznym. Dlatego kamieniołomy to najłagodniejsze miejsce, gdzie właśnie teraz byłbym ich wysyłał – oczywiście w przenośni, jako symbol politycznego odsunięcia od władzy ludzi, którzy tak lekko podejmują decyzje, a tak niechętnie ponoszą ich konsekwencje. Niech zamiast pouczać wszystkich dookoła, poznają ciężar rzeczywistej odpowiedzialności za własne decyzje.

Nie chodzi o odbieranie ludziom praw ze względu na pochodzenie, lecz o odebranie politycznego wpływu tym, którzy nie potrafią zrozumieć, że własna, rodzima i rdzenna wspólnota ma prawo decydować o swojej przyszłości. I tutaj dochodzimy do odpowiedzialności politycznej, bo nie wystarczy dziś powiedzieć, że migracja jest zjawiskiem globalnym, a świat stał się globalną wioską. Owszem, on się nią stał. Ale globalna wioska nie oznacza, że każdy może wejść do dowolnego domu, usiąść przy stole i zażądać kluczy do wszystkich pomieszczeń. Nawet w globalnej wiosce istnieją granice, gospodarze i zasady.

A polityk, który nie potrafi przyznać się do błędu, nie powinien mieć prawa do nieograniczonego wpływu na życie milionów ludzi. Natomiast urzędnik, który uważa, że jego stanowisko zwalnia go z obowiązku rozumienia rzeczywistości, powinien po prostu je stracić.

Granice nie są przejawem nienawiści

To swoiste wezwanie do działania, bo nie można już dalej się godzić, aby zalewały nas ludy, które nie mają z Europą niczego wspólnego. Nie chodzi mi przy tym o zachowania rasistowskie, bo o ochronę naszych ziem i naszej nacji. Trzeba wreszcie odróżnić prawo wspólnoty do decydowania o własnej przyszłości od uprzedzeń wobec człowieka, który urodził się gdzie indziej.

Nie jestem przeciwnikiem migracji zarobkowej, bo przecież sam jestem jej beneficjentem. Nie jestem też przeciwnikiem osób z najdalszych zakątków świata, którzy chcą zmienić swój los, osiedlić się w Europie, tu pracować, zarabiać i mieszkać. Rozumiem takie pragnienia. Sam wiem, co oznacza życie poza krajem urodzenia, konieczność odnalezienia się w innym otoczeniu i budowania codzienności w miejscu, które nie zawsze jest tym pierwszym, wymarzonym domem. Jednak musi się to odbywać na pewnych zasadach.

Masz dokumenty, które uprawniają cię do wjazdu do Unii Europejskiej – zapraszamy. Chcesz tu znaleźć pracę – zapraszamy. Chcesz wynająć lub nawet kupić dom – nie widzę problemu. Chcesz tu płacić podatki – ucieszysz każdego ministra finansów. Właśnie tak powinno wyglądać racjonalne podejście do migracji. Legalny wjazd, praca, odpowiedzialność finansowa, przestrzeganie prawa i gotowość do życia według zasad obowiązujących w państwie przyjmującym. Nie żądam od nikogo porzucenia całej swojej kultury, języka czy rodzinnych tradycji. Oczekuję natomiast, że człowiek, który wybiera sobie nowe miejsce do życia, zaakceptuje reguły tego miejsca i nie będzie próbował zastępować ich własnym porządkiem.

Ale to powinien być wyznacznik, jaki w mojej ocenie miałby uprawniać do przekroczenia granic Europy, nie natomiast decyzje nieudolnych myślowo urzędniczyn zasiadających w unijnych instytucjach. Polityka migracyjna musi odpowiadać na rzeczywiste potrzeby państw, a nie na ambicje ludzi, którzy traktują społeczeństwa jak materiał do przeprowadzenia wielkiego eksperymentu. Państwo nie jest eksperymentem socjologicznym. Obywatele nie są statystami w przedstawieniu przygotowanym przez Komisję Europejską. Granice nie są zaś dekoracją, którą można usunąć, kiedy przestaje pasować do ideologicznego scenariusza.

Nie twierdzę, że każdy migrant stanowi problem. Mówię natomiast, że państwo ma obowiązek odróżniać legalną migrację od nielegalnego przekraczania granic, rzeczywistą potrzebę ochrony od nadużywania procedur oraz człowieka gotowego przestrzegać prawa od tego, który zamierza je lekceważyć. To nie jest radykalizm. To elementarna odpowiedzialność władzy. Jeżeli jednak instytucje nie potrafią tego zrozumieć, a następnie jeszcze pouczają obywateli, że ich obawy są nieuprawnione, to nie obywatele mają problem z demokracją. Problem mają instytucje, które zapomniały, komu powinny służyć.

Trójmorze zamiast brukselskiego monopolu

Owszem, nie można działać w próżni, bo świat stał się globalną wioską i właściwie żadne państwo nie jest całkowicie samowystarczalne. Aby normalnie funkcjonować, musi współdziałać z innymi, najlepiej w jakimś bloku. Nie jestem naiwnym izolacjonistą, który uważa, że wystarczy zatrzasnąć drzwi, wywiesić flagę narodową i ogłosić, że od tej chwili wszystko będziemy produkować sami. Takie myślenie nie ma wiele wspólnego z rozsądkiem gospodarczym. Potrzebujemy handlu, inwestycji, technologii, infrastruktury i współpracy energetycznej. Potrzebujemy partnerów, którzy potrafią rozmawiać z nami jak równi z równymi, a nie jak zarządca z podwładnym.

Taka możliwość istnieje przynajmniej dla Polski i krajów w pasie od Bałtyku przez Adriatyk i Morze Czarne. Kolejny raz zaznaczę, że to ziemia, która, łącząc kilkanaście krajów, może stać się właśnie niezależna ekonomicznie. Nie stanie się to samo, nie wystarczy bowiem narysować mapy, zorganizować szczytu i zrobić wspólnego zdjęcia na ciekawym tle. Potrzebne są konkretne inwestycje, połączenia transportowe, współpraca energetyczna, rozwój portów, kolei, infrastruktury cyfrowej i przemysłu. Potrzebna jest również wola polityczna, by interesy państw regionu traktować poważnie.

Wystarczy spojrzeć, do czego namawiam, na mapę ekonomiczną i bogactw naturalnych, aby idea Trójmorza wyraźnie pokazała, że może stać się przeciwwagą dla unijnych pomysłów upośledzonych ekonomicznie elit z Brukseli. Region ten ma potencjał, który należy wykorzystać, a chodzi o położenie geograficzne, dostęp do ważnych szlaków handlowych, rozwijające się gospodarki, zasoby naturalne oraz możliwość tworzenia alternatywnych połączeń energetycznych oraz transportowych.

Nie chodzi o to, żeby zastąpić jeden ośrodek centralnego sterowania drugim. Chodzi o stworzenie układu współpracy, w którym państwa zachowują suwerenność, a wspólne przedsięwzięcia służą ich mieszkańcom. Trójmorze nie powinno być kolejną ideologiczną konstrukcją, lecz praktycznym narzędziem wzmacniania gospodarczej niezależności regionu. Tu kolejny raz powiem coś niepopularnego, bo takim konstruktem jest obecnie Grupa BRICS.

Polska powinna być jednym z motorów tego projektu. Nie dlatego, że musi komukolwiek przewodzić, ale dlatego, że jej położenie, potencjał gospodarczy i interesy strategiczne czynią z niej naturalnego uczestnika takiej współpracy. Jeśli chcemy mieć realny wpływ na własną przyszłość, musimy budować alternatywy. Państwo, które ma tylko jedną drogę, nie negocjuje. Państwo, które posiada kilka dróg, może wybierać. A wybór jest właśnie tym, czego coraz bardziej brakuje w europejskim modelu politycznym. Bruksela zbyt często przedstawia własne rozwiązania jako jedyne możliwe, a wszelkie alternatywy traktuje jak zagrożenie. Tymczasem prawdziwa współpraca nie boi się konkurencji pomysłów. Boi się jej wyłącznie władza, która nie jest pewna własnych argumentów.

Karol Nawrocki nie jest istotą tego projektu

Tak doszedłem do naszego prezydenta, choć, co zaznaczam, Karol Nawrocki nie jest w tym najważniejszy. On jest jedynie wykonawcą, twarzą projektu, a nie jego istotą samą w sobie. Wiem też doskonale, że aktualny prezydent RP budzi skrajne emocje. Jedni najchętniej już teraz wystąpiliby o jego beatyfikację, a inni rozerwaliby na strzępy polską głowę państwa. Obie grupy chyba rozumiem, bo są one wypadkową tego, co przez lata wpoili im ci, którzy rządzili Polską.

Jedni widzą w prezydencie niemal zbawcę, który ma rozwiązać wszystkie problemy kraju, drudzy dostrzegają w nim uosobienie wszystkiego, co uważają za złe w polskiej polityce. W obu przypadkach mamy do czynienia z niebezpiecznym uproszczeniem. Prezydent jest politykiem, a polityków należy rozliczać z konkretnych decyzji, działań i zaniechań. Nie należy budować im ołtarzy, ale nie należy też urządzać polowań na ludzi tylko dlatego, że reprezentują inny obóz polityczny.

Niestety, jako społeczeństwo, nie umiemy już chyba widzieć plusów i minusów, bo albo widzimy jedne, albo drugie i nic poza nimi. Jeśli nasz polityczny obóz coś zrobi, znajdujemy dziesięć powodów, by uznać to za sukces. Jeśli zrobi to przeciwnik, potrafimy znaleźć dwadzieścia argumentów, by ogłosić katastrofę. Fakty stają się dodatkiem do emocji, a rozsądek przegrywa z plemienną lojalnością. To trochę przykre, jak bardzo daliśmy się zindoktrynować i zmanipulować politykom, bo to nikt inny, jak oni, zrobili z nas dwa przeciwstawne obozy.

Podzieleni obywatele są bowiem łatwiejsi do prowadzenia. Zamiast rozliczać władzę, kłócą się ze sobą. Zamiast pytać o koszty, skutki i odpowiedzialność, sprawdzają, czy decyzja została podjęta przez swojego, czy przez obcego. Zamiast wymagać od polityków kompetencji, oczekują od nich zwycięstwa nad przeciwnikiem. W takim układzie każdy polityk może popełnić błąd, a nawet serię błędów, jeśli tylko potrafi przekonać własnych zwolenników, że winny jest ktoś inny. Każda porażka może zostać przedstawiona jako sukces moralny, a każda krytyka jako atak na cały obóz. W rezultacie obywatele tracą zdolność samodzielnego osądu, a politycy zyskują wygodne alibi.

Nie interesuje mnie beatyfikacja Karola Nawrockiego i tak na niego nie głosowałem. Nie interesuje mnie również jego polityczne unicestwienie. Interesuje mnie to, czy Polska będzie w stanie prowadzić politykę zgodną z własnym interesem, czy też pozostanie zakładnikiem sporów, które skutecznie odwracają uwagę od spraw naprawdę istotnych. Jeżeli prezydent może pomóc w budowaniu takiej polityki, należy go rozliczać z jej realizacji. Jeżeli nie potrafi, należy szukać innych rozwiązań. Państwo nie może być zakładnikiem jednej osoby, tak samo jak nie może być zakładnikiem jednej partii ani jednego politycznego środowiska.

Projekt musi być większy od człowieka, który chwilowo, bo na jedną lub dwie prezydenckie kadencje nadaje mu twarz. Inaczej nie jest projektem państwowym, lecz kolejną kampanią wyborczą.

Pamiętamy, jak obala się system

Gdyby ktoś nie pamiętał, a może nie znał czasów, w których, jako młodemu człowiekowi przyszło mi żyć, przypomnę, że komunistyczna władza nie miała do końca łatwo. Była podziemna opozycja, była większość społeczeństwa, która była przeciwnikami ustroju i władzy, więc przynajmniej Polacy wiedzą, jak walczyć w podziemiu, aby obalić niechciane rządy. Nie twierdzę, że każdy element tamtej historii można bezpośrednio przenieść na współczesność. Czasy są inne, mechanizmy władzy są trochę inne, a europejska rzeczywistość polityczna nie jest kopią Polski Ludowej. Istnieje jednak lekcja, której nie wolno nam zapominać: systemy przedstawiające się jako niepodważalne mogą utracić społeczną legitymację, jeśli ludzie przestają w nie wierzyć i zaczynają organizować się wokół alternatywy.

Walka z komunizmem wymagała odwagi, cierpliwości, solidarności i przekonania, że zmiana jest możliwa. Nie wszyscy zgadzali się wówczas we wszystkim, nie wszyscy mieli identyczne poglądy na przyszłość Polski, ale potrafili dostrzec wspólny cel: zakończenie systemu, który nie dawał społeczeństwu rzeczywistej możliwości decydowania o własnym losie. Dzisiaj również potrzebujemy wspólnego celu, choć nie oznacza to, że wszyscy przeciwnicy obecnego modelu Unii Europejskiej muszą podzielać te same poglądy na gospodarkę, migrację, politykę społeczną czy relacje międzynarodowe. Można się różnić w kwestiach szczegółów, a jednocześnie zgadzać, że władza powinna być ograniczona, rozliczona i podporządkowana obywatelom.

Skoro to wiemy, mamy tradycje, znamy sposoby, cóż stoi na przeszkodzie, by dokładnie to samo, co zrobiliśmy z PZPR, uczynić, a przynajmniej stać się iskrą obalającą Unię Europejską?

Nie chodzi o powtórzenie historii scena po scenie. Chodzi o wyciągnięcie z niej wniosków. Jeśli system przestaje służyć ludziom, należy go zmienić. Jeśli instytucje nie potrafią się naprawić, trzeba stworzyć inne. Jeśli władza coraz częściej traktuje obywateli jak przeszkodę, to oni powinni odebrać jej możliwość dalszego działania w dotychczasowej formie. Nie trzeba przy tym czekać na cud. Trzeba budować środowiska polityczne zdolne do przedstawienia realnej alternatywy, współpracować ponad podziałami tam, gdzie jest to możliwe, wykorzystywać demokratyczne mechanizmy kontroli i nie pozwalać, aby strach przed etykietą eurosceptyka zastępował rzeczową debatę.

Największym błędem byłoby bowiem powstrzymanie się od krzyku. Krzyk może rozpocząć dyskusję, ale nie zastąpi programu. Gniew może obudzić ludzi, ale nie zbuduje infrastruktury, nie stworzy nowego modelu współpracy gospodarczej i nie zapewni państwom bezpieczeństwa. Rewolucja polityczna, jeśli ma przynieść trwałe rezultaty, musi mieć nie tylko przeciwnika, lecz także plan działania. A ów jest prosty w swoich podstawowych założeniach, bo chodzi o większą ilość suwerenności państw, mniej centralnego sterowania; współpraca zamiast przymusu; odpowiedzialność polityczna zamiast urzędniczej bezkarności; ochrona granic zamiast udawania, że granice są przeżytkiem; gospodarka oparta na rachunku ekonomicznym, a nie na ideologicznych deklaracjach.

Jeśli obecna Unia nie potrafi funkcjonować na takich zasadach, należy doprowadzić do jej rozwiązania i zastąpić ją nowym modelem współpracy europejskiej. Takim, który nie będzie próbował budować jednego politycznego organizmu z narodów mających własne interesy, historię i demokratyczne wybory. Europa nie musi być scentralizowanym superpaństwem, żeby współpracować. Polska nie musi podporządkowywać się każdej decyzji Brukseli, żeby handlować z Niemcami, rozwijać relacje z Francją, czy budować wspólne projekty infrastrukturalne z krajami swojego regionu.

Możemy współdziałać bez oddawania całej politycznej sprawczości w ręce instytucji, które coraz częściej zapominają, że ich mandat ma swoje granice.

Koń trojański nie jest bohaterem

Przestrzegam tylko, aby nie wysuwać nikogo do skakania przez płot, bo tu akurat może się okazać, że to jednak nie człowiek, a koń spod Troi hycnął, by później przez lata udowadniał, iż heroizm nim kierował, nie zaś podpis na dokumencie.

To ostrzeżenie jest ważniejsze, niż mogłoby się wydawać. Każdy ruch polityczny, który chce doprowadzić do zasadniczej zmiany, musi uważać na ludzi, którzy pojawiają się w odpowiednim momencie z gotową opowieścią o własnym bohaterstwie. Historia zna wystarczająco wiele przykładów, gdy ci, którzy najgłośniej mówili o wolności, po dojściu do władzy zaczynali pilnować przede wszystkim własnych interesów. Nie potrzebujemy nowych zbawców. Nie potrzebujemy kolejnych samozwańczych wodzów, którzy będą żądali bezwarunkowego zaufania, bo rzekomo tylko oni wiedzą, jak uratować naród. Potrzebujemy ludzi zdolnych do wykonania konkretnej pracy, a potem gotowych ponieść odpowiedzialność za jej rezultaty.

Nie zamierzam też udawać, że wystarczy obalić jeden system, by automatycznie zapanowała sprawiedliwość. PZPR odeszła, ale Polska nie stała się przez to państwem wolnym od błędów, układów, partyjniactwa i politycznej krótkowzroczności. Zmiana władzy jest początkiem, nie końcem odpowiedzialności. To samo dotyczyłoby Europy po rozwiązaniu obecnych struktur. Dlatego trzeba patrzeć politykom na ręce od pierwszego dnia. Nie wolno oddawać im całej władzy tylko dlatego, że obiecują zakończenie poprzedniego porządku. Nie wolno mylić patriotycznych deklaracji z kompetencjami, a efektownych gestów z rzeczywistymi osiągnięciami. Nie wolno również zakładać, że ktoś, kto krytykuje Brukselę, automatycznie będzie lepiej zarządzał państwem.

Ja nie, bo znam siebie i mógłbym stać się dyktatorem, więc nigdy mnie nie wybierajcie.

Pamiętajmy, że koń trojański jest niebezpieczny właśnie dlatego, że potrafi wyglądać jak dar. W polityce również zdarzają się ludzie, którzy wchodzą do ruchu zmiany z własnym planem, a później próbują przejąć jego dorobek. Gdy kurz opadnie, okazuje się, że nie chodziło im o wolność, lecz o własne miejsce przy stole. Niech więc nikt nie oczekuje ode mnie bezwarunkowej lojalności wobec jakiegokolwiek polityka. Poprę działania zgodne z interesem Polski, a będę krytykował te, które uznam za szkodliwe, i nie będę udawał, że zmiana nazwisk oznacza automatycznie zmianę zasad.

Wyprowadzić!

Nie piszę tego wszystkiego dlatego, że marzy mi się chaos. Nie chcę Europy rozbitej na skłócone państwa, które nie potrafią ze sobą rozmawiać. Nie chcę również Polski zamkniętej w sobie, odciętej od świata i przekonanej, że samą dumą narodową można zastąpić handel, inwestycje i rozsądną politykę gospodarczą. Chcę Europy, która rozumie, że jej siła bierze się z narodów, a nie z rozbudowanego aparatu urzędniczego. Chcę Polski, która potrafi współpracować z innymi państwami bez rezygnowania z prawa do podejmowania własnych decyzji. Chcę polityków, którzy wiedzą, że ich stanowiska nie są dożywotnim przywilejem, a obywatele nie są publicznością wynajętą do oklaskiwania kolejnych wystąpień.

Przede wszystkim jednak nie chcę świata, w którym sprzeciw wobec władzy staje się podejrzany, a bezkrytyczne posłuszeństwo przedstawiane jest jako oznaka europejskiej dojrzałości.

Nie mam zamiaru prosić brukselskich elit o zgodę na krytykę ich działań. Nie będę też przepraszał za to, że nie podzielam ich wizji przyszłości kontynentu. Moim obowiązkiem jako publicysty jest nazywać rzeczy po imieniu, zadawać niewygodne pytania i przypominać, że władza, która nie potrafi znieść krytyki, nie powinna mieć prawa do nieograniczonego decydowania o życiu innych.

Jeżeli Unia Europejska nie potrafi wrócić do współpracy suwerennych państw, jeżeli nie potrafi ograniczyć własnych ambicji, jeżeli nie potrafi uszanować demokratycznych wyborów społeczeństw, to nie widzę powodu, dla którego miałaby trwać wyłącznie dlatego, że kiedyś powstała i przez lata przyzwyczailiśmy się do jej istnienia. Instytucje nie są wieczne. Ustroje nie są wieczne. Nawet imperia, które uważały się za nieśmiertelne, w końcu odchodziły w przeszłość. Nie ma żadnego historycznego prawa, które gwarantowałoby obecnej Unii Europejskiej niekończące się istnienie.

Dlatego powtórzę raz jeszcze: nie wystarczą kolejne kosmetyczne reformy, zmiany personalne i konferencje, na których ci sami ludzie będą przekonywać nas, że tym razem wszystko pójdzie zgodnie z planem. Nie wystarczy wymienić kilku komisarzy, przemalować fasady i ogłosić nowego otwarcia. Jeżeli fundamenty są wadliwe, trzeba mieć odwagę zakwestionować całą konstrukcję.

Niech więc nikt nie myli mojego stanowiska z niechęcią do Europy. To właśnie troska o przyszłość europejskich narodów sprawia, że nie chcę godzić się na model, który uważam za szkodliwy. Nie muszę akceptować brukselskiego porządku, żeby szanować europejskie dziedzictwo. Nie muszę wierzyć w centralizację, żeby wierzyć we współpracę. Nie muszę zgadzać się na polityczne eksperymenty, żeby rozumieć, że państwa powinny szukać wspólnych rozwiązań tam, gdzie rzeczywiście mają wspólne interesy. Ale współpraca musi być dobrowolna, władza rozliczalna, a polityka podporządkowana rzeczywistości.

Jeżeli tego nie potrafimy zapewnić, będziemy nadal dryfować w stronę systemu, w którym coraz więcej decyzji zapada poza demokratyczną kontrolą obywateli, a coraz mniej osób ma odwagę powiedzieć, że cesarz nie tylko jest nagi, lecz także próbuje wystawić nam rachunek za własne ubranie.

Nie zamierzam milczeć. Nie zamierzam też udawać, że wszystko można jeszcze załatwić kolejną rezolucją, następnym szczytem i nowym zestawem pięknie brzmiących deklaracji. Byłem euroentuzjastą. Zmieniłem zdanie, ponieważ zmieniła się moja ocena rzeczywistości. Dzisiaj uważam, że obecne struktury Unii Europejskiej powinny zostać rozwiązane, a ich miejsce powinien zająć model współpracy, który przywróci państwom rzeczywistą samodzielność i obywatelom wpływ na własną przyszłość.

Historia nie daje nam gwarancji, że taka zmiana będzie łatwa. Nie daje też gwarancji, że nowy porządek okaże się idealny. Daje jednak wystarczająco dużo przykładów, by wiedzieć, że żaden system nie powinien trwać wyłącznie dlatego, że jego obrońcy boją się przyznać do porażki. A zatem, jeśli brukselskie elity nie potrafią zrozumieć, że ich władza ma granice, trzeba te granice wyznaczyć. Jeśli nie potrafią zrezygnować z centralizacji, należy odebrać im możliwość dalszego jej prowadzenia. Jeśli nie potrafią służyć Europie, powinny ustąpić miejsca rozwiązaniom, które będą służyć europejskim narodom.

I niech to będzie początek poważnej debaty o przyszłości kontynentu, a nie kolejny wpis, który za kilka godzin przykryje następna polityczna awantura. Niech stanie się wezwaniem do organizowania demokratycznego sprzeciwu, budowania alternatyw i odzyskiwania odpowiedzialności za własne państwa. Bo nie chodzi już o to, czy ktoś lubi Komisję Europejską, czy też nie. Nie chodzi nawet o to, kto wygra następne wybory. Chodzi o pytanie znacznie poważniejsze: czy Europejczycy nadal chcą być gospodarzami we własnych państwach, czy też pogodzą się z rolą wykonawców decyzji podejmowanych przez ludzi, których sami nie mogą skutecznie rozliczyć.

Moja odpowiedź jest jednoznaczna.

Sztandar Unii Europejskiej – Wyprowadzić!

Nie przez przemoc. Nie przez polityczne prześladowania. Nie przez zastąpienie jednej niekontrolowanej władzy drugą. Przez demokratyczne odebranie jej legitymacji, rozwiązanie obecnego systemu i stworzenie nowego porządku współpracy europejskiej. A potem wystarczy pilnować, żeby żaden kolejny koń spod Troi nie wmówił nam, że przybył ratować Europę, podczas gdy w rzeczywistości przywiózł jedynie własne ambicje.

Historia już raz pokazała, że sztandar można wyprowadzić. Nie widzę powodu, dla którego tym razem miałoby być inaczej.

Bogdan Feręc

Graf. Wygenerowana przez AI

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version