Powiedziałbym nawet – kwitnie, pączkuje i rozpycha się łokciami, jak chwast w ogrodzie zdrowego rozsądku.
W latach mojej młodości emitowany był taki serial dla młodzieży, a opatrzony tytułem „Szaleństwo Majki Skowron”. Niechże właśnie ten tytuł, bo nie sam serial, ten bowiem przeminął jak kasety VHS i magnetowidy, stanie się fundamentem dzisiejszego felietonu. Tytuł bowiem niósł pewien przekaz, niemal metafizyczny, a dziś jak ulał pasuje do rzeczywistości politycznej Starego Kontynentu. Ów felieton dotyczyć będzie zarówno szaleństwa, jak i kobiety, choć imię zmuszony jestem zmienić na bardziej germańsko brzmiące, bo czasy mamy unijne, a lokalność wyszła z mody.
Jak można się domyślić, rzecz będzie się miała o jednej Urszulce. Choć bynajmniej nie od Kochanowskiego, który treny pisał, bo tu raczej należałoby napisać jeden wielki tren śmiertelny dla Europy, choć chciałoby się powiedzieć, jak w tym starym żarciku: „Urszulka, szykuj się”, bo akurat ludzie mają Cię serdecznie dosyć, a i cierpliwość społeczna topnieje szybciej niż lody w upalny dzień. Tak na marginesie, Urszulka mieniła się nawet strażniczką luksusu Europy, który rzekomo miała ratować. Tylko po co ratować, skoro luksus już był, ale kto zrozumie polityka, nawet wysokiego szczebla.
Jak na prawdziwie serialową modę przystało, dla wartkości akcji pojawić się musi mężczyzna i się pojawia, a mężczyzna to nie byle jaki, bo dostosowany do rzeczonej Urszulki, niemal skrojony pod ten scenariusz. Ziomal, mogę nawet dodać, który obecnie jest kanclerzem. Nazwisko ma takie jakby luksusowe, kojarzące się z solidną marką, lecz w praktyce to bardziej Trabant niż (Merc)edes. Niby jedzie, niby hałasuje, ale komfortu i mocy próżno szukać. Jego wysokość Friedrich uznał jednak – i tu wchodzimy w rozwijającą się akcję, że uda się do krajanki – z drugiego imienia jej Gertrud i w Brukseli nawiedzi. Jak postanowił, tak uczynił. Wsiadł więc do samolotu rodzimych linii, a każdy pamięta chyba nazwę germańskich przewoźników, która ma „luft” w tytule. Choć chętniej dodałbym dawniejszą końcówkę, taką bardziej historycznie prawdziwą, to muszę podać imię Janka (Janek po niemiecku to Hans – jakby ktoś nie oglądał „Stawki większej niż życie”), by mnie o antygermańskość do rusko-ukraińsko-izraelskiego kompletu nie posądzili. To który kraj ja w końcu lubię, mogę się zastanowić, jak już w stosunku do połowy Europy jestem anty, a i o Bliski Wschód zahaczam?
Po tym przedstawieniu podmiotów lirycznych, jakie przewijać się będą w tej opowieści, można przejść do clou i zająć się dramatyzmem sytuacji. Wielu polityków twierdzi, że oni są władni, że mogą coś zrobić, że ich słowo ma znaczenie, a każdy ich musi słuchać, bo przecież są kanclerzem domniemanie najpotężniejszej gospodarki Europy. Tym tropem poszedł właśnie niemiecki władca i nawiedził królową Europy, licząc, że jego korona jednak coś znaczy.
A jakże się obściskiwali, a ucałowali serdecznie, a i uściskom rąk nie było końca. Wszystko po to, by kamery mogły zarejestrować niepojęte szczęście panujące na kontynencie. Europa w obiektywie wyglądała jak kraina mlekiem i miodem płynąca, choć w rzeczywistości raczej przypomina kuchnię, w której ktoś zapomniał wyłączyć gaz. Tak dla ścisłości, wyłączyli „Ruskim”, czy tam sobie – ten tani, by potęgę Europy budować, ale to szczegół.
Gdy przyblakły flesze aparatów fotograficznych, zgasły światła kamer, a politycy udali się na rozmowy niezwykłej wagi, sprawa zaczęła przybierać obrót mniej fotogeniczny.
Friedrich powiedział Urszulce przy herbatce i ciasteczkach, że idziesz kobieto, w złą stronę i mnie, największą gospodarkę Europy rujnujesz. To polityk doświadczony, o czym świadczy nienachalne owłosienie głowy przyprószone siwizną – znak rozpoznawczy ludzi, którzy już wiedzą, że życie to nie folder reklamowy, wie więc, co mówi. Dodał nawet, że jak mu Urszulka węgla do palenia w piecach i hutach nie odblokuje, to Germania na pysk padnie, i to bez metafor.
Żeby nie było, że kanclerska głowa jest nieczuła na kwestie klimatyczne, powiedziała rozpartej w fotelu „cysożowej” Europy, że dziesięć lat to tym węglem można se jeszcze popalić, a potem to już się czyszczeniem powietrza zająć. To miała być taka chwila oddechu, zanim wszyscy wspólnie rzucimy się w objęcia zielonego raju, którego nikt na oczy nie widział, ale wszyscy mają w niego wierzyć. Zaznaczył też „Her Kanzler” przy tym, że wówczas naród powstanie, jak drzewiej bywało, i Germanie ponownie staną się potężną potęgą. Brzmi groźnie? Owszem, ale jeszcze groźniej brzmi pusty przemysł i wysokie rachunki za prąd.
Kiedy kończył już swój wywód, a oczy Urszulki von der rozszerzyły się do wielkości spodków od filiżanek, z których pili herbatę, a kobieta powiedziała tylko jedno słowo. Jedno, ale za to ciężkie jak beton. Zabrzmiało jak zaklęcie, jak klątwa nawet, bo pokazało, jak głęboko zakorzeniona jest w niej ta ideologia, jak bardzo nie podlega dyskusji.
Urszulka swym jakże łagodnym w niemieckim języku odparła: „NEIN”!!!
Friedrich próbował jeszcze tłumaczyć. Za rękę chwytał, przekonywał, wił się w ocenie stanu całej Europy, że ona dnem jest, że oddech traci, jak Merz przy perfumach Ursulki, ale na nic się to zdało. Szefowa Europy pozostała nieugięta jak głaz, a nawet zmieniła się w zimnokrwistą Niemkę, choć urodzoną w Belgii, co tylko dodaje tej historii smaczku.
To teraz już poważnie, bo jeżeli nawet kanclerz Niemiec Friedrich Merz nie potrafi przekonać Ursuli von der Leyen do przystopowania Zielonego Ładu, to co lub kto może to zrobić? Przeżarta ślepym dążeniem do celu, a w mojej opinii do upadku Europy przewodnicząca Komisji Europejskiej prowadzi nas wszystkich jak Titanica. Wiadomo, dokąd, a i to wiadomo, że orkiestra będzie grać do końca.
Rozwiązanie tej sytuacji jest jedno, należy odwołać Ursulę von der Leyen ze stanowiska i przemodelować Zielony Ład w taki sposób, aby nie przeszkadzał w rozwoju Unii Europejskiej, a przynajmniej udawał, że mu na tym rozwoju zależy.
Oczywiście może się wówczas okazać, że to nawet nie jest do końca pomysł samej przewodniczącej. Być może otrzymała rozkazy od jakiegoś mitycznego rządu światowego, który jakoby istnieje po to, by pogrążyć Europę w odmętach niebytu. Scenariuszy jest wiele, czyli od tych politycznych po niemal science fiction, ale z mojej perspektywy jedno jest pewne, że Unia Europejska z Ursulą von der Leyen w roli swojego kata, skazana jest na długie i bolesne konanie. Bez happy endu i bez napisów końcowych, na które ludzie czekają z nadzieją.
Bogdan Feręc
Photo by Antoine Schibler on Unsplash

