Są tematy, które przechodzą przez media niemal bez echa, choć ich znaczenie dla przyszłości kraju jest ogromne. Tak właśnie było i tym razem. Mało kto zwrócił uwagę na rozmowę, która odbyła się niedawno na antenie Radia Wnet u Łukasza Jankowskiego. A szkoda, bo padły tam słowa, które – jeśli potraktować je poważnie – mogą przesądzić o kształcie polskiej sceny politycznej na wiele lat.
Mówimy przecież o przyszłości blisko 38 milionów Polaków, ale także milionów naszych rodaków rozsianych po Europie i świecie. Każda zmiana w Warszawie odbija się również na nich. To dlatego warto zatrzymać się na chwilę i zastanowić, czy właśnie nie obserwujemy początku politycznego przesilenia.
Od dawna powtarzam jedno. Polityka potrzebuje świeżej krwi. Starsze pokolenie polityków w ogromnej części powinno ustąpić miejsca młodszym, a młodych należałoby – mówiąc oczywiście metaforycznie – porządnie wychłostać za każdym razem, gdy próbują kopiować błędy swoich poprzedników. Nie chodzi o wiek metrykalny, ale o sposób myślenia, bo można mieć siedemdziesiąt lat i zachować polityczny instynkt, a można mieć czterdzieści i być zakładnikiem starych układów.
Nie twierdzę też, że każdy polityk przed siedemdziesiątką powinien zostać odsunięty na margines życia publicznego. Absolutnie nie. Są wyjątki. Są ludzie, którzy nadal potrafią analizować rzeczywistość bez ideologicznych klapek na oczach. Jednym z nich jest, moim zdaniem, poseł Marek Jakubiak. To właśnie on podczas wspomnianej rozmowy powiedział coś, czego wielu polityków Prawa i Sprawiedliwości najwyraźniej nie chce usłyszeć. Stwierdził wprost, że jeśli PiS nie zmieni swojej strategii, powinien przygotować się na wyborczą porażkę.
I trudno odmówić tej diagnozie logiki.
Jakubiak przypomniał rzecz oczywistą, o której zaskakująco szybko zapomniano. Platforma Obywatelska nie przejęła władzy dlatego, że nagle zdobyła gigantyczne poparcie. Wygrała dlatego, że stworzyła szeroki blok wyborczy. Zamiast kilku rywalizujących ze sobą ugrupowań wyborcy zobaczyli jedną listę, jeden cel i jednego głównego przeciwnika.
Dzisiaj ta historia może zatoczyć koło, bo Koalicja Obywatelska już przeszła swoją ewolucję. Dawny projekt koalicyjny stał się jedną dużą partią polityczną. Rebranding nie był przypadkiem. To przygotowanie gruntu pod kolejne wybory. Wszystko wskazuje na to, że część polityków dawnej Polski 2050 znajdzie się na listach KO, inni partnerzy również ustawią się pod wspólnym szyldem, a wyborca ponownie zobaczy jeden polityczny organizm.
To nie jest przypadek. To jest strategia i właśnie tutaj pojawia się problem Prawa i Sprawiedliwości.
Mam wrażenie, że kierownictwo tej partii zachowuje się tak, jakby nie wyciągnęło żadnych wniosków z własnej porażki. Nadal słyszymy o niechęci do współpracy z Konfederacją, nadal obserwujemy niepotrzebne utarczki z ugrupowaniem Grzegorza Brauna, nadal trwa wzajemne okładanie się kijami przez środowiska, które teoretycznie powinny walczyć o podobnego wyborcę.
Najbardziej zyskuje na tym… Donald Tusk, a co ciekawe, nie dlatego, że nagle stał się politycznym geniuszem. Po prostu jego przeciwnicy wykonują za niego całą pracę.
Jakubiak zwrócił uwagę również na inny problem. PiS coraz wyraźniej zaczyna pękać od środka. Pojawiają się frakcje, osobne środowiska, własne ambicje i kolejne pomysły na tworzenie nowych bytów politycznych. A przecież wewnętrzne różnice nie są niczym niezwykłym. W każdej dużej partii istnieją skrzydła bardziej konserwatywne, bardziej liberalne czy bardziej pragmatyczne. Tak działa polityka praktycznie na całym świecie. Różnica polega na tym, że dojrzałe ugrupowania potrafią prowadzić spory wewnątrz własnego obozu, a nie transmitować je codziennie opinii publicznej.
Spójrzmy zresztą szerzej.
Ostatnie lata pokazują wyraźnie, że epoka politycznych hegemonów dobiega końca. Społeczeństwa są coraz bardziej podzielone, coraz mniej ufają politykom i coraz częściej szukają alternatyw. W efekcie głosy rozpraszają się pomiędzy wiele ugrupowań. Małe partie przestają być politycznym folklorem, a zaczynają decydować o tym, kto obejmie władzę. Tak dzieje się we Włoszech, Holandii, Niemczech, Hiszpanii, Francji, a nawet w krajach skandynawskich. Coraz trudniej stworzyć stabilny rząd jednopartyjny. Polska nie jest wyjątkiem i dlatego propozycja Marka Jakubiaka wydaje mi się zwyczajnie racjonalna.
Jeżeli prawica rzeczywiście chce wrócić do władzy, powinna zrobić dokładnie to, co wcześniej zrobiła Platforma Obywatelska. Najpierw zakończyć wewnętrzne wojny. Potem usiąść do stołu z Konfederacją, środowiskiem Grzegorza Brauna, Partią Republikańską oraz innymi prawicowymi ugrupowaniami, by na końcu stworzyć wspólną listę. Nie oznacza to, że wszyscy muszą myśleć identycznie. Oznacza jedynie, że potrafią odłożyć własne ambicje na czas kampanii wyborczej.
W pewnym sensie byłby to model znany ze Stanów Zjednoczonych. Republikanie nie są przecież monolitem. W ich szeregach znajdują się konserwatyści, libertarianie, ewangelicy, umiarkowani republikanie i przedstawiciele wielu innych nurtów. Łączy ich wspólny szyld i może właśnie tego brakuje dziś polskiej prawicy.
Ostatnie dni przyniosły jednak jeszcze ciekawszy zwrot akcji, bo do gry coraz wyraźniej wszedł Pałac Prezydencki. A jakby tego nie nazywać, tutaj zaczyna się prawdziwa polityczna rozgrywka. Prawo i Sprawiedliwość postawiło na profesora Przemysława Czarnka jako potencjalnego kandydata na przyszłego premiera. Przyznam szczerze, że od początku nie podzielałem ich entuzjazmu. Nie dlatego, że kwestionuję jego kompetencje. Po prostu uważam, że wyborcy coraz wyraźniej mają dość polityków kojarzonych z dawnym układem personalnym. Czarnek, mimo że młodszy od Jarosława Kaczyńskiego, w oczach wielu ludzi nadal należy do tej samej politycznej epoki. I właśnie to, jak sądzę, dostrzegł Pałac Prezydencki.
Coraz wyraźniej promowany jest, a nawet proponowany na przyszłego prezesa Rady Ministrów szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki. Jeżeli rzeczywiście taki jest plan Karola Nawrockiego, trzeba przyznać, że został rozegrany bardzo sprytnie. Popularność prezydenta pozostaje bardzo wysoka. Naturalnym odruchem jest więc próba przeniesienia części tego poparcia na jego najbliższe otoczenie. To ruch logiczny i jednocześnie niezwykle niebezpieczny dla idei Jarosława Kaczyńskiego.
Oto nagle pojawia się sytuacja, w której lider PiS musi wybierać pomiędzy własnym kandydatem a kandydatem człowieka cieszącego się ogromnym zaufaniem jego własnego elektoratu. To polityczny dylemat, którego wcześniej nie było, bo to Kaczyński rozstawiał pionki na szachownicy. Jeżeli lider PiS-u pozostanie przy Przemysławie Czarnku, może wejść w otwarty konflikt z Pałacem Prezydenckim. Jeżeli poprze Boguckiego, będzie musiał przyznać, że decyzje personalne przestają zapadać wyłącznie na Nowogrodzkiej. Tak czy inaczej, pole manewru staje się bardzo ograniczone.
Co więcej, po drugiej stronie barykady również nie będzie spokojnie. Koalicja Obywatelska od dawna pozostaje w ostrym sporze z Karolem Nawrockim. Jeżeli do tego równania dojdzie jeszcze Zbigniew Bogucki jako potencjalny kandydat na premiera, konflikt polityczny wejdzie na zupełnie nowy poziom. To nie będzie już wyłącznie walka programów, a oglądać będziemy starcie dwóch silnych ośrodków politycznych, dwóch osobowości i dwóch wizji państwa. A wszystko wskazuje na to, że najbliższe miesiące przyniosą jeszcze więcej zaskakujących zwrotów akcji.
Moim zdaniem PiS stoi dziś przed największym egzaminem od czasu utraty władzy. Nie wystarczy mu już liczyć na zmęczenie wyborców rządami Donalda Tuska. Nie wystarczy krytykować kolejnych decyzji Koalicji. Nie wystarczy przypominać własnych sukcesów sprzed kilku lat. Trzeba zrozumieć, że polityka się zmieniła. Wyborcy oczekują współpracy, a nie niekończących się sporów o to, kto powinien być numerem jeden na liście. Oczekują też nowych twarzy, ale jednocześnie ludzi doświadczonych. Oczekują skuteczności zamiast nieustannego udowadniania, kto jest bardziej prawicowy od sąsiada.
Wielokrotnie już partie przegrywały wybory nie dlatego, że przeciwnik był od nich lepszy, lecz dlatego, że same nie potrafiły przestać walczyć ze sobą. PiS znajduje się dziś dokładnie w takim miejscu. Dlatego słowa Marka Jakubiaka nie powinny zostać potraktowane jako kolejny medialny komentarz. To ostrzeżenie i być może ostatnie, bo jeśli prawica nie zrozumie, że czas politycznych samotników minął, kolejne wybory może przegrać jeszcze przed rozpoczęciem kampanii.
Wtedy okaże się, że największym przeciwnikiem Prawa i Sprawiedliwości wcale nie była Koalicja Obywatelska. Było nim własne przekonanie, że świat polityki nadal wygląda tak samo jak dziesięć lat temu. Problem polega na tym, że świat już dawno odjechał. Pytanie tylko, czy ktoś na Nowogrodzkiej zdąży to jeszcze zauważyć.
Bogdan Feręc
Fot. CC Kpalion

