Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Świat na kredyt. Nadchodzi koniec epoki, w której państwa mogły obiecać wszystko

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Przez ostatnie kilkadziesiąt lat przyzwyczailiśmy się do pewnego rodzaju gospodarczego komfortu. Państwo wydawało, inwestowało, budowało, dopłacało, ratowało, gwarantowało, a kiedy pieniędzy zaczynało brakować, po prostu pożyczało następne. Gospodarki rosły, społeczeństwa konsumowały, banki finansowały kolejne potrzeby, a politycy mogli obiecywać następne świadczenia, programy i inwestycje.

Problem polega na tym, że kredyt nie jest pieniądzem fizycznym, a obietnicą, że pieniądze pojawią się w przyszłości. Właśnie z tą przyszłością świat zaczyna się teraz mierzyć. Nie chodzi przy tym o jeden kraj, jedną partię, jeden rząd czy jeden kontynent, to zjawisko znacznie szersze. Dług publiczny rośnie w wielu najważniejszych gospodarkach świata, podczas gdy wzrost gospodarczy coraz częściej nie nadąża za kosztami utrzymania całego systemu. W jednych państwach problemem jest ogromne zadłużenie, w innych szybki przyrost długu, a w jeszcze innych połączenie długu ze stagnacją.

To właśnie ta kombinacja powinna nas interesować najbardziej, bo można mieć wysoki dług i szybko rosnącą gospodarkę. Można mieć niski dług, ale słaby wzrost. Można też mieć jednocześnie ogromne zobowiązania i gospodarkę, która nie daje już wystarczająco dużo paliwa, aby ten system spokojnie finansować. Wówczas zaczyna się coś znacznie poważniejszego niż zwykły kryzys w budżecie.

Pierwsza teza: Świat nie jest biedniejszy, ale coraz trudniej mu finansować własne bogactwo

W oficjalnych statystykach nadal widzimy wielkie gospodarki, imponujące PKB, miliardy dolarów inwestycji i kolejne rekordy. Problem w tym, że statystyka potrafi pokazać wzrost gospodarczy w sytuacji, w której zwykły człowiek tego wzrostu zwyczajnie nie odczuwa. Możemy więc mieć dodatni wskaźnik PKB, a jednocześnie coraz droższe mieszkania, wyższe rachunki, droższe usługi, większe podatki i rosnące koszty kredytu. To nie jest sprzeczność, ponieważ PKB mierzy aktywność gospodarczą. Nie odpowiada natomiast na wszystkie pytania dotyczące jakości życia, rozkładu dochodów, kosztów utrzymania czy bezpieczeństwa finansowego gospodarstw domowych.

Dlatego warto patrzeć nie tylko na pytanie: „Czy gospodarka rośnie?”, ale również: „Ile kosztuje utrzymanie tego wzrostu?”. I tutaj pojawia się dług.

W przedstawionych danych MFW szczególnie widoczna jest różnica między niektórymi państwami. Polska miała w 2025 roku dług publiczny na poziomie około 59 proc. PKB, przy wzroście gospodarczym sięgającym około 3,3 proc. Oznacza to, że sytuacja Polski nie jest porównywalna z Francją, gdzie dług sięgał około 116 proc. PKB, a wzrost pozostawał bardzo niski. Niemcy są jeszcze innym przypadkiem. Dług pozostaje znacznie niższy niż we Francji, ale problemem jest słabość gospodarki.

To prowadzi nas do zasadniczego wniosku, że sam poziom długu nie mówi jeszcze, czy państwo znajduje się w bezpiecznej sytuacji. Równie ważne jest to, czy gospodarka potrafi rosnąć wystarczająco szybko, aby ten dług obsługiwać.

Druga teza: największym problemem Zachodu może być nie dług, lecz brak wzrostu

To właśnie tutaj zaczyna się prawdziwie niepokojąca część historii, gdyż dług można spłacać, jeżeli gospodarka rośnie. Można również utrzymywać relatywnie wysoki poziom zadłużenia, jeśli państwo ma dostęp do taniego finansowania, silną walutę, produktywną gospodarkę i inwestycje zwiększające przyszłe dochody. Ale jeśli dług rośnie, a gospodarka stoi w miejscu, rachunek zaczyna wyglądać zupełnie inaczej.

Francja jest dobrym przykładem tego napięcia. Jej dług wzrósł w 2024 roku z około 113,2 proc. PKB do około 116 proc. w 2025 roku, podczas gdy wzrost gospodarczy był niski. Niemcy z kolei przez dłuższy czas znajdowały się w stagnacji. W 2024 roku ich gospodarka skurczyła się według przytoczonych danych o około 0,5 proc., a w 2025 roku odbicie było bardzo ograniczone. I właśnie tutaj pojawia się pytanie, którego politycy nie lubią szczególnie: Co stanie się z państwem, które chce utrzymywać wszystkie dotychczasowe zobowiązania społeczne, administracyjne i infrastrukturalne, ale przestaje generować wystarczający wzrost gospodarczy?

Odpowiedzi jest kilka, więc może podwyższyć podatki, może ciąć wydatki, ale wówczas pojawia się też rosnąca inflacja, zwiększa obciążenie obsługi (koszt) długu – albo mieszanka wszystkich tych elementów.

Trzecia teza: Chiny pokazują, że wysoki wzrost nie rozwiązuje automatycznie problemu zadłużenia

Chiny są tutaj bardzo ciekawym przypadkiem. Według zestawienia chińska gospodarka rosła zarówno w 2024, jak i w 2025 roku o około 5 proc. To tempo, którego większość dużych gospodarek zachodnich może Chinom pozazdrościć. Jednocześnie dług publiczny wzrósł z około 90,4 proc. PKB do około 99,2 proc. To pokazuje coś ważnego, czyli wzrost gospodarczy sam w sobie nie wystarcza.

Jeżeli państwo finansuje rozwój przede wszystkim poprzez kolejne zobowiązania, w pewnym momencie trzeba zapytać, jaka część wzrostu została kupiona za przyszłe dochody? W przypadku Chin sprawa jest dodatkowo bardziej skomplikowana ze względu na znaczenie władz lokalnych, przedsiębiorstw państwowych i innych mechanizmów finansowania. Oficjalny poziom długu nie pokazuje więc całego obrazu zobowiązań chińskiej gospodarki. Nie oznacza to natomiast, że Chiny stoją przed takim samym problemem jak Francja czy Niemcy. Sytuacja pokazuje coś innego: również chiński model wzrostu ma swoją cenę.

Czwarta teza: istnieje świat, który rozwija się szybciej niż stara Europa

To być może najbardziej interesujący element całego zestawienia. Indie. W przedstawionych danych realny wzrost gospodarczy wyniósł około 7,1 proc. w 2024 roku i około 6,5 proc. w 2025 roku. Jednocześnie relacja długu publicznego do PKB lekko spadła – z około 84,8 proc. do 84,1 proc. Indie mają więc dług na wysokim poziomie, ale ich gospodarka rozwija się na tyle szybko, że relacja zadłużenia do wielkości gospodarki może się stabilizować.

Podobny, choć zupełnie inny strukturalnie, przypadek stanowi Rosja. Według przytoczonych danych dług publiczny wynosił około 14,8 proc. PKB w 2024 roku i 17,2 proc. w 2025 roku. Nie sprawia to jednocześnie, że rosyjska gospodarka jest pozbawiona problemów. Oznacza jedynie, że państwo wchodzi w okres presji gospodarczej z zupełnie innym poziomem długu niż wiele państw zachodnich.

I to jest fakt, którego nie można ignorować tylko dlatego, że nie pasuje do prostych, o ile nie prostackich opowieści o wgniataniu Rosji w ziemię.

Piąta teza: USA mogą długo żyć na kredyt, ale nawet potęga ma granice

Stany Zjednoczone również są przypadkiem szczególnym, bo ich dług publiczny sięgał 122,3 proc. PKB w 2024 roku i 123,9 proc. w 2025 roku. To są kwoty wręcz gigantyczne, ale Ameryka ma jednak przewagę, której większość państw nie posiada. Dolar pozostaje jeszcze najważniejszą walutą rezerwową świata, a amerykański rynek finansowy ma ogromną skalę. Dlatego nie można mechanicznie powiedzieć, że „USA mają ponad 120 proc. długu do PKB, więc jutro zbankrutują”, to byłoby zwyczajnie niepoważne.

Jednak równie niepoważne byłoby twierdzenie, że poziom zadłużenia nie ma żadnego znaczenia. Ma, gdyż każdy dług ma koszt. Każdy procent wydany na obsługę zobowiązań jest procentem, którego nie można przeznaczyć na coś innego. I właśnie tutaj dochodzimy do sedna. Problemem nie jest samo pożyczanie pieniędzy. Problemem jest pożyczanie pieniędzy bez wyraźnej odpowiedzi na pytanie, co dzięki temu zostanie zbudowane i z czego dług będzie kiedyś spłacony?

Szósta teza: państwa będą musiały ograniczać obietnice

Przez lata polityka działała według bardzo prostego schematu. Wyborca chce więcej – polityk to obiecuje. Państwo wydaje więcej – pieniądze pożycza. Ten mechanizm może działać długo, nie może jednak działać bez końca. W pewnym momencie koszt długu zaczyna wypierać inne wydatki, a wtedy pojawiają się polityczne wybory, których wcześniej można było unikać. Szpital czy odsetki? Droga czy obsługa długu? Inwestycje czy świadczenia? Niższe podatki czy niższy deficyt?

Nie chodzi o to, że jutro państwa przestaną wypłacać pensje. Świat nie działa, a ten proces jest banalny i przez to groźniejszy. Najpierw pojawia się ograniczenie inwestycji, potem rosną podatki – co już ma miejsce. Później ogranicza się część świadczeń, a następnie państwo zaczyna mocniej regulować gospodarkę, próbując zwiększyć dochody i kontrolować wydatki.

Społeczeństwo stopniowo przyzwyczaja się do tego, że ma mniej możliwości niż wcześniej i właśnie w ten sposób kończy się epoka łatwego pieniądza. Nie jednym wielkim hukiem. Raczej powoli, krok po kroku, którego nie chcemy jeszcze wciąż widzieć.

Siódma teza: największą zmianą może być cyfryzacja pieniędzy i coraz większa kontrola nad ich przepływem

Tutaj sprawa robi się szczególnie interesująca. Jeżeli państwa będą miały coraz większe zobowiązania, a jednocześnie coraz większą potrzebę kontrolowania przepływu pieniędzy, naturalnym kierunkiem stanie się dalsza cyfryzacja systemu finansowego. Sam cyfrowy pieniądz nie jest niczym złym, bo zło zacznie się dopiero wtedy, kiedy technologia pozwala nie tylko rejestrować transakcje, ale również ogranicza możliwość ich wykonania.

Gotówka jest fizycznym środkiem płatniczym, który można posiadać i przekazać bez tworzenia szczegółowego cyfrowego śladu każdej operacji. System całkowicie cyfrowy daje natomiast instytucjom znacznie większe możliwości monitorowania wszystkich przepływów finansowych. Dlatego przyszłość pieniądza powinna interesować każdego obywatela, niezależnie od jego poglądów politycznych.

Nie dlatego, że cyfrowy portfel musi stać się narzędziem kontroli, tego nie można przedstawiać jako pewnika, ale dlatego, że technologia, która daje państwu większą możliwość kontrolowania pieniędzy, jednocześnie daje państwu większą władzę nad obywatelem. A każda dodatkowa władza powinna mieć swoje ograniczenia.

Ósma teza: świat zmierza ku większej fragmentacji gospodarczej

Jest jeszcze jedna rzecz. Świat, który budowaliśmy przez ostatnie dekady, opierał się na globalizacji, tanim handlu, międzynarodowych łańcuchach dostaw i przekonaniu, że gospodarcza współzależność ograniczy polityczne konflikty. Dzisiaj, mniej lub bardziej udolnie, ale coraz więcej państw próbuje zabezpieczyć własną produkcję, własne technologie, własne surowce i własne łańcuchy dostaw.

Powstają nowe bloki gospodarcze, rosną napięcia handlowe, Europa próbuje chronić własny przemysł, USA prowadzą coraz bardziej strategiczną politykę gospodarczą wobec Chin. A te? One wzmacniają własne możliwości produkcyjne. Indie próbują natmiast wykorzystać zmianę układu sił.

Tylko że pomimo tych zawirowań, świat nie rozpada się na kawałki, ale przestaje być jednym wielkim rynkiem. To z kolei oznacza wyższe koszty, a one oznaczają wyższą presję na konsumentów.

Dziewiąta teza: Europa ma problem nie dlatego, że jest biedna, ale dlatego, że coraz trudniej jej finansować własny dług

Europa nadal należy do najbogatszych regionów świata i właśnie dlatego problem jest tak trudny do zauważenia. Nie żyjemy jeszcze w ekonomicznych ruinach. Mamy działające drogi, szkoły, szpitale, uniwersytety, przemysł, banki, infrastrukturę i potężny rynek wewnętrzny, ale utrzymanie tego systemu kosztuje coraz więcej. Jeżeli gospodarka rośnie powoli, społeczeństwo się starzeje, wydatki publiczne rosną, energia pozostaje kosztowna, a państwa jednocześnie zwiększają wydatki na bezpieczeństwo i obronność, rachunek przestaje się zgadzać.

Francja pokazuje problem wysokiego długu, Niemcy pokazują problem stagnacji, a Polska, że można szybko rosnąć, ale jednocześnie bardzo szybko zwiększać zadłużenie. Hiszpania wskazuje na coś innego, bo wysoki dług nie musi oznaczać stagnacji, jeśli gospodarka zachowuje odpowiednią dynamikę. Europa nie ma więc jednego problemu – ona ma kilka problemów naraz i właśnie dlatego świat wchodzi w nową epokę

Nie sądzę, abyśmy zmierzali do jednego wielkiego „bankructwa świata”, choć tego wcale nie wykluczam, bo wiele na ów upadek monetarny wskazuje. Świat jako całość, nie ma przecież jednego skarbca, jednego budżetu ani jednego wierzyciela. Zmierzamy natomiast do czegoś bardziej realnego, a może nawet groźniejszego bo do końca epoki, w której można było niemal bezkarnie przerzucać koszty dzisiejszych decyzji na przyszłe pokolenia.

To będzie miało, a może inaczej, to ma już swoje konsekwencje. Niektóre państwa już teraz muszą wybierać, na co przeznaczyć swoje wpływy budżetowe. Społeczeństwa natomiast, będą musiały zaakceptować, że nie wszystko można finansować. Politycy będą za chwilę musieli powiedzieć ludziom rzeczy, których przez lata nie chcieli mówić, a ci będą musieli zrozumieć, że państwo nie posiada własnych pieniędzy.

Ma przede wszystkim pieniądze pobrane od obywateli albo pożyczone w ich imieniu i to jest najważniejsza lekcja. Dług publiczny nie jest abstrakcyjną liczbą zapisaną w tabeli Ministerstwa Finansów, bo to przyszły podatek, przyszła składka, przyszłe ograniczenie wydatków, przyszła decyzja, że na coś pieniędzy już nie ma.

Nie przypadkowo pieniądze wydawane lekką ręką przez polityków, nazywają się długiem publicznym. One wydawane są w naszym imieniu, przez ludzi którym daliśmy wolną rękę, aby to robili. Jednak zapomnieliśmy, co przypomnę, że wraz z naszymi pieniędzmi, nie obarczyliśmy polityków odpowiedzialnością za złe zarządzanie naszymi pieniędzmi.

Dlatego kiedy patrzymy na liczby dotyczące Polski, Francji, Niemiec, USA, Chin czy Indii, nie powinniśmy pytać wyłącznie: „Kto ma większy dług?”. Powinniśmy pytać: kto ma gospodarkę zdolną ten dług udźwignąć? I jeszcze ważniejsze: kto buduje dziś gospodarkę, która będzie w stanie finansować świat za dziesięć, dwadzieścia i trzydzieści lat?

Przyszłość, w mojej ocenie, nie będzie należała automatycznie do najbogatszych. Może należeć do tych, którzy potrafią produkować, inwestować, rozwijać technologie, zapewnić tanią energię, utrzymać konkurencyjność i jednocześnie nie zadłużyć całej przyszłości swoich obywateli. To zmienia perspektywę, bo być może największą wojną XXI wieku nie będzie wojna o terytorium. Być może będzie to walka o produktywność, energię, technologie, kapitał i możliwość finansowania własnego państwa i o brak zadłużenia.

A w takim świecie państwo, które nie potrafi generować wystarczającego wzrostu, a jednocześnie nieustannie zwiększa swoje zobowiązania, zaczyna przypominać człowieka żyjącego wyłącznie z kolejnej pożyczki. Przez pewien czas może wyglądać całkiem zamożnie, bo ma samochód i dom, jeździ na wakacje, co chwilę zmienia telefon – tylko że wszystko jest na kredyt. Aż pewnego dnia ktoś puka do drzwi i pyta o ratę, a wtedy się okazuje, że przyszłość właśnie wystawiła rachunek.

Zarówno w przypadku naszego zadłużenia, jak i zadłużenia państw, mechanizm jest identyczny, więc komornik prędzej lub później, ale przyjdzie, by zabrać to, co kupiliśmy na kredyt. Wtedy zostaniemy w pustych ścianach, o ile i tych nam poborca nie odbierze. Proste? Mam nadzieję.

Bogdan Feręc

Graf. Wygenerowana przez AI

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version