Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Supermarket jako matka, ojciec i kosmos, czyli krótka elegia o pokoleniu, które myśli, że mleko rodzi się na półce

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Jest taki filmik, który krąży po internecie jak wirus grypy żołądkowej po akademiku, a chodzi o to, że „rolnictwo jest niepotrzebne, bo przecież wszystko można kupić w supermarkecie”. Zdanie to ma w sobie dziecięcą niewinność, filozoficzną bezczelność i intelektualną pustkę wielkości magazynu logistycznego Lidla pod Łodzią. Kiedy jednak je słyszę, nie wiem, czy mam się śmiać, płakać, czy zaproponować autorowi eutanazję lub przynajmniej wycieczkę na wieś bez zasięgu, prądu i paczkomatu.

Bo oto doczekaliśmy czasów, w których młody człowiek, dumny obywatel Europy XXI wieku, patrzy na świat jak na aplikację. Wszystko ma interfejs, wszystko ma regulamin, a jak czegoś nie ma, to znaczy, że „system nie przewiduje”. Krowa? Błąd 404. Pszenica? Brzmi jak nazwa staropolskiej knajpy fusion. Rolnik? Jakaś postać nieznana z pobocznej misji, nieistotny dla głównej fabuły, czyli życia pomiędzy siłownią a food courtem.

Supermarket stał się nową mitologią, nowym Olimpem i tam między regałem z hummusem a lodówką z jogurtami bez laktozy, młody człowiek odnajduje sens istnienia. Owoce pochodzą z działu „owoce”, warzywa z działu „warzywa”, a nabiał z działu „nabiał”. Skąd się tam biorą? Z dostawy. Skąd dostawa? Z hurtowni. Skąd hurtownia? Z systemu, a system jest wieczny, bezosobowy i nie wymaga orki. System się nie poci, nie marznie, nie modli się o deszcz i nie przeklina gradobicia. System po prostu jest, jak Wi-Fi, jak chmura, jak mama, tylko bez emocji.

To nie jest już nawet ignorancja, a bardziej nowa metafizyka, czyli świat bez przyczyny, bez źródła, świat, w którym mleko nie ma nic wspólnego z krową, a jajko z kurą, bo kura to koncept opresyjny, a krowa generuje metan, więc jest problematyczna. Lepiej myśleć, że mleko powstaje w procesie technologicznym, najlepiej w fabryce zarządzanej przez startup z Berlina. Z certyfikatem ESG i misją „zmieniać świat na lepsze”. Krowa, ta zaś nie ma misji, krowa po prostu jest, a to dziś dla wielu młodych ludzi zbyt mało.

Jest w tym wszystkim coś głęboko smutnego, ale nie smutnego w sensie melodramatu, tylko w sensie wieczornego rozczarowania dniem. Jak wtedy, gdy orientujesz się, że ktoś nie umie zagotować wody, ale za to zna trzy języki programowania i pięć sposobów parzenia alternatywnej kawy. Młodzi ludzie są dziś często niesamowicie kompetentni w sprawach kompletnie abstrakcyjnych i jednocześnie bezradni wobec rzeczy najbardziej podstawowych. Potrafią mówić o kryzysie klimatycznym, ale nie wiedzą, że bez rolnictwa nie byłoby nawet czego krytykować.

Rolnictwo jest dziś traktowane jak wstydliwy krewny z prowincji. Taki, co przyjeżdża na święta w za dużej marynarce, mówi za głośno i zadaje niewygodne pytania. Wszyscy wiedzą, że jest potrzebny, ale nikt nie chce się do tego przyznać przy znajomych. Dlaczego? Bo rolnictwo nie jest sexy, nie jest też cool. Nie ma aplikacji do siania owsa, nie da się zrobić pitch decku z buraka. Ziemniak nie skaluje się globalnie, a marchew nie ma update’ów i jest brudna, krzywa, nieprzewidywalna, jak życie.

A młodzi ludzie życia nie chcą. Chcą doświadczeń, chcą pakietów, chcą subskrypcji, chcą świata, który da się przewinąć, wyłączyć i zgłosić do działu supportu. Tymczasem świat, ten realny, ten od gleby i potu i brudu za paznokciami nie ma przycisku „cofnij”. Jak nie posiejesz, nie zbierzesz. Jak zniszczysz glebę, nie odbudujesz jej w jeden sezon. Jak przestaniesz produkować żywność, to nie zjesz manifestu ideologicznego na kolację. Papier jest ciężkostrawny, nawet jeśli ma dobre intencje.

Najbardziej ironiczne jest to, że to właśnie młodzi, najgłośniej mówiący o empatii, trosce i planecie, najczęściej kompletnie nie rozumieją relacji człowieka z naturą. Traktują ją jak tło do zdjęć albo zasób do zarządzania. Rolnik w tej narracji jest albo oprawcą środowiska, albo reliktem przeszłości. Nigdy kimś, kto realnie utrzymuje przy życiu miliony ludzi, bo to psuje prostą opowieść o złych i dobrych. A młody świat lubi proste opowieści, najchętniej krótkie, najlepiej do 30 sekund.

Jest w tym też pewna bezradność wychowawcza całych pokoleń. Przez lata mówiliśmy dzieciom, że mogą być kim chcą, ale zapomnieliśmy dodać, że świat nadal musi jeść, że ktoś musi wstać o piątej rano, niezależnie od samopoczucia i trendów, że chleb nie bierze się z piekarni, tylko z pola, a pole nie bierze się z widoczku wstawionego na ekranie komputera. Że cywilizacja to nie tylko prawa, ale też obowiązki, i że jednym z nich jest karmienie samej siebie.

Nie chodzi o to, żeby wszyscy wrócili na wieś i zaczęli doić krowy przy świetle księżyca. Chodzi o elementarne zrozumienie rzeczywistości, o świadomość, że za estetycznym jabłkiem na półce w supermarkecie stoi sadownik, grad, kredyt i ryzyko. Że za tanim mlekiem stoi czyjaś praca, a nie magiczna ręka rynku, że świat nie jest sklepem czynnym od 6 rano do 22 w nocy, tylko skomplikowanym ekosystemem, który można łatwo zepsuć, a bardzo trudno naprawić.

Sarkazm przychodzi tu naturalnie, bo inaczej trzeba by krzyczeć, a krzyk męczy. Więc śmiejemy się gorzko, gdy słyszymy, że rolnictwo jest zbędne. Jakby ktoś powiedział, że oddychanie jest przereklamowane, bo przecież tlen jest w powietrzu. Śmiejemy się, ale gdzieś pod tym śmiechem czai się lęk, bo jeżeli naprawdę uwierzymy, że jedzenie pochodzi z półki, a nie z ziemi, to pewnego dnia ta półka może być pusta. I wtedy nie pomoże ani ironia, ani hashtag.

Ten felieton nie jest aktem oskarżenia, raczej listem z troski. Trochę jak notatka zostawiona na lodówce: „Jedz regularnie, świat nie jest niezniszczalny”. Młodzi ludzie są inteligentni, kreatywni, wrażliwi, ale często nieprzygotowani do kontaktu z realnością, jaka czyha na nich poza supermarketem. Realnością, w której coś musi urosnąć, zanim coś innego zostanie zjedzone i, w której rolnictwo, to nudne, staromodne, wiejskie rolnictwo, nadal jest jednym z filarów istnienia.

Supermarket nie jest matką naturą, jest jej skutkiem, a skutki bez przyczyn nie istnieją. Nawet jeśli mają promocję do soboty.

Tekst powstał na podstawie tego mniej lub bardziej prawdziwego filmu>>>

Bogdan Feręc

Photo by nrd on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version