To, co wydarzyło się w Chinach, można nazwać wkręceniem całego świata i to niezależnie od tego, o jakim mówimy zakątku globu. Europa, Ameryka, Afryka, Azja Południowa oni wszyscy w pewnym momencie zorientowali się, że sytuacja, której nie zauważali ich przerosła, a oni przegapili moment zmiany biegów. Nie ma powodu ukrywać, że cały proces zajął lata, aby Chińska Republika Ludowa stała się oficjalną potęgą gospodarczą i militarną. Czasami jednak może się wydawać, że był to proces zaplanowany i rozłożony na dziesięciolecia, a im dłużej patrzę na tę układankę, tym bardziej ta wersja do mnie przemawia.
Pierwsza teza jest prosta, bo Chiny nie wyrosły z chaosu.
Wyrosły z planu i to planu konsekwentnie realizowanego, nawet jeśli po drodze popełniano błędy. Jeżeli spojrzymy na założenia gospodarcze Chin, zobaczymy pewną powtarzalność, a tę widać nawet teraz. Scenariusz, który wprowadzano w 1976, 1985, a następnie w 1989 roku, nie był zbiorem przypadkowych decyzji. Planowanie zawsze dotyczyło rozwoju Chin, choć w czasach głębokiej komuny obarczone było błędami, co uwidaczniało się biedą i stałym zadłużeniem. W Państwie Środka zmiany rozpoczęły się już w 1976 roku, gdy odszedł wieloletni wódz narodu Mao Zedong. Jego śmierć nie była tylko końcem epoki – była otwarciem nowych drzwi.
Nie można powiedzieć, że tuż po zejściu Mao w Chinach zmieniło się wszystko, bo w Komunistycznej Partii Chin zaczął jednak rysować się podział na dwie frakcje, więc jedną, która chciała iść w stronę gospodarki rynkowej, i drugą, która pragnęła utrzymać status quo. Przez kilka lat trwały debaty, nie obyło się bez czystek politycznych, a trwający pat wymusił kompromis i właśnie ten okazał się fundamentem nowej epoki.
Przed rokiem 1980 wyznaczono kilka fabryk, które miały działać eksperymentalnie. Sprawdzano, jak w komunistycznych Chinach zadziała gospodarka na wzór zachodni. Wynik zaskoczył sceptyków, a ten system pozwalał na rozwój i tak narodziła się koncepcja „socjalizmu z chińską specyfiką”, której twarzą stał się Deng Xiaoping. Deng, co ważne dla całej późniejszej historii Chin, nie obalił systemu, on go przeprogramował. Uznał też, że nieważne, czy kot jest czarny, czy biały, ale ważne, żeby łapał myszy i Chiny zaczęły je łapać.
Teza druga, czyli modernizacja Chin była kontrolowaną rewolucją.
Przez prawie dekadę Pekin musiał działać ostrożnie. Związek Radziecki nie mógł się zbyt wcześnie domyślić, że model zmienia się z centralnie zarządzanego na bardziej rynkowy – to nie był jeszcze czas, aby działać otwarcie. Gdy jednak w końcówce lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych upadł blok socjalistyczny, a Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich przeszedł do historii, Chiny były gotowe. Nie musiały burzyć systemu – one już go miały i to zaktualizowany.
W latach dziewięćdziesiątych Zachód zmagał się z rosnącymi kosztami produkcji. Wtedy pojawili się Chińczycy – otwarci, chętni do współpracy i tani. Kontrakty na tanią produkcję zaczęli otrzymywać jeden za drugim. Następnie wejście do World Trade Organization w 2001 roku było symbolicznym przypieczętowaniem tej epoki, a świat uznał, że oto wielka fabryka globu dołącza do wspólnego stołu. Tyle że Pekin miał plan głębszy niż tylko szycie koszulek i montowanie zabawek.
Trzecia teza, Chiny wykorzystały globalizację lepiej niż jej twórcy.
Państwo Środka siedziało cicho jak mysz pod miotłą. Wykonywało zlecenia, ale i się bogaciło. Nadwyżki handlowe rosły, rezerwy walutowe puchły do bilionów dolarów. Budowano coraz nowocześniejsze fabryki, inwestowano w badania, wysyłano studentów na najlepsze uczelnie świata. Owszem, nie wszystkie pierwsze kroki chińskich inżynierów były samodzielne. Wiele rozwiązań zostało skopiowanych i przerobionych na azjatycką modłę, co było moralnie wątpliwe, ale ekonomicznie skuteczne. Skróciło dystans.
Do 2000 roku świat żył w przeświadczeniu, że Chiny są tanią fabryką produkującą badziewne skarpetki do dyskontów, aż przyszedł moment ataku. On również był cichy, bez powiewających flag i bez fajerwerków. Po 2000 roku chińska gospodarka zaczyna wychodzić na szerokie, międzynarodowe wody. Powstają marki technologiczne, które przestają być podwykonawcami, a stają się liderami w swoich dziedzinach. Huawei w telekomunikacji, Alibaba Group w e-handlu, Tencent w usługach cyfrowych i nie są to kopie, a oryginały.
Specjaliści od oceny ryzyka gospodarczego na Zachodzie zbagatelizowali sygnały, więc popełnili kolejny błąd i przez kilka następnych lat utrzymywali swoje rządy w przeświadczeniu, że Chiny tylko prężą muskuły, a technologia wojskowa jest jakości szpadli z dyskontu. Tymczasem chiński budżet obronny rósł, modernizowano marynarkę wojenną, rozwijano systemy rakietowe i cyberzdolności. Dziś Chińska armia jest największą liczebnie armią świata, a flota należy do ścisłej czołówki pod względem liczby jednostek.
Czwarta teza, bo Chiny nie musiały wszczynać wojen, a świat przyszedł do nich z kapitałem, technologią i rynkiem.
W 2010 roku było właściwie pozamiatane. Świat oprzytomniał i zobaczył, że na własnej piersi wyhodował żmiję – jak mówią niektórzy, a ja wolę inne porównanie, że wyhodował smoka, myśląc, że to wciąż panda. Od tego momentu Chiny stały się graczem nie do pominięcia. Z każdym rokiem rosły szybciej, inwestowały więcej, budowały infrastrukturę w ramach inicjatywy Pasa i Szlaku. Afryka, Azja Centralna, Ameryka Łacińska, wszędzie tam Pekin nie prowadził wykładów o wartościach, tylko budował drogi, porty i elektrownie, którymi bardzo często zarządzał, więc maksymalizował zyski.
Dziś jedynym państwem, które może im realnie zagrozić w wielu dziedzinach, są jeszcze Stany Zjednoczone, a rywalizacja technologiczna, wojna handlowa, spór o półprzewodniki, to nie są incydenty, to konflikt dwóch modeli rozwoju.
Jednak idealna ocena Chińskiej Republiki Ludowej nie polega na bezkrytycznym zachwycie. Chiny mają swoje trupy w szafie, a mówiąc łagodniej, cienie, czyli kontrolę społeczną, ograniczenia wolności, napięcia wokół Tajwanu, kwestie praw człowieka. Tyle że – i to jest piąta teza, skuteczność państwa nie zawsze idzie w parze z zachodnim rozumieniem liberalizmu. Pekin postawił na stabilność, długoterminowe planowanie i nadrzędność interesu państwa. Efekty są widoczne w liczbach, bo to setki milionów ludzi wyciągniętych z ubóstwa, miasta budowane w tempie, które dla Europy jest niedoścignione, kolej dużych prędkości licząca dziesiątki tysięcy kilometrów.
Chiny oszukały świat? Można tak powiedzieć, ale świat też chciał być oszukany, on chciał tanich produktów, wysokich marż i przekonania, że historia się skończyła. Tymczasem historia wróciła z hukiem, mówi po mandaryńsku i Chiny zrobiły to w skali gigantycznej. Nie przez romantyczny zryw, nie przez rewolucję eksportowaną czołgami, lecz przez cierpliwość. Siedziały cicho, jak mysz pod miotłą, a gdy nadszedł moment, były gotowe.
Iskra zachęty? Nie polega na tym, by kopiować chiński model jeden do jednego. Każdy kraj ma swoją specyfikę i swoje ograniczenia, ale warto nauczyć się jednej rzeczy, że myślenia w perspektywie dekad, spokój i cierpliwość, przynoszą dobre efekty. Do tego inwestowanie w edukację, technologie i infrastrukturę, nawet jeśli efekty nie przyjdą jutro, bo świat należy dziś do tych, którzy planują na dłużej. Smok nie pojawił się nagle, on rósł, gdy patrzyliśmy w inną stronę, a teraz stoi na środku sceny i niezależnie od tego, czy ktoś go podziwia, czy się go obawia, jedno jest pewne – XXI wiek bez Chin po prostu nie istnieje.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

