Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Smok i Orzeł przy jednym stole. Czy Chiny i USA mogłyby wspólnie rządzić światową gospodarką?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Przez dziesięciolecia świat przyzwyczaił się do prostego obrazu, więc Stany Zjednoczone i Chiny stoją po przeciwnych stronach geopolitycznej szachownicy. Raz prowadzą wojnę celną, raz technologiczną, innym razem walczą o wpływy w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej. Retoryka jest coraz ostrzejsza, sankcji przybywa, a wzajemna nieufność osiągnęła poziom niewidziany od zakończenia zimnej wojny.

A jednak warto zadać pytanie, które na pierwszy rzut oka wydaje się niemal zjawiskiem paranormalnym: czy te dwa mocarstwa mogłyby kiedyś stworzyć wspólny blok ekonomiczny i przewodzić światowej gospodarce? Brzmi właściwie niedorzecznie, ale świat już wielokrotnie pokazywał, że polityka i ekonomia potrafią zawierać sojusze tam, gdzie jeszcze wczoraj widziano wyłącznie wrogów.

Ekonomia nie zna sentymentów

Największym błędem popełnianym przez komentatorów jest utożsamianie polityki z gospodarką, bo przecież państwa mogą się nie cierpieć, a jednocześnie robić ze sobą gigantyczne interesy. Przez wiele lat Stany Zjednoczone i Chiny były właśnie takim przykładem. Amerykanie projektowali produkty, Chińczycy je produkowali, natomiast amerykański konsument kupował tanio, a chińskie fabryki rosły w siłę. Pekin inwestował nadwyżki handlowe w amerykańskie obligacje, pomagając tym samym finansować ogromny dług USA, więc powstał niezwykły układ wzajemnych zależności.

Jedni potrzebowali taniej produkcji, drudzy bogatego rynku zbytu i przez ponad 30 lat ten mechanizm napędzał globalizację.

Rozwód trudniejszy, niż przypuszczano

Od kilku lat słyszymy o „odłączaniu się” Zachodu od Chin, w czym prym wiodą Stany Zjednoczone, a nawet pojawiło się, modne w ostatnich kilkudziesięciu miesiącach przenoszenie produkcji do Indii, Meksyku czy Wietnamu. Jednak, czy to coś zmieni, skoro producenci nadal będą poza Stanami? Problem polega na tym, że światowa gospodarka nie przypomina klocków LEGO, a łańcuchów dostaw nie da się przebudować w kilka miesięcy. Chińska infrastruktura przemysłowa była budowana przez cztery dekady, podczas których powstały porty, autostrady, kolej, centra logistyczne i miliony wyspecjalizowanych pracowników. Tego nie da się odtworzyć jednym podpisem prezydenta Trumpa pod ustawą, choćby nawet bardzo tego chciał.

Dlatego mimo politycznych napięć handel między USA a Chinami nadal liczony jest w setkach miliardów dolarów rocznie. To oczywiście paradoks współczesnego świata, przynajmniej w sytuacji, gdy oba państwa mówią o rywalizacji. Przedsiębiorcy jednak nieustannie liczą zyski, choć te są nieco niższe niż przed drugą kadencją Donalda Trumpa w Białym Domu.

Gdyby odłożyć politykę…

Wyobraźmy sobie czysto hipotetyczny scenariusz, a w tym Waszyngton i Pekin dochodzą do wniosku, że dalsza konfrontacja przynosi więcej strat niż korzyści. Ograniczają wojny celne, uzgadniają zasady ochrony inwestycji, stabilizują handel, wspólnie rozwijają technologie energetyczne, współpracują przy sztucznej inteligencji oraz finansach. Powstałby wówczas największy blok gospodarczy w historii ludzkości, któremu nikt, ani kraj, ani kontynent, nie byłby w stanie zagrozić ekonomicznie, nie mówiąc już militarnie. Wówczas koalicja złożona z dwóch zaledwie krajów, rządziłaby całym światem, a nie można powiedzieć, iż wyłącznie ekonomicznie.

Pamiętajmy, że licząc łącznie oba państwa odpowiadają za znaczną część światowego PKB, dysponują największymi rynkami kapitałowymi, dominują w nowych technologiach, kontrolują ogromne zasoby przemysłowe, naturalne oraz finansowe i żaden inny region świata nie byłby w stanie skutecznie z nimi konkurować. Unia Europejska znalazłaby się w niezwykle trudnym położeniu, Rosja zostałaby zmarginalizowana gospodarczo, Indie musiałyby szukać własnej drogi, a większość państw rozwijających się dostosowałaby swoją politykę do nowego dualnego centrum światowej gospodarki.

Jest jednak jeden problem – nazywa się zaufanie

Tutaj jednak kończą się ekonomiczne kalkulacje, a największą przeszkodą nie są cła, nie są nią nawet sankcje, bo jest nią brak zaufania. Waszyngton postrzega Chiny jako jedynego przeciwnika zdolnego zagrozić amerykańskiej dominacji. Pekin uważa natomiast, że Stany Zjednoczone próbują powstrzymać jego naturalny rozwój i utrzymać jednobiegunowy porządek świata.

Obie strony myślą więc strategicznie i właśnie dlatego trudno wyobrazić sobie prawdziwe partnerstwo. W polityce międzynarodowej nie wystarczy wspólny interes ekonomiczny, bo potrzebna jest jeszcze wiara, że druga strona nie wykorzysta współpracy przeciwko nam. Dzisiaj takiej wiary nie ma, choć patrząc na Państwo Środka, widzę pewne oznaki, iż mogłoby rozważyć tę propozycję.

Wojna o technologię

Jeszcze kilkanaście lat temu spory dotyczyły głównie handlu. Z kolei dziś najważniejszą walutą XXI wieku nie jest ropa naftowa, a są nią dane, półprzewodniki, sztuczna inteligencja, komputery kwantowe oraz technologie kosmiczne. To właśnie tutaj toczy się prawdziwa wojna i Amerykanie ograniczają eksport najbardziej zaawansowanych układów scalonych do Chin, a dla odmiany Chińczycy inwestują setki miliardów dolarów w osiągnięcie technologicznej samowystarczalności.

Obie strony wiedzą, że kto wygra ten wyścig, będzie miał ogromną przewagę gospodarczą przez następne dekady. Czy w takiej sytuacji możliwe jest stworzenie wspólnego bloku ekonomicznego? Teoretycznie tak, ale praktycznie byłoby to niezwykle trudne.

Pieniądz jako broń

Drugim polem konfliktu pozostaje system finansowy, ponieważ dolar nadal jest główną walutą światowego handlu. Chiny od lat próbują zwiększyć znaczenie własnej waluty, w tym tworzą alternatywne systemy płatności, rozwijają cyfrowego juana i podpisują umowy walutowe z kolejnymi państwami, chociaż głównie w ramach Grupy BRICS. W tym działaniu nie chodzi wyłącznie o prestiż, gdyż kontrola nad globalnym systemem finansowym oznacza możliwość wywierania nacisku politycznego. To narzędzie, z którego Stany Zjednoczone korzystały wielokrotnie poprzez sankcje finansowe i Pekin doskonale to rozumie, dlatego m.in. chce uniezależnić się od dolara.

Tymczasem wspólny blok ekonomiczny USA-Chiny wymagałby przynajmniej częściowej zgody właśnie w kwestii finansów, a na razie trudno dostrzec gotowość do tak daleko idących ustępstw.

Świat coraz bardziej zmęczony konfliktem

Paradoksalnie największymi zwolennikami stabilizacji relacji amerykańsko-chińskich nie są ani Waszyngton, ani Pekin, bo są nimi pozostali uczestnicy światowej gospodarki. Europa dla przykładu potrzebuje stabilnego eksportu, Afryka potrzebuje inwestycji, Ameryka Łacińska kapitału, natomiast Azja Południowo-Wschodnia spokojnych szlaków handlowych. Jak jednak widzimy, bo przecież konflikt z Iranem pokazał to dobitnie, że każde zaostrzenie konfliktu pomiędzy dwoma największymi gospodarkami świata powoduje wzrost kosztów transportu, cen surowców i niepewności inwestorów. Globalny biznes nie lubi politycznych awantur, a kapitał, cóż, ten najbardziej ceni przewidywalność, której na świecie bardzo brakuje.

Nie wspólny blok, lecz zarządzana rywalizacja

Wiele osób twierdzi, że zmierzamy do otwartego konfliktu na skalę globalną, ale przyglądając się temu wszystkiemu można odnieść wrażenie, że świat zmierza raczej w kierunku kontrolowanej konkurencji niż pełnej konfrontacji lub pełnego partnerstwa. To model, w którym oba państwa pozostają rywalami strategicznymi, ale jednocześnie utrzymują współpracę tam, gdzie przynosi ona obopólne korzyści. Tym samym handel będzie trwał, inwestycje nie będą znikać, dialog pozostanie otwarty, bo to się bardziej opłaca, niż stała walka o prymat ekonomiczny.

Jednocześnie każda ze stron będzie budowała własne strefy wpływów, co przypominać będzie bardziej długotrwały pojedynek gigantów niż próbę stworzenia wspólnego imperium gospodarczego.

Świat potrzebuje równowagi

Wiemy przecież, że monopol – polityczny, militarny czy gospodarczy – rzadko służy stabilności i gdy jedno państwo lub jeden blok zyskuje zbyt dużą przewagę, pozostali zaczynają szukać sposobów na jej ograniczenie. Tak rodzą się nowe sojusze oraz nowe podziały, co akurat źle wróży BRICS, a także Unii Europejskiej.

Hipotetyczny amerykańsko-chiński blok ekonomiczny miałby potencjał narzucania standardów handlu, technologii, finansów czy produkcji całemu światu. Dla wielu państw oznaczałoby to nie tyle partnerstwo, ile konieczność podporządkowania się decyzjom dwóch największych graczy. Taki układ mógłby przynieść okres stabilizacji gospodarczej, ale równocześnie ograniczyć pole manewru średnich i mniejszych gospodarek, w tym marginalizować w stopniu wysokim Europę. Dlatego nawet gdyby w Waszyngtonie i Pekinie pojawiła się wola zacieśnienia współpracy, reszta świata prawdopodobnie zaczęłaby budować mechanizmy równoważące tę dominację.

Wnioski

Czy Chiny i Stany Zjednoczone mogłyby docelowo stworzyć wspólny blok ekonomiczny? W sensie gospodarczym – tak. Potencjał obu państw, ich komplementarne atuty oraz ogromna skala wzajemnych powiązań sprawiają, że taki projekt nie jest ekonomiczną fantazją. W sensie politycznym odpowiedź jest jednak znacznie mniej optymistyczna. Rywalizacja o przewagę technologiczną, bezpieczeństwo, wpływy geopolityczne i architekturę światowego ładu sprawia, że taki sojusz, choćby w średniej skali, nadal pozostaje mało prawdopodobny. Realny wydaje się natomiast model selektywnej współpracy połączonej z trwałą konkurencją na innych polach.

Świat XXI wieku nie będzie zapewne światem jednego gospodarczego imperium. Będzie światem, w którym dwie największe potęgi będą jednocześnie partnerami i rywalami – współpracując tam, gdzie wymaga tego rachunek ekonomiczny, i konkurując w miejscach, gdzie stawką jest przyszły układ sił. To napięcie może stać się nową normą globalnej gospodarki – mniej widowiskowe niż otwarta wojna handlowa, ale równie decydujące dla losów państw, przedsiębiorstw i zwykłych ludzi.

Dla radia Deon w Chicago – Bogdan Feręc

Graf. Wygenerowana przez AI

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version