Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Scrollowanie do utraty wolności

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Jako zwykły obywatel i obserwator zachowań społecznych mam ten „przywilej” i to przekleństwo, że widzę wzory tam, gdzie inni widzą tylko chaos memów. Ten obecny wzór jest boleśnie prosty i dziś ludziom jest wszystko jedno. Nie „trochę”, nie „czasami”, ale wszystko, co w praktyce oznacza świat, w którym oburzenie trwa krócej niż filmik z kotem, a troska o sprawy wspólne przegrywa z zieloną herbatą parzoną w ciszy wynajmowanej kuchni. To także świat, w którym klawiatura służy do pisania głupawych komentarzy, a nie do stawiania pytań władzy.

Nie chodzi o herbatę, ta akurat niczemu nie jest winna, a problemem jest to, że stała się symbolem ucieczki. Ciepła, bezpieczna, domowa, bo parzy się ją, gdy świat płonie za oknem, ale nie na tyle blisko, by osmalić firanki. Ludzie siedzą więc w domach, karmią algorytmy ironicznymi uśmieszkami, klikają serduszka pod żartami o polityce, a potem z powagą mnicha mówią: „i tak nic się nie da zrobić”. To zdanie jest dziś najpotężniejszym narkotykiem społecznym, bo uspokaja, znieczula, a także pozwala zasnąć bez wyrzutów sumienia.

Z perspektywy nauki o zachowaniach zbiorowych to moment krytyczny i gdy społeczeństwa nie tracą wolności nagle, w jednym dramatycznym akcie, ale w odcinkach, jak serial puszczany w tle, robi się naprawdę niebezpiecznie. Najpierw pojawia się drobna regulacja „dla naszego dobra”, a potem kolejna, już trochę bardziej dokręcona, ale wciąż sprzedawana w opakowaniu troski. Następnie orientujemy się, że klamka zapadła, ponownie jesteśmy zbyt zajęci pisaniem komentarzy, głupawych, jak już raz powiedziałem, żeby wstać z kanapy.

Ten mechanizm jest stary jak świat, tylko narzędzia pojawiają się nowe. Dawniej władza testowała granice w gazetach, na ulicach i placach, a dziś sprawdza je w statystykach zaangażowania. Jeśli reakcja społeczna jest znikoma, jeśli gniew rozprasza się w memach i sarkazmie, to sygnał jest jasny, że można iść dalej. Wówczas podnosi się poziom kontroli, rozszerza uprawnienia, ogranicza kolejne obszary życia, oczywiście w imię bezpieczeństwa, stabilności i zdrowego rozsądku. I tu pojawia się społeczeństwo, które nie reaguje, bo ono jest jak drzwi, które nie są tylko uchylone, a otwarte na oścież, czyli grzechem byłoby nie wejść.

Media społecznościowe miały być agorą, miejscem wymiany myśli, sporu, fermentu, a stały się poczekalnią bez drzwi wyjściowych. Każdy może krzyczeć, ale nikt nie słucha, każdy może się oburzyć, ale oburzenie jest bezkosztowe, więc bezwartościowe. Klik, komentarz, scroll, więc internetowa dopamina zaliczona, sumienie uspokojone. Jednak kanapowa aktywizacja ma to do siebie, że nigdy nie boli, a skoro tak jest, to nie zmienia niczego.

Jako społeczeństwo wpadliśmy w pułapkę komfortu, ale spoglądając wstecz, na historię, ów był nagrodą za czujność. Dziś jest wymówką dla apatii i w badaniach, nawet tych zamawianych przez rządzących widać wyraźnie, że im większe poczucie indywidualnej wygody, tym mniejsza skłonność do zbiorowego działania. Ludzie wolą stracić kawałek wolności niż kawałek spokoju, wolą, by ktoś za nich decydował, byle nie musieć wstawać wcześniej i dłużej myśleć.

Tymczasem władza, każda władza, nie znosi próżni. Jeśli obywatele oddają pole, ktoś je zagospodaruje, właśnie regulacjami, zakazami i systemami nadzoru. To nie jest teoria spiskowa, tylko elementarz politologii. Kontrola nie pojawia się dlatego, że rządzący są szczególnie źli, a dlatego, że mogą, bo nikt im nie patrzy na ręce, bo społeczeństwo zasnęło, ululane ekranem telefonu.

Opór społeczny nie jest też fanaberią ani romantycznym gestem, jest natomiast mechanizmem bezpieczeństwa, bo bez niego demokracja staje się dekoracją, a wybory… rytuałem bez treści. Opór nie musi oznaczać chaosu ani przemocy, on oznacza obecność, mówienie „sprawdzam”, organizowanie się, wychodzenie z domów, zadawanie niewygodnych pytań, domaganie się przejrzystości. Oznacza też odzyskanie relacji między rządzonymi a rządzącymi, w której to ci pierwsi są jednak pracodawcami.

Dziś ta relacja jest odwrócona i politycy czują się właścicielami państwa, a obywatele lokatorami na czas nieokreślony. To się nie zmieni od kolejnego sarkastycznego komentarza, a dopiero wtedy, gdy koszt ignorowania społeczeństwa stanie się wyższy niż koszt z nim dialogu. Dlatego ważna jest też historia, bo ona nam mówi, że władza ustępuje tylko wtedy, gdy musi. Nigdy dlatego, że ktoś napisał celny post.

Pokolenie wychowane na ironii i dystansie musi w końcu zrozumieć, że ona sama w sobie nie jest polityczną strategią. Jest tarczą, za którą chowamy strach przed odpowiedzialnością, a odpowiedzialność to dziś słowo niemodne. Brzmi ciężko i staroświecko, jak coś, co nosili nasi dziadkowie razem z płaszczami z wełny. Tyle że to właśnie oni wiedzieli, że wolność bez wysiłku więdnie szybciej niż kwiat w zapomnianym wazonie.

Nie chodzi o to, by wszyscy nagle stali się rewolucjonistami, to wywołałoby chaos wysokiego poziomu, ale potrzebny jest, chociaż minimalny poziom czujności. O reakcję, gdy granice są przesuwane, o solidarność, gdy ktoś jest karany za sprzeciw, o pamięć, że państwo to my, a nie oni. Bez tego czeka nas świat schludny, cichy i całkowicie sterylny, bo to świat, w którym wszystko działa, ale nic nie należy do obywateli.

Pamiętajmy więc, że zielona herbata wystygnie, algorytmy zmienią się jak pogoda, ale restrykcje pozostaną. Kontrola ma to do siebie, że rzadko się cofa i dlatego opór społeczny nie jest opcją, on jest higieniczną koniecznością dla zdrowia demokracji. Bez niego obudzimy się pewnego dnia w rzeczywistości, która będzie bardzo uporządkowana i kompletnie nie nasza i nawet nie będziemy mogli napisać komentarza.

Bogdan Feręc

Photo by dole777 on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version