W ostatnich dniach wokół Federacji Rosyjskiej pojawiło się kilka sygnałów, których nie powinno się ani lekceważyć, ani automatycznie interpretować jako zapowiedzi rychłego rosyjskiego ataku na państwa NATO. Problem polega na tym, że Moskwa od dawna prowadzi politykę, w której przygotowanie do wojny, demonstracja gotowości do wojny i próba wywarcia presji poprzez groźbę wojny są ze sobą niemal nierozdzielne.
Dziś jednak tych sygnałów jest wyjątkowo dużo. Rosja prowadzi przygotowania mobilizacyjne, zwiększa produkcję wojskową, ćwiczy strategiczne siły jądrowe, testuje pociski, rozwija współpracę wojskową z Iranem, Chinami i Koreą Północną, wzmacnia swoją obecność w państwach sąsiadujących z NATO, a jednocześnie coraz częściej prowadzi działania hybrydowe na terytorium Europy. W tym samym czasie wojna na Ukrainie trwa, negocjacje pokojowe utknęły w martwym punkcie, a na Bliskim Wschodzie mamy konflikt, który całkowicie zmienił kalkulacje strategiczne zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i Rosji.
Czy Putin przygotowuje się więc do wojny z NATO? Moim zdaniem nie ma obecnie wystarczających dowodów, aby powiedzieć, że Kreml podjął decyzję o klasycznym, konwencjonalnym ataku na któreś z państw Sojuszu Północnoatlantyckiego. Są natomiast bardzo mocne dowody na coś innego: Rosja przygotowuje się do możliwości długotrwałej konfrontacji z Zachodem i chce mieć zdolność do przeprowadzenia ograniczonych operacji, prowokacji oraz eskalacji wtedy, kiedy uzna to za korzystne. To jest natomiast duża różnica i właśnie dlatego sytuacja jest niebezpieczna.
Rosja nie zachowuje się jak państwo, które chce zakończyć wojnę
Najpierw Ukraina.
Pod koniec sierpnia Kreml oficjalnie przyznał, że rozmowy pokojowe pozostają zawieszone i nie pojawiły się nowe propozycje pozwalające przełamać ten impas. Jednocześnie strona ukraińska mówi o możliwych rozmowach technicznych, ale nie oczekuje szybkiego zakończenia wojny.
To ważne, ponieważ Rosja nie wykorzystuje obecnego momentu do ograniczenia działań wojskowych. Wręcz przeciwnie. Rosyjskie ataki na Ukrainę pozostają intensywne. Według najnowszych doniesień Rosja zwiększa przed zimą presję na infrastrukturę energetyczną i logistyczną Ukrainy, co dodatkowo wywierać będzie nacisk na ludność, aby pogorszyć nastroje wobec obecnych władz w Kijowie. Jednocześnie Ukraina odpowiada coraz intensywniejszymi uderzeniami dalekiego zasięgu na terytorium Federacji Rosyjskiej.
Wojna zaczyna więc przypominać pojedynek dwóch przemysłów wojennych, bo przecież niezależnie od opinii o samej Ukrainie i jej obywatelach, produkcja wojskowa jest tam obecnie na wysokim poziomie.
Właśnie tutaj pojawia się pierwsza odpowiedź na pytanie, do czego przygotowuje się Moskwa. Można chyba uznać, że do kolejnego etapu wojny na Ukrainie. Warto podkreślić, iż nie musi to oznaczać wielkiej ofensywy na wzór tej z lutego 2022 roku. Rosja może próbować wykorzystać zimę do systematycznego niszczenia ukraińskiej infrastruktury energetycznej, zwiększenia nacisku na ludność cywilną i wymuszenia na Kijowie oraz jego zachodnich partnerach zmiany kalkulacji politycznej. To scenariusz znacznie bardziej prawdopodobny niż nagłe rosyjskie czołgi jadące na Warszawę, Helsinki, Rygę lub Wilno.
Drugi problem: Rosji zaczyna brakować ludzi
Tu z kolei pojawi się nam ciekawa, a wręcz bardzo interesująca sprzeczność. Rosja wydaje na wojnę ogromne pieniądze, ale jednocześnie ma coraz większy problem z personelem. Źródła z Zachodu oceniają, że rosyjskie straty są obecnie o około 6000 żołnierzy miesięcznie większe od liczby nowych rekrutów. Moskwa stara się więc zwiększać nabór ochotniczy, oferując bardzo wysokie pensje oraz premie, a jednocześnie wykorzystując agresywniejsze metody rekrutacji.
Pojawiły się także doniesienia o testowaniu gotowości do kolejnej mobilizacji. Wall Street Journal informował np. o ogólnokrajowych ćwiczeniach sprawdzających zdolność państwa do mobilizacji, między innymi w Obwodzie Kaliningradzkim. Rosyjskie władze przedstawiają takie działania jako rutynowe, ale…
Zachodnie źródła interpretują je jednak jako przygotowanie infrastruktury państwa na ewentualną kolejną falę poboru. Również tutaj nie należy jednak wyciągać z tych działań automatycznego wniosku: „Rosja zaraz zaatakuje NATO”. Wręcz przeciwnie. Może to być przede wszystkim przygotowanie do kontynuowania wojny z Ukrainą. Rosja musi bowiem rozwiązać bardzo prosty problem, że jeśli wojna trwać ma jeszcze w 2027 roku, armia musi mieć ludzi.
A jeżeli Moskwa chce utrzymywać dużą armię również po zakończeniu wojny, musi mieć jeszcze więcej ludzi. Wtedy to nie będzie już wyłącznie kwestia Ukrainy, ale kompleksowa przebudowa całego rosyjskiego państwa.
Rosja buduje państwo wojenne
Dane dotyczące rosyjskich wydatków wojskowych są tutaj wyjątkowo wymowne. Według Stockholm International Peace Research Institute, rosyjski budżet wojskowy na 2026 rok przewiduje około 14,9 bln rubli, czyli około 6,3 proc. PKB. To kwota powalająca, ale Federacja Rosyjska nie wydaje takich pieniędzy dlatego, że prezydent Putin chce mieć ładniejszą paradę wojskową na Placu Czerwonym. Moskwa buduje długoterminową zdolność do prowadzenia wojny przemysłowej.
Produkcja dronów, pocisków, amunicji, systemów walki elektronicznej, obrony powietrznej i środków rozpoznania stała się po ataku na Ukrainę jednym z filarów rosyjskiej gospodarki. To prowadzi do zasadniczej zmiany, bo przed 2022 rokiem można było dyskutować, czy rosyjska armia przygotowana jest do dużej wojny. Po ponad czterech latach konfliktu można już powiedzieć coś innego: Rosja nauczyła się prowadzić wojnę na skalę przemysłową. Wciąż nie można jednak mówić, że robi to skutecznie pod każdym względem. Rosjanie ponoszą ogromne straty, ale jednocześnie ich przemysł przystosował się do wojny.
Właśnie dlatego Zachód powinien traktować poważnie rosyjskie przygotowania. Nie dlatego, że jutro wybuchnie III wojna światowa, ale najbardziej prawdopodobny powód jest taki, że Rosja przygotowuje się na lata konfrontacji.
Pozostaje jeszcze kwestia irańska, bo przecież Rosji bardziej niż odpowiada ten konflikt, a właściwie bardziej cieszy ją blokada Cieśniny Ormuz. Szalejące na światowych giełdach ceny ropy naftowej i gazu, są przecież doskonałą odpowiedzią na sankcje ekonomiczne, jakie kraje zachodnie nałożyły na Federację. Tym samym, jeżeli ceny węglowodorów na giełdach rosną, rośnie też cena rosyjskiej ropy Urals. To kieruje nas do wniosku, że pomimo strat, jakie notują rosyjskie rafinerie, sytuacja na giełdach pomaga w finansowaniu wojny, ale też wspiera cały rosyjski budżet.
Najbardziej niepokojące są jednak ćwiczenia nuklearne
W maju Rosja przeprowadziła ćwiczenia strategicznych sił jądrowych, podczas których doskonalono scenariusz odpowiedzi na hipotetyczną agresję zewnętrzną. Były to już wówczas ponowne w tym roku manewry tego typu, a teraz dochodzi kolejny element. 28 sierpnia rosyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało o planach kolejnych ćwiczeń związanych z przygotowaniem i użyciem sił nuklearnych w sytuacji zagrożenia. Do tego wszystkiego dochodzą testy rakiet. W ostatnich dniach Rosja przeprowadziła test międzykontynentalnego pocisku balistycznego RS-24 Jars. Pocisk miał pokonać około 6700 kilometrów i trafić w wyznaczony cel na Kamczatce.
Czy to oznacza przygotowanie do wojny nuklearnej? Nie. Testy strategicznych systemów rakietowych są częścią utrzymywania rosyjskiego arsenału w stanie „do użycia” i nic poza tym. Jednak polityczne znaczenie takiego testu jest większe niż techniczne. Moskwa mówi swoim zachowaniem Zachodowi, że mamy broń strategiczną, mamy systemy przenoszenia i mamy zdolność odpowiedzi. To akurat znana od lat klasyczna polityka odstraszania. Tyle że Rosja poszła o krok dalej.
Od kilku lat używa arsenału nuklearnego również jako instrumentu nacisku politycznego i to też jest niebezpieczne. Bo im częściej broń nuklearna jest wykorzystywana w komunikacji politycznej, tym większe staje się ryzyko błędnej interpretacji.
Teraz przenieśmy się do państw NATO
Najbardziej sensacyjne doniesienia ostatnich dni dotyczyły wizyty dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie. Według Reutersa podczas rozmów miały pojawić się kwestie potencjalnych działań rosyjskich przeciwko NATO oraz współpracy Rosji z Iranem. Ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski potwierdził, że Stany Zjednoczone przekazały Kijowowi informacje dotyczące spotkań odbywających się w Moskwie. W mediach pojawiła się sugestia, że Ratcliffe miał ostrzec Kreml przed ewentualnym atakiem na którekolwiek z państwo NATO.
To byłby sygnał bardziej niż poważny, ale jednocześnie Donald Trump stwierdził publicznie, że nie obawia się rosyjskiego ataku na NATO i uważa, że Putin nie zamierza atakować państw Sojuszu.
Mamy więc niezwykle interesującą sytuację. Amerykański wywiad najwyraźniej traktuje możliwość rosyjskiej eskalacji poważnie, natomiast prezydent USA publicznie ją minimalizuje. To oczywiście może być zagranie celowe. Pamiętamy przecież, że dyplomacja często działa właśnie w ten sposób, więc wywiad ostrzega prywatnie, a politycy uspokajają publicznie.
W gruncie rzeczy chodzi o to, aby przeciwnik wiedział, że jego działania są obserwowane, ale jednocześnie nie otrzymał pretekstu do eskalacji.
Czy Rosja może zaatakować państwo NATO?
Tak. Czy jest to obecnie najbardziej prawdopodobny scenariusz? Nie i trzeba to powiedzieć wyraźnie.
NATO samo ocenia, że rosyjska wojna przeciwko Ukrainie jest największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa euroatlantyckiego od dekad, dlatego Sojusz wzmacnia obronę konwencjonalną, nuklearną, cybernetyczną i kosmiczną. Jednocześnie europejscy urzędnicy nie widzą obecnie jednoznacznych dowodów na przygotowanie Rosji do klasycznego ataku na NATO i to jest moim zdaniem najważniejsza informacja.
Rosja musiałaby bowiem odpowiedzieć sobie na pytanie: po co? Atak na NATO oznaczałby zupełnie inną wojnę niż konflikt z Ukrainą. Rosja mogłaby zostać skonfrontowana z całym potencjałem Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Polski, Turcji, państw nordyckich i pozostałych członków Sojuszu. A przecież Moskwa już dziś ma poważny problem z rekrutacją ludzi do wojny ukraińskiej. Kreml musi wiedzieć, że to nie jest optymalny moment na rozpoczynanie wojny z trzydziestoma państwami.
Putin może nie potrzebować wojny z NATO
Tak doszliśmy chyba do sedna całej układanki. Rosja może chcieć sprawdzić, gdzie znajduje się granica reakcji NATO. Nie poprzez pełnowymiarową inwazję, a poprzez incydenty, drony, cyberataki, sabotaże, operacje przeciwko infrastrukturze, zakłócenia GPS, ataki na magazyny, operacje z wykorzystaniem lokalnych grup przestępczych, prowokację lub prowokacje na Bałtyku, presję migracyjną, dezinformację, naruszenie przestrzeni powietrznej. Wydaje się, że właśnie w tym kierunku idą obecne europejskie ostrzeżenia.
Parlament Europejski wskazuje na coraz częstsze rosyjskie działania hybrydowe obejmujące cyberataki, sabotaż, próby zamachów, ingerencję w procesy wyborcze, manipulację informacją (jakby tego politycy UE sami nie robili), presję migracyjną oraz naruszenia przestrzeni powietrznej państw UE.
Państwa bałtyckie również mówią o nasilającej się presji hybrydowej, ale to właśnie może być rosyjska metoda prowadzenia wojny z NATO bez formalnego wypowiadania wojny NATO.
Moskwa testuje Zachód
Rosja ma ogromne doświadczenie w badaniu reakcji przeciwnika, a jest wielce prawdopodobne, że Kreml chce wiedzieć:
- jak szybko NATO podejmie decyzję;
- czy Stany Zjednoczone poprą europejskich sojuszników;
- czy państwa Europy Zachodniej będą gotowe ryzykować eskalację;
- czy Polska odpowie samodzielnie;
- jak zachowają się Niemcy;
- czy Francja będzie chciała eskalować;
- czy Wielka Brytania będzie działała bardziej agresywnie;
- czy Turcja poprze decyzję NATO;
- czy państwa bałtyckie pozostaną spokojne;
- czy społeczeństwa zachodnie zaakceptują zwiększenie wydatków wojskowych.
To jest wojna psychologiczna, a Rosja jest w niej bardzo dobra. Moskwa nie musi więc niszczyć NATO militarnie. Wystarczy, że zacznie przekonywać Europejczyków, iż Amerykanie nie przyjdą im z pomocą. Jeżeli uda się wywołać w Europie przekonanie, że każdy kraj musi sam zadbać o siebie, NATO zaczyna słabnąć politycznie. A to może być dla Kremla bardziej wartościowe niż zdobycie kilku kilometrów terytorium.
Chiny są częścią tej układanki
Rosja nie działa już samotnie. Raport amerykańskiej U.S.-China Economic and Security Review Commission z sierpnia 2026 roku wskazuje na pogłębiające się partnerstwo strategiczne Chin i Rosji. Według raportu Chiny pomagają Rosji utrzymywać odporność gospodarczą poprzez zakupy rosyjskiej ropy oraz dostarczanie towarów podwójnego zastosowania, które wspierają rosyjski przemysł obronny. Nie oznacza to jednak, że Pekin jest gotowy wejść do wojny po stronie Moskwy. Chiny prowadzą politykę znacznie bardziej wyrafinowaną.
Pekin chce, aby Rosja nie przegrała, ale niekoniecznie chce, aby Rosja wygrała w sposób, który doprowadziłby do bezpośredniej wojny z Zachodem. Państwo Środka potrzebuje stabilności dla handlu, potrzebuje energii i potrzebuje rosyjskich surowców. Chiny potrzebują również rosyjskiej uwagi odciągającej część amerykańskich zasobów strategicznych od Indo-Pacyfiku.
Dla Pekinu wojna na Ukrainie jest więc jednocześnie problemem i strategiczną okazją.
Korea Północna staje się rosyjskim zapleczem
Jeszcze kilka lat temu współpraca Rosji z Koreą Północną wydawała się czymś marginalnym, a dziś jest inaczej. Według południowokoreańskich ocen, Korea Północna przygotowuje się do ewentualnego wysłania kolejnych żołnierzy do Rosji, a jednocześnie dostarcza Moskwie znaczące ilości amunicji i pocisków. To jest dla Kremla niezwykle wygodne, bo Rosja otrzymuje ludzi i amunicję, a Korea Północna doświadczenie wojenne, technologię i pogłębienie współpracy strategicznej.
Powstaje coś, czego Zachód jeszcze kilka lat temu nie traktował wystarczająco poważnie, czyli międzynarodowy ekosystem wojenny skupiony wokół państw przeciwnych dominacji USA.
Nad wszystkim wisi Iran
Chociaż w Europie mało się o tym mówi, Bliski Wschód jest dzisiaj równie ważny jak Ukraina. W lutym 2026 roku rozpoczęła się seria amerykańsko-izraelskich ataków na Iran, a konflikt doprowadził do poważnego kryzysu wokół Cieśniny Ormuz. Iran jest natomiast strategicznym partnerem Rosji, a warto dodać, że Moskwa i Teheran zawarły porozumienie obejmujące współpracę polityczną. Do tego podpisano porozumienia gospodarcze, energetyczne i wojskowo-techniczne, choć nie jest to klasyczny pakt obrony wzajemnej.
Rosja i Iran współpracują również przy technologiach dronowych, uzbrojeniu oraz obchodzeniu zachodnich sankcji. Tutaj pojawia się z kolei bardzo ciekawa sprzeczność. Im bardziej USA są zaangażowane na Bliskim Wschodzie, tym więcej strategicznej przestrzeni otrzymuje Rosja w Europie.
Jeżeli więc Waszyngton musi koncentrować część swoich zasobów na Iranie, Rosja może uznać, że jest to dobry moment na zwiększenie presji na Europę. Zaznaczę, że nie musi być to atak, bo wystarczać będzie presja.
Rosja może grać na przeciążenie Stanów Zjednoczonych
To moim zdaniem jeden z najbardziej prawdopodobnych scenariuszy. Kreml nie musi i raczej nawet nie chce pokonać USA. Musi jednak doprowadzić do sytuacji, w której Waszyngton będzie miał zbyt wiele problemów jednocześnie, czyli Ukraina, Europa, Iran, Chiny, Tajwan, Korea Północna, Bliski Wschód, Afryka, Arktyka. W takim scenariuszu jest to strategiczna gra na przeciążenie.
Jeżeli Stany Zjednoczone muszą wybierać, gdzie wysłać ludzi, broń, samoloty, okręty i pieniądze, ich przeciwnicy zyskują. Dlatego rosyjska współpraca z Iranem i Chinami jest czymś znacznie ważniejszym niż zwykła wymiana handlowa.
Czy Rosja może zaatakować Bałtyk?
To najczęściej pojawiający się scenariusz. Finlandia, Estonia, Łotwa i Litwa są geograficznie szczególnie narażone. Rosja ma Kaliningrad, ma Białoruś, ma dostęp do Bałtyku, ma doświadczenie w działaniach hybrydowych, ale właśnie dlatego pełnowymiarowy atak jest ryzykowny. Rosja musiałaby być przygotowana na reakcję Polski i NATO.
Zamiast tego bardziej prawdopodobny jest scenariusz ograniczonej prowokacji i tu podam taki przykład:
incydent graniczny → chaos informacyjny → oskarżenia → presja na NATO → testowanie art. 5 Sojuszu Północnoatlantyckiego, który mówi o obronie członków NATO.
Rosja mogłaby chcieć sprawdzić, czy NATO rzeczywiście zareaguje. To właśnie jest scenariusz, którego najbardziej obawiają się niektóre państwa flanki wschodniej, bo jest najbardziej prawdopodobny.
Białoruś jest ważniejsza, niż się wszystkim wydaje
Rosja zwiększa swoją obecność wojskową na Białorusi, co zostało potwierdzone, a państwo Aleksandra Łukaszenki pozostaje de facto przedłużeniem rosyjskiej przestrzeni strategicznej. Europejska Rada Spraw Zagranicznych zwraca uwagę, że rosyjska obecność wojskowa na Białorusi staje się jednym z głównych wyzwań bezpieczeństwa dla Europy. To natomiast zmienia geografię potencjalnego konfliktu.
Z punktu widzenia Moskwy Białoruś jest ogromnym atutem, a z punktu widzenia Polski i państw bałtyckich jest poważnym problemem.
Ale znowu: nie oznacza to automatycznie planu ataku. Białoruś może być przede wszystkim platformą nacisku.
Najbardziej prawdopodobne scenariusze
Gdybym miał dzisiaj uporządkować potencjalne działania Kremla, zrobiłbym to następująco:
1. Kontynuacja wojny na Ukrainie – scenariusz najbardziej prawdopodobny
Rosja będzie próbowała zdobyć jak najwięcej ukraińskiego terytorium przed ewentualnym porozumieniem. Będzie niszczyć infrastrukturę energetyczną. Będzie wykorzystywać drony i pociski. Będzie próbowała zwiększyć presję przed zimą. Będzie prowadziła negocjacje wtedy, gdy będzie to opłacalne.
To jest niemal pewne.
2. Wielka rosyjska mobilizacja
Możliwa, ale politycznie kosztowna. Prezydent Putin pamięta, co wydarzyło się w 2022 roku. Masowa mobilizacja wywołała ogromne niezadowolenie i falę emigracji. Dlatego Kreml prawdopodobnie będzie najpierw próbował mobilizacji „pełzającej”, czyli pieniędzy, presji administracyjnej, rekrutacji regionalnej, więzień, migrantów i ochotników. Dopiero później może pojawić się formalny pobór na większą skalę.
3. Wielka zimowa ofensywa na Ukrainie
Prawdopodobna, ale nie musi być spektakularnym blitzkriegiem. Może być wojną wyniszczającą. Rosja będzie próbowała wykorzystać przewagę w liczbie dronów, amunicji i pocisków manewrujących oraz problemy Ukrainy z obroną powietrzną.
4. Intensyfikacja wojny hybrydowej w Europie
Bardzo prawdopodobna. Wówczas pojawią się akcje sabotażowe, cyberataki, operacje na terytorium państw trzecich, drony, presja migracyjna, ataki na systemy logistyczne, głębsza dezinformacja i, a to będzie bardzo niebezpieczne, rekrutowanie przestępców do operacji sabotażowych.
Na marginesie dodam, że to już się dzieje.
5. Ograniczona prowokacja przeciwko NATO
Możliwa. Może wtedy chodzić o incydent powietrzny, morski, cybernetyczny albo infrastrukturalny. Celem nie byłoby jednak rozpoczęcie wojny, a wciąż będę się trzymał tezy, że sprawdzenie reakcji.
6. Pełnoskalowy atak Rosji na NATO
Obecnie najmniej prawdopodobny z głównych scenariuszy. Nie można go natomiast całkowicie wykluczyć, choć jest nieopłacalny. Aktualnie nie ma wystarczających dowodów, aby twierdzić, że Moskwa podjęła decyzję o takiej wojnie. Co więcej, europejskie źródła wskazują, że nie ma nawet jednoznacznych oznak przygotowania do konwencjonalnego ataku na NATO.
I wreszcie: czy Putin ma „złe zamiary”?
To pytanie jest trochę zbyt proste jak na politykę międzynarodową. Państwa nie mają dobrych albo złych zamiarów w sensie moralnym. Mają interesy, a interes Kremla jest jasny. Rosja chce odzyskać pozycję mocarstwa, utrzymać kontrolę nad obszarem, który uważa za strategicznie istotny, ograniczyć wpływy USA w Europie i wymusić na Zachodzie uznanie rosyjskiej strefy wpływów.
Pamiętajmy, że to nie jest teoria, a wynika wprost z rosyjskiej polityki ostatnich lat. Ale czym innym jest chęć odbudowy strefy wpływów, a czym innym decyzja o rozpoczęciu wojny z NATO. Prezydent Putin jest politykiem brutalnym, jest wychowankiem KGB, ale nie jest samobójcą. I właśnie dlatego bardziej prawdopodobne jest, że będzie przesuwał granice, zamiast od razu je przekraczać.
Kreml może wierzyć, że Zachód jest słabszy niż wygląda
To jest najpoważniejsze zagrożenie. Nie rosyjska armia sama w sobie, nie rosyjskie czołgi, a nawet nie rosyjskie rakiety. Największym zagrożeniem jest błędna kalkulacja. Jeżeli rosyjski prezydent uzna, że Europa jest podzielona, USA zajęte Iranem i Chinami, Ukraina zmęczona, a społeczeństwa zachodnie nie chcą wojny, może stwierdzić, że warto spróbować.
Nie musi od razu wysyłać armii, bo może rozpocząć od małego kroku, a potem następnego i kolejnego. Historia świata zna wiele konfliktów, które nie rozpoczęły się od wielkiego wybuchu, lecz od przekonania jednej strony, że druga nie odpowie. Dlatego odstraszanie jest dziś równie ważne jak uzbrojenie, a NATO musi być przekonujące.
Europa musi być gotowa, Polska musi być gotowa, państwa bałtyckie muszą wiedzieć, że nie zostaną same. Jednocześnie Zachód powinien unikać niepotrzebnych prowokacji, bo odstraszanie nie polega na krzyczeniu głośniej od przeciwnika, ono jest ważne, i musi dać przeciwnikowi przekonanie, a nawet, by był absolutnie pewien, że zapłaci za przekroczenie granicy.
Rosja nie szykuje się dziś do III wojny światowej
Szykuje się do czegoś bardziej niepokojącego. Do świata, w którym wojna może stać się stałym narzędziem polityki. Rosja przygotowuje armię do długiej konfrontacji, bo stale przygotowuje swój przemysł. Przygotowuje też społeczeństwo, przygotowuje rezerwy, rozbudowuje współpracę z Chinami, Iranem i Koreą Północną. Ćwiczy jednocześnie siły nuklearne, testuje broń, rozwija technologię dronową, wykorzystuje cyberprzestrzeń i wreszcie, testuje europejską odporność.
A jednocześnie prowadzi rozmowy dyplomatyczne.
To nie jest sprzeczność, to jest właśnie nowoczesna strategia Kremla. Negocjować i w tym samym momencie przygotowywać się do wojny. Moim zdaniem prezydent Putin nie potrzebuje dziś wojny z NATO. Potrzebuje czegoś innego, on raczej chce, aby NATO uwierzyło, że wojna jest możliwa.
Dlaczego?
Bo wtedy każde europejskie państwo zaczyna zadawać sobie pytanie, czy naprawdę warto wspierać Ukrainę, czy warto zwiększać wydatki obronne, czy warto ryzykować konflikt z Rosją. I dokładnie o to może chodzić mieszkańcowi Kremla.
Rosyjska strategia może więc wyglądać paradoksalnie: nie zaatakować Zachodu, lecz sprawić, aby Zachód nieustannie bał się, że zostanie zaatakowany. To znacznie tańsze i w pewnych okolicznościach równie skuteczne.
Dlatego najbliższe miesiące będą wyjątkowo ważne, ale też trudne psychologicznie i to dla wszystkich. Wojna na Ukrainie, kryzys wokół Iranu, rosnące napięcie między Chinami i USA, europejskie zbrojenia oraz rosyjskie działania hybrydowe zaczynają tworzyć jeden system naczyń połączonych. Kreml będzie wtedy obserwował, będzie kalkulował i będzie sprawdzał, a przede wszystkim będzie szukał miejsca, w którym Zachód okaże się słabszy politycznie niż militarnie.
I to właśnie jest granica, której Europa nie może pozwolić Rosji znaleźć, a i przekroczyć.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

