Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Republika Nieudaczników. Jak irlandzka klasa polityczna przegrała państwo, społeczeństwo i własną wiarygodność

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Od czasu do czasu warto zadać sobie pytanie pozornie proste, ale wyjątkowo niewygodne. Dlaczego krajem, który należy do najbogatszych państw Europy, zarządzają ludzie mający ogromny problem z rozwiązaniem nawet najbardziej podstawowych problemów jego mieszkańców?

To pytanie wraca jak bumerang przy każdej kolejnej aferze, przy każdej kolejnej próbie wynajęcia domu, przy każdej historii o miesiącach oczekiwania na leczenie, przy każdym budżecie pełnym wielkich obietnic i jeszcze większych rozczarowań. Odpowiedź, którą usłyszymy od polityków, jest niemal zawsze identyczna. Nie ma pieniędzy, brakuje środków, budżet jest ograniczony albo nie jest z gumy i trzeba zachować odpowiedzialność fiskalną. Naprawdę? W kraju, który od lat notuje rekordowe wpływy podatkowe? W państwie będącym europejską siedzibą gigantów technologicznych? W gospodarce przedstawianej światu jako wzór sukcesu?

Nie. Problem nie tkwi w pieniądzach, nie przede wszystkim, bo problemem są ludzie, którym powierzono władzę nad państwem. Problemem jest tzw. klasa polityczna, która od dekad żyje w przekonaniu, że stanowisko jest nagrodą samą w sobie, a nie zobowiązaniem wobec obywateli. Problemem są politycy, którzy traktują ministerstwa jak przystanki autobusowe na trasie własnej kariery.

To z kolei pokazuje, że w Irlandii od lat obserwujemy ten sam groteskowy spektakl. Minister, który nie odniósł żadnego sukcesu w jednym resorcie, zostaje przesunięty do następnego. Tam również nie odnosi sukcesów, więc po pewnym czasie trafia do kolejnego lub staje się zwykłym posłem – i tak w kółko. To w mojej ocenie nie jest zarządzanie państwem, a przypomina bardziej polityczny kołowrót, w którym odpowiedzialność praktycznie nie istnieje. Nie ma znaczenia, czy ktoś rozwiązał problem. Nie ma znaczenia, czy były jakiekolwiek rezultaty. Liczy się wyłącznie przynależność do odpowiedniej struktury partyjnej.

Przez lata mogliśmy to obserwować, głównie w kolejnych rządach tworzonych przez Fianna Fáil i Fine Gael. Partie zmieniały się miejscami, politycy wymieniali między sobą stanowiska, lecz efekty pozostawały dokładnie takie same. A raczej ich brak, bo spójrzmy uczciwie na ostatnie dwadzieścia lat. Który minister rozwiązał problemy służby zdrowia? Który minister mieszkalnictwa zakończył kryzys mieszkaniowy? Który z następujących po sobie rządów doprowadził do sytuacji, w której przeciętny mieszkaniec, może bez strachu patrzeć na ceny nieruchomości?

Nie przypominam sobie ani jednego. Przeciwnie. Każdy kolejny gabinet pozostawiał po sobie ten sam krajobraz niespełnionych obietnic, niekończących się strategii i dokumentów, które świetnie wyglądały na konferencjach prasowych, ale nie zmieniały rzeczywistości. Najbardziej jaskrawym przykładem jest właśnie mieszkalnictwo. Przez lata politycy próbowali wmówić społeczeństwu, że problem jest niezwykle skomplikowany. Że przeszkadzają przepisy, że winne są procedury, że problemem są firmy budowlane, że przeszkadza rynek, że w końcu przeszkadza popyt.

Tymczasem odpowiedź jest znacznie prostsza. Państwo nie przeznacza wystarczających środków na budownictwo publiczne. Koniec historii.

Nie chodzi przecież o brak możliwości, o brak technologii, a nawet nie chodzi o brak wykonawców. Chodzi o polityczne priorytety. Rząd od lat potrafi znaleźć i zmarnotrawić miliardy na rozmaite projekty infrastrukturalne, lecz nie potrafi przeznaczyć odpowiednio dużych środków na budownictwo mieszkaniowe. Gdyby budżet przeznaczany na ten cel został radykalnie zwiększony, nawet o dwieście procent, prywatny sektor budowlany błyskawicznie dostosowałby się do nowych warunków. Pojawiłyby się nowe inwestycje, nowe miejsca pracy, pojawiłyby się nowe mieszkania, ale natychmiast pojawia się jednak kolejny argument, że nie mamy ludzi do pracy.

To kolejna wymówka, bo jeżeli istnieje finansowanie, istnieje również możliwość zatrudnienia dodatkowych pracowników. Można szkolić własne kadry, można zatrudniać specjalistów z zagranicy i można tworzyć także zachęty dla sektora budowlanego. Żaden z tych problemów nie jest nierozwiązywalny, więc potrzebna jest jedynie wola działania. Potrzebna jest również zmiana filozofii budowania. Irlandia nie może wiecznie funkcjonować według modelu jednorodzinnej zabudowy rozproszonej. Wyspa ma ograniczoną przestrzeń i rozsądek podpowiada rozwój budownictwa wielorodzinnego, bardziej efektywnego, więc dostosowanego do współczesnych realiów.

Jednak do tego potrzebne są decyzje, a decyzji brak. W efekcie mieszkań jest za mało i, co więcej, brakuje nawet tych absurdalnie drogich, choć ludzie nie mogą ich kupić, ponieważ ceny od dawna oderwały się od rzeczywistości. Jednocześnie państwo wydaje pieniądze na projekty, których sens budzi coraz większe wątpliwości. Kiedy słyszymy o wiacie rowerowej kosztującej około 300 tysięcy euro albo o parku za dwa miliony euro, który częściej służy jako wybieg dla psów niż miejsce odpoczynku rodzin, trudno nie zadawać pytań. Nie dlatego, że takie inwestycje są całkowicie zbędne, a dlatego, że istnieje coś takiego jak hierarchia potrzeb.

Jeżeli tysiące ludzi nie mają gdzie mieszkać, trudno przekonywać społeczeństwo, że najpilniejszym wydatkiem jest kolejny pokazowy projekt mający dobrze wyglądać w politycznych folderach, a to właśnie tutaj docieramy do sedna problemu.

Irlandzka tzw. klasa polityczna od lat funkcjonuje w świecie własnych opowieści, czyli w świecie konferencji prasowych, w świecie sloganów, ale też obietnic i w świecie komunikatów przygotowanych przez sztaby doradców. Codziennie słyszymy przecież, że jutro będzie lepiej, że nadchodzą reformy, że właśnie rozpoczyna się nowy rozdział, że tym razem wszystko się uda.

Od ilu lat słyszymy dokładnie to samo? Ile z tych obietnic zostało spełnionych? Jaki procent wielkich zapowiedzi przetrwał zderzenie z rzeczywistością? Niewielki, dodam, bardzo niewielki. Jednak politycy zawsze mają gotową odpowiedź, więc winne są okoliczności, winnym jest kryzys, winna jest sytuacja międzynarodowa, winna jest opozycja, winna jest pogoda… ergo, winny jest praktycznie każdy poza nimi samymi.

Nic więc dziwnego, że zaufanie społeczne systematycznie spada, bo ludzie już dawno przestali wierzyć politykom i trudno mieć im to za złe. Ostatni sondaż popularności partii politycznych jedynie potwierdził proces, który trwa od lat. Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że poparcie dla poszczególnych ugrupowań rośnie lub maleje. Jednak prawdziwie interesujące jest coś zupełnie innego, bo głosy po prostu znikają. Jeszcze kilka lat temu Sinn Féin mogła pochwalić się poparciem przekraczającym 36 procent. Później wynik wyborczy był niższy, choć nadal imponujący. Wydawało się, że partia stoi u progu historycznego przełomu, ale dziś o tamtych marzeniach można praktycznie zapomnieć, bo poparcie największej partii opozycyjne spadło do około 20 procent. To nadal dużo, ale znacznie mniej niż przewidywano jeszcze kilka lat temu.

Jednocześnie nie obserwujemy wielkiego odpływu wyborców do małych ugrupowań i tak zwany plankton polityczny zyskał, chociaż tylko częściowo. Matematyka wyborcza pokazuje coś znacznie bardziej niepokojącego, więc ogromna grupa obywateli zwyczajnie przestaje wierzyć komukolwiek,a co za tym idzie, odchodzą od zainteresowania polityką.

Fine Gael notuje wzrost do 19 procent, ale przy marginesie błędu przekraczającym trzy punkty procentowe trudno mówić o prawdziwym triumfie. Fianna Fáil spada do 16 procent, co akurat trudno uznać za zaskoczenie. Społeczeństwo nie rozdaje więc kwiatów rządowi, który od lat nie potrafi rozwiązać najbardziej podstawowych problemów.

Socjaldemokraci chwilowo rosną do 12 procent, lecz ich przyszłość pozostaje niepewna, bo przecież lewica na wyspie była raczej pomijana, głównie ze względu na ich otwartość na inne nacje, co w ostatnich czasach nie jest popularne społecznie. Niezależna Irlandia utrzymuje dziewięć procent, a Aontú osiąga sześć procent i notuje tendencję spadkową. Partia Pracy również traci po kolejnych kontrowersyjnych pomysłach związanych z migracją, natomiast Zieloni pozostają przy swoich trzech procentach. PBP i Solidarność balansują wokół dwóch procent, czyli na granicy istnienia. Niezależni oraz inni kandydaci mają około dziesięciu procent.

Co wynika z tych danych? Przede wszystkim jedno, że system polityczny traci społeczną legitymację. Coraz mniejsza ilość osób uprawnionych do głosowania prezentuje wiarę, że którakolwiek z istniejących partii jest zdolna skutecznie rządzić. Coraz mniej wyborców traktuje politykę jako przestrzeń realnych rozwiązań, natomiast coraz więcej ludzi dochodzi do wniosku, że niezależnie od tego, kto wygra wybory, rezultat będzie podobny.

To z kolei jest sytuacja niezwykle groźna dla demokracji, bo ta nie umiera wyłącznie wtedy, gdy ktoś ją obala. Demokracja umiera również wtedy, gdy obywatele przestają wierzyć, że ma jakiekolwiek znaczenie.

Rządzący, ale też liderzy ugrupowań politycznych powinni wiedzieć, że to właśnie irlandzka scena polityczna przez lata sama doprowadziła do tego stanu. Dawna partyjna lojalność rozpada się na naszych oczach i coraz mniej osób jest gotowych bezwarunkowo popierać ugrupowanie, które jeszcze kilkanaście lat temu mogło liczyć na ich głos niezależnie od okoliczności.

Ludzie szukają rozwiązań, ale ich nie znajdują. Szukają liderów i też mają z tym problem. Szukają odpowiedzialności, która jest bardziej jak igła w stogu siana, czyli znaleźć ją może wyłącznie szczęśliwy traf. Dlatego na końcu pozostaje teza, która przez lata była wielokrotnie potwierdzana przez rzeczywistość. Brakuje polityków z prawdziwego zdarzenia, brakuje ludzi gotowych podejmować decyzje, brać za nie odpowiedzialność i rozliczać się z efektów.

W ich miejsce pojawiają się natomiast wykonawcy politycznych instrukcji. Ludzie patrzący najpierw na linię partyjną, później na własną karierę (czytaj pieniądze), a dopiero na końcu na obywateli. Właśnie dlatego coraz więcej osób zaczyna zadawać pytania o sam system, bo może problem nie tkwi już wyłącznie w konkretnych partiach. Może problem tkwi w mechanizmie, który te partie produkuje. może nadszedł nareszcie czas na fundamentalną debatę o przyszłości parlamentaryzmu. Może warto rozważyć system, w którym wyborca wybiera konkretnego człowieka, a nie partyjne logo i na koniec, może warto zastanowić się nad pełnym modelem okręgów jednomandatowych.

Nie tylko w Irlandii, również w Polsce, również w wielu innych państwach Europy, bo kiedy spojrzymy na polityczne elity kontynentu, trudno oprzeć się wrażeniu, że różnice między nimi są często znacznie mniejsze, niż same chciałyby przyznać. Zmieniają się przecież tylko nazwy partii, zmieniają się hasła, zmieniają się kampanie, zmieniają się kolory plakatów, ale problemy pozostają te same.

To właśnie dlatego coraz więcej mieszkańców Polski, Irlandii, Włoch czy Portugalii dochodzi do wniosku, że największym kryzysem współczesnej polityki nie jest brak pieniędzy, nie jest nim migracja, nie jest nim nawet gospodarka lub mieszkalnictwo. Największym kryzysem z jakim przyszło nam się mierzyć, jest dramatyczny deficyt ludzi zdolnych do sprawowania władzy. A kiedy państwem rządzi przeciętność, rachunek za ich błędy zawsze płaci społeczeństwo.

Bogdan Feręc

Fot. Houses of the Oireachtas

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version