Jest coś głęboko podejrzanego w komentarzu, który brzmi zbyt gładko, zbyt idealnie, jakby ktoś wygładził mu zmarszczki, usunął potknięcia, wyprasował nerw. Czytasz i czujesz, że to nie jest głos człowieka, tylko echo. Repost cudzej myśli, jak naklejka na cudzym bagażu i od razu wiesz, że tu nikt niczego nie przeżył, nikt się z niczym nie zmagał, nikt nie ryzykował ośmieszenia. Wiem o tym doskonale i wiem też, że myślenie zawsze niesie ryzyko. Kto myśli samodzielnie, ten się czasem myli. Kto tylko kopiuje, myli się zawsze, ale cudzym błędem.
Pisanie własną ręką, własnym językiem, własnym rytmem to nie jest kwestia stylu, a intelektu. Inteligencja nie polega na tym, że zna się właściwą opinię, tylko na tym, że potrafi się do niej dokopać, że potrafi się pobrudzić w procesie, że umie się zatrzymać i powiedzieć: „chwila, a co ja właściwie o tym myślę”? W czasach, gdy opinie leżą na ulicy jak ulotki od pożyczek chwilówek, taka pauza jest aktem odwagi.
Internet obiecał nam demokrację głosu, więc każdy może mówić i to się spełniło. Problem w tym, że mówienie nie oznacza myślenia. Przeklejanie cudzych zdań, cudzych tez, cudzych oburzeń stało się nową formą konformizmu. Dawniej ludzie bali się mówić inaczej niż władza, a dziś – inaczej niż ich bańka. Mechanizm jest ten sam, tylko dekoracje nowocześniejsze. Zamiast portretu sekretarza generalnego – awatar, zamiast cenzora – algorytm, zamiast autocenzury – strach przed niepochlebną ripostą. Postęp? Nie, raczej lifting starej choroby.
Komentarz pisany własną ręką zdradza coś bardzo niewygodnego, że autor ma wnętrze, że coś w nim pracuje, że to nie jest pusta obudowa na cudze osądy. Taki komentarz bywa nieporadny, bywa krzywy, czasem gramatycznie nieokrzesany, czasem emocjonalnie nadmiarowy, ale właśnie dlatego jest żywy i ważny. Myśl nie rodzi się w Wordzie po korekcie, tylko w chaosie. Najpierw jest brudna, a później dopiero się ją myje i wygładza.
Kultura kopiuj-wklej udaje inteligencję, ale nią nie jest. To jest intelektualny cosplay, czyli zakładasz cudze poglądy jak kostium na konwent. Przez chwilę wyglądasz jak ktoś mądry, ktoś zaangażowany, ktoś „po właściwej stronie”, ale zdejmij ten kostium i zostaje pustka. Zero refleksji, zero zaplecza, zero zdolności obrony własnych przemyśleń i postawionych pytań, a wystarczy wówczas jedno, „dlaczego?” i cała konstrukcja się sypie jak domek zbudowany z kart komentarzy.
Pisanie własną głową ma jeszcze jedną, dziś niemal rewolucyjną cechę i myślę, że zaletę – spowalnia, bo żyjemy w epoce reakcji, nie refleksji. Kto pierwszy się oburzy, ten wygrywa. Kto szybciej skomentuje, ten istnieje. Kto się zastanowi, ten przegrywa z timeline’em. Tymczasem myślenie wymaga czasu, wymaga też ciszy, chwili, w której nie scrollujesz, tylko siedzisz i patrzysz w ścianę jak filozof z prowincji. I właśnie wtedy, w tej pozornie bezproduktywnej przerwie, rodzi się coś, co można nazwać własnym zdaniem.
Jest w tym także wymiar metafizyczny, a przeklejanie cudzych opinii to tylko wygodne alibi. Jeśli coś okaże się głupie, zawsze można powiedzieć: „to nie ja, to cytat”. Własne słowa takiego komfortu nie dają. One podpisują cię imieniem i nazwiskiem, nawet jeśli piszesz anonimowo. Własna myśl jest jak odcisk palca, nie da się jej chwilami wytłumaczyć i nie da się jej zrzucić na kogoś innego. Właśnie dlatego wymaga odwagi, a ta wbrew pozorom, jest formą inteligencji praktycznej. Trzeba wiedzieć, co się robi, żeby zaryzykować.
Tradycja publicystyki, tej prawdziwej, nie facebookowej, zawsze opierała się na autorskim głosie, komentarz niegdyś nie był referatem z cudzych tez. Był spacerem po cudzym umyśle, a odbiorca vel czytelnik nie musiał się zgadzać. Wystarczyło, że czuł, iż ktoś naprawdę coś przeczytał, przemyślał i przelał swoje uczucia na papier lub ekran komputera. Dziś wielu komentujących zachowuje się jak uczniowie, którzy oddają pracę domową składającą się wyłącznie z przypisów. Bibliografia imponująca, treści brak. A nauczyciel? To algorytm, który przybija piątkę za zgodność z kluczem, bo powielanie daje mu pożywkę.
Ironia polega na tym, że nigdy wcześniej nie było łatwiej myśleć samodzielnie. Dostęp do wiedzy jest niemal nieskończony, można sprawdzić fakty, porównać źródła, przeczytać różne opinie. A mimo to coraz więcej ludzi wybiera intelektualną protezę w postaci gotowej wypowiedzi. Dlaczego? Ponieważ konfrontacja z własną niewiedzą jest niekomfortowa, bo łatwiej jest być głośnym niż mądrym.
Komentarz pisany własną ręką to mały akt buntu przeciwko tej logice, to równocześnie sygnał, że „nie jestem tylko przekaźnikiem”. Nawet jeśli autor się myli, nawet jeśli jego wnioski są kontrowersyjne, to przynajmniej wiadomo, że przeszedł całą drogę sam. Od pytania do odpowiedzi, od wątpliwości do tezy, a to już cały proces, którego nie da się zasymulować kopiowaniem. Nie chodzi o to, by odrzucać cudze myśli. Inteligencja polega także na dialogu z tradycją, z innymi tezami, z przeszłością, ale dialog to nie to samo co papugowanie. On zakłada, że masz własny głos, który wchodzi w relację z innymi.
W epoce sztucznej inteligencji może to nielogiczne, ale rośnie wartość ludzkiej inteligencji, tej nieperfekcyjnej, tej z błędami, tej z emocją. Komentarz napisany własną ręką zdradza obecność człowieka po drugiej stronie ekranu. Kogoś, kto myśli wolniej niż układ scalony, ale głębiej. Sugeruje kogoś, kto nie zawsze ma rację, ale zawsze bierze odpowiedzialność za swoje zdanie. To jest poziom inteligencji, którego nie da się podrobić.
Może właśnie dlatego tak bardzo drażni nas chwilami cudza samodzielność, bo przypomina, że też moglibyśmy myśleć, ale nam się nie chce. Że moglibyśmy napisać coś swojego, ale wolimy bezpieczny cytat, że moglibyśmy zaryzykować śmieszność, ale wolimy aplauz. Własna ręka pisze wolniej niż użycie ctrl+c i ctrl+v, ale za to zostawia ślad. A ślady, w przeciwieństwie do kopii, świadczą o istnieniu.
Na koniec banał, ale taki, który warto odzyskać z ruin ironii – myślenie ma sens. Nawet wtedy, gdy nie przynosi lajków, nawet wtedy, gdy jest pod prąd, nawet wtedy, gdy obawiamy się cudzych reakcji. Komentarz pisany własną ręką jest małym pomnikiem wiary, że rozum nie jest reliktem, tylko narzędziem, że inteligencja to nie zbiór cudzych haseł, tylko proces i, że warto, naprawdę warto, czasem się zatrzymać, zamiast kolejny raz bezmyślnie przekleić cudzą rację jak naklejkę na cudzym życiu.
Bogdan Feręc
Photo by Alexander Van Steenberge on Unsplash

