Mam kilka ulubionych zagadnień, które od lat śledzę z niezmienną uwagą. Jestem przy tym niezłomnie przekonany, że z najwyższą powagą powinni pochylić się nad nimi polityczni decydenci – i to nie tylko ci urzędujący w Dublinie czy Londynie, lecz również sprawujący władzę w Warszawie. Chodzi rzecz jasna o zjawiska migracyjne, ze szczególnym uwzględnieniem naszej rodzimej diaspory. Polacy przez ponad dwie dekady stanowili przecież niezwykle reprezentatywną, silną i niezwykle aktywną tkankę społeczną, zasilającą swą pracą zarówno dumny Albion, jak i szeroko pojętą Irlandię.
Tak wyglądała rzeczywistość jeszcze do niedawna. Dziś jednak bez cienia przesady można konstatować, że ten stan rzeczy przeszedł do historii i nie ma najmniejszych szans na jego podtrzymanie. Odwrót polskiej społeczności z Wysp Brytyjskich przybrał rozmiary kolosalne, stając się faktem społecznym najwyższej wagi. O ile w Wielkiej Brytanii dane demograficzne i urzędowe statystyki aktualizowane są właściwie na bieżąco, dając dość klarowny wgląd w skalę zjawiska, o tyle w Irlandii trzeba niezwykle wnikliwie poszukać, by dotrzeć do informacji, ilu naszych rodaków bezpowrotnie dezaktywowało swoje numery PPS. To właśnie ów unikalny identyfikator podatkowo-socjalny stanowi niezawodny wyznacznik tego, jak wielu Polaków faktycznie pozostało w granicach Republiki. Oczywiście pewna część osób mogła spakować walizki i opuścić wyspę bez oficjalnego powiadamiania tutejszych struktur administracyjnych, w efekcie czego ich numery PPS trafiają do niejednoznacznej kategorii wpisów tymczasowo nieaktywnych.
Mozaika przyczyn tych wyjazdów jest niezwykle złożona. Każdy człowiek kieruje się przecież indywidualną tektoniką losu, własnymi planami oraz celami pragmatycznymi, które z biegiem lat albo udało się zrealizować, albo zmuszony został do ich drastycznej modyfikacji. Kiedy jednak odrzucimy jednostkowe historie i dokonamy chłodnej syntezy, wyłoni się z niej kilka kluczowych punktów wspólnych. Wskazują one niezaprzeczalnie, że zarówno Wielka Brytania, jak i Republika Irlandii przestały być tymi samymi państwami, które jeszcze dwie, a nawet dekadę temu wabiły stabilnością i perspektywami rozwoju.
Pierwszy odczuwalny podmuch tej migracyjnej zamieci nastąpił w momencie, gdy na świecie ogłoszono stan pandemii. Wówczas można było jednak mówić zaledwie o zwiększonej częstotliwości powrotów do kraju. Kiedy jednak urzędnicy państwowi doszli do racjonalnego wniosku, że zmęczone i pofragmentowane społeczeństwa mają już serdecznie dosyć sanitarnego rygoru i wznoszą się na skraj potężnego buntu, pandemię po prostu odwołano. Tak zupełnie na marginesie warto zauważyć, że formalnego przypieczętowania tych zmian dokonał w zasadzie jeden człowiek, choć próżno szukać powodów, by składać na jego ręce jakiekolwiek gratulacje. Jego decyzje wywołały bowiem głębokie i długofalowe zamieszanie w całej europejskiej przestrzeni.
Wbrew powszechnym narracjom to nie rosyjski „dyktator” ani początek pełnoskalowej wojny na Ukrainie stały się bezpośrednim powodem, dla którego Polacy poczęli masowo pakować swój dorobek życia i wracać do domów. Głównym czynnikiem sprawczym okazało się bezduszne i całkowicie pozbawione wyobraźni zarządzanie kryzysem migracyjnym, zaprezentowane zarówno przez Dublin, jak i przez jego wschodniego sąsiada. Zresztą Wielka Brytania zmagała się z bezwładem systemowym już znacznie wcześniej. Swoje uderzenia i wektory polityczne ukierunkowała na niemal wszystkich obcojęzycznych mieszkańców, posuwając się nawet do historycznego kroku, jakim było opuszczenie struktur Unii Europejskiej, co miało stanowić remedium na niekontrolowany napływ ludności. Założenia teorii, jak i te ideologiczne brzmiały nieskazitelnie, że wystarczy odciąć dopływ osób, które w przekonaniu brytyjskich elit częściej czerpią z zasobnego systemu opieki społecznej, niż dokładają realną wartość do skarbca Korony, a sytuacja się zmieni. Praktyka obnażyła jednak całkowitą bezradność brytyjskiej klasy politycznej. W początkowej fazie zaostrzenia kontroli granicznych oraz próby szczelnego zablokowania Kanału La Manche vel Angielskiego statystyczna ilość niechcianych przybyszów istotnie spadła, lecz stan ten nie trwał długo. Przybysze błyskawicznie znaleźli inne, znacznie bardziej wyrafinowane ścieżki, by sforsować granice, co w konsekwencji doprowadziło dzisiaj do skrajnego, niekontrolowanego poziomu wymiany kulturowej wewnątrz tamtejszego społeczeństwa.
Obecnie struktura demograficzna brytyjskich miast uległa drastycznemu zwężeniu. Rodowici mieszkańcy dosłownie czmychają z metropolii, które zdominowane zostały przez obce kulturowo populacje innowierców, a w przytłaczającej większości wyznających Islam. Sama wielokulturowość czy odmienność wyznaniowa nie musiałyby jednak stanowić problemu w wymiarze czysto społecznym. Dopóki bowiem człowiek przybywający do danego państwa integruje się, podejmuje legalną pracę i własną energią przyczynia do pomnażania dochodu narodowego, może sobie w swej prywatności wierzyć nawet w to, że Ziemia jest dyskiem wspartym na skorupach żółwi. Katastrofa zaczyna się w momencie, gdy erozji ulega spójność państwowa. W Wielkiej Brytanii powstały nieprzenikalne enklawy, w których brytyjski porządek prawny przestał w zasadzie obowiązywać, a na plan pierwszy gwałtownie wdarły się normy zwyczajowe przywiezione bezpośrednio z odległych kręgów cywilizacyjnych. Z czasem różnego autoramentu napływowe jednostki, a zachęcone biernością systemu, zaczęły rościć sobie jawne prawo do zasiadania we władzach lokalnych. Doprowadziło to do kuriozalnej sytuacji, w której liczne rady miejskie i powiatowe posiadają dziś śladową, a nierzadko wręcz żadną reprezentację złożoną z rdzennych obywateli.
Co jednak niezwykle ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa wewnętrznego: o ile wybrane władze lokalne starają się poruszać w formalnych granicach prawa ustanowionego w imieniu monarchii, o tyle masowe grupy przybyszów niespecjalnie poczuwają się do jakiegokolwiek poszanowania tych zasad. Zjawisko to rodzi głębokie niepokoje, a z czasem przeradza się w paraliżujący strach wśród Europejczyków zamieszkujących Albion. To właśnie obawa o własne zdrowie i życie staje się impulsem i zapalnikiem, pod którego wpływem dawni imigranci zarobkowi zaczęli opuszczać Wielką Brytanię. Jakby tego chaosu było mało, fatalnie przygotowane i przeprowadzona po omacku ewakuacja Brytyjczyków z Unii Europejskiej dała potężny impuls do wywołania przewlekłego kryzysu ekonomicznego. Ten zaś nałożył się na równoległe turbulencje, z jakimi już wcześniej borykała się sąsiednia wyspa.
Podczas bezpośrednich rozmów z Polakami, którzy podjęli nieodwołalną decyzję o ewakuacji z Wielkiej Brytanii, niczym mantra powraca zestaw tych samych argumentów. Na pierwszym miejscu nieustannie stawiany jest powszechny brak poczucia bezpieczeństwa oraz uzasadniona obawa o los bliskich. Tuż za tą psychologiczną barierą plasują się porażające koszty codziennej egzystencji, ze szczególnym uwzględnieniem absurdalnych stawek najmu nieruchomości. Dopełnieniem tej czarnej serii są zbiurokratyzowane, restrykcyjne przepisy migracyjne, skutecznie utrudniające normalne funkcjonowanie i planowanie przyszłości w brytyjskim społeczeństwie. Połączenie tych wszystkich elementów tworzy przejmujący krajobraz instytucjonalnej zapaści, bezpośrednio stymulujący decyzje Polaków, którzy spakowali się lub zrobienie tego mają w najbliższych planach. Spojrzenie na twarde dane pozwala pojąć skalę tego zjawiska, bo w ciągu zaledwie dwunastu miesięcy, w okresie zamkniętym z końcem maja 2026 roku, Wielką Brytanię opuściło na stałe niemal 30 000 naszych rodaków.
Skierujmy teraz wzrok na Republikę Irlandii, gdyż tutaj sytuacja wcale nie prezentuje się łaskawiej, choć do pełnoskalowych, znanych z Albionu standardów chaosu jeszcze nieco jej brakuje. Niemniej jednak oficjalna polityka bezkrytycznego multikulturalizmu, od lat surowo wdrażana przez kolejne gabinety w Dublinie, wydaje już swoje trujące owoce. Mamy tu do czynienia z masowym zjawiskiem tzw. azylantów – przy czym pojęcie to stanowi jedynie wygodną, semantyczną zasłonę dymną przykrywającą fakt niekontrolowanego, masowego napływu niechcianej imigracji. Oczywiście klasa polityczna, paraliżowana dyrektywami płynącymi z Brukseli, ostentacyjnie ignoruje wolę rdzennej ludności oraz osiadłych na wyspie mieszkańców pochodzenia europejskiego. Pozorując opór i niemoc, państwo ulega presji i przyjmuje pod irlandzki dach niezweryfikowane rzesze przybyszów z rozmaitych rejonów Afryki oraz Bliskiego Wschodu.
Dla zachowania uczciwości opisu nie należy jednak popadać w ślepe uogólnienia. Znaczna grupa obcokrajowców przybyła na Zieloną Wyspę na wyraźne zaproszenie instytucji państwowych oraz sektora prywatnego. Osoby te w żadnym wypadku nie są i nie mogą być uznawane za persona non grata. Mowa tu o wysokiej klasy specjalistach zasilających niewydolną służbę zdrowia, inżynierach sektora nowoczesnych technologii czy wysokiej klasy fachowcach innych dziedzin. Przybyli oni do Irlandii w konkretnym celu, więc uczciwie pracują, legalnie wynajmują nieruchomości i zasilają system podatkowy. Ta konkretna grupa społeczna znajduje się całkowicie poza obszarem jakichkolwiek zarzutów o żerowanie na socjalnym organizmie państwa czy o stanowieniu obciążenia dla budżetu.
Niestety, patrząc na całokształt przemian demograficznych, trudno nie zauważyć, że struktura społeczna Szmaragdowej Wyspy ulega nieodwracalnemu przeobrażeniu. Drastycznie rośnie odsetek populacji innowierczej, która z coraz większą butą domaga się sankcjonowania praw i obyczajów przeniesionych wprost ze swoich rodzinnych stron. Ten postępujący dyktat przestał podobać się rdzennym Irlandczykom, którzy zaczęli, choć całkiem niedawno, manifestować zdecydowany sprzeciw, wymagając od rządzących natychmiastowego uzdrowienia sytuacji. Niestety, ekipy polityczne nie zrobiły w tej materii dosłownie niczego, co mogłoby rozładować potężne napięcia społeczne, a zarazem zmniejszyć niszczycielską presję wywieraną na rynek mieszkaniowy i skrajnie przeciążoną ochronę zdrowia.
Niektóre grupy nieeuropejskich przybyszów bezpardonowo próbują wdrażać obce kulturowo zasady w przestrzeni publicznej. W większych ośrodkach miejskich niczym grzyby po deszczu powstają zamknięte enklawy, które dotychczasowi, stali mieszkańcy omijają dziś szerokim łukiem, głównie z obawy o własne zdrowie, a niekiedy nawet życie. Do tego dochodzi porażający, rozlewający się na cały kraj kryzys mieszkaniowy. Stan ten to bezsprzecznie autorskie dzieło wszystkich rządów sprawujących władzę od przełomowego 2008 roku, kiedy to w ramach błędnej polityki gospodarczej właściwie zamrożono procesy inwestycyjne w sektorze budownictwa mieszkaniowego. Zaniechania te wywołały w latach kolejnych gigantyczną katastrofę podaży mieszkań, wywindowały stawki najmu do absurdalnych poziomów i wywołały niewyobrażalny skok rynkowych cen nieruchomości. Gdy dodamy do tego drastyczny kryzys paliwowy i towarzyszącą mu niszczycielską inflację, ogólny bilans ekonomiczny Irlandii zaczął groźnie przypominać, zapaść znaną z Wielkiej Brytanii.
W takich warunkach szerokie rzesze migrantów zarobkowych z Europy Środkowej i Wschodniej – na czele z Polakami – doszły do trzeźwego i bolesnego wniosku, że Irlandia przestała być przestrzenią przyjazną do podnoszenia kwalifikacji i budowania stabilnej przyszłości. Dalsze trwanie na wyspie stało się natomiast rozwiązaniem wielce ryzykownym i pozbawionym kalkulacyjnego sensu. Wywołało to potężne zjawisko migracji powrotnej. Niektórzy nasi rodacy realizują ten proces w sposób całkowicie planowy, czyli przybyli na wyspę z jasnym zamiarem zebrania kapitału na zakup mieszkania w Polsce, a po osiągnięciu tego celu po prostu zamykają irlandzki etap życia i wracają do ojczyzny. W większości przypadków za decyzją o „ewakuacji” stoi jednak coś zupełnie innego niż nadrzędny strach o bezpieczeństwo fizyczne. W przypadku Irlandii mamy do czynienia z nakładającymi się na siebie kryzysami strukturalnymi, które doprowadziły całe rodziny nad krawędź skrajnej niewydolności finansowej.
Nie jest przecież żadną tajemnicą, że w obecnych realiach koszt wynajęcia domu dla przeciętnej rodziny potrafi bezlitośnie wchłonąć jedną całą pensję. Prowadzi to do zatrważającego wniosku, że na Zielonej Wyspie pracuje się dziś wyłącznie na pokrycie bieżących, wyśrubowanych do granic możliwości kosztów egzystencji. Dodajmy do tego permanentną niepewność i obawę przed utratą dachu nad głową, a otrzymamy kompletną diagnozę przyczyn, dla których Polacy masowo porzucają Irlandię.
Dla przypomnienia, a warto cofnąć się do oficjalnych danych. Powszechny Spis Ludności z 2022 roku, wyrazistością cyfr pokazywał, że w Republice zamieszkiwało wówczas ponad 122 000 Polaków. Od początku uważałem te szacunki za znacząco zaniżone, jako że pokaźna część naszej społeczności z różnych względów bojkotowała irlandzkie spisy powszechne. Przyjmijmy jednak tę 120-tysięczną populację za punkt wyjścia. To właśnie moment wygaszenia pandemicznych obostrzeń stał się rezonatorem dla powszechnego procesu wyjazdowego.
Zaledwie niecały rok później, przetoczyła się pierwsza potężna fala wyjazdowa. Polacy poczęli masowo pakować walizki, by powrócić do kraju, choć w dyskursie społecznym pojawiały się i takie opinie, że część z nich postanowiła poszukać dla siebie innej, bezpieczniejszej przystani na mapie świata. Po pewnym czasie dynamiczny wskaźnik odwrotu nieco się ustabilizował, lecz spokój ten okazał się wyjątkowo iluzoryczny. Mściwe skutki rosnących kosztów życia błyskawicznie wywołały drugą, a obecnie przeżywaną trzecią falę zmasowanej migracji wstecznej.
W roku ubiegłym oficjalne szacunki płynące ze strony polskiej administracji donosiły, że w Irlandii pozostało już niespełna 86 000 naszych rodaków. Co istotne, dane te nie uwzględniały jeszcze pełnego impetu obecnej, trzeciej fali powrotów. Samą dynamikę tego zjawiska można zresztą zaobserwować w sposób niezwykle prosty i empiryczny – wystarczy wejść na dowolne fora internetowe skupiające Polonię na wyspie. W okresach, gdy wykres wyjazdów ulega spłaszczeniu, zapytania dotyczące kosztów przewozu mienia, formalności urzędowych czy procedur zamknięcia spraw w Irlandii pojawiają się niezwykle rzadko. Gdy jednak fala powrotna przybiera na sile, przestrzeń ta dosłownie pęka w szwach od wpisów poszukujących porad transportowych i prawnych. Tylko to zjawisko stanowi niepodważalny dowód na to, że opuszczamy wyspę w sposób masowy i zorganizowany.
Na dziś oceniam, że kulminacyjny punkt trzeciego szczytu wyjazdowego mamy już za sobą. Choć wykres tendencji opada powoli, wciąż duża ilość Polaków codziennie bije się z myślami, przygotowując grunt pod powrót do domu. Najgorszy jest fakt, że żadna instytucja nie jest obecnie w stanie precyzyjnie określić, jak duża diaspora z polskimi paszportami faktycznie pozostała na wyspie. Nawet Departament Ochrony Socjalnej (Social Welfare), który rejestruje lawinowy spadek aktywnych numerów PPS, uchyla się od podawania konkretów, mętnie tłumacząc, że dane znajdują się w ciągłym ruchu. Urzędnicze przecieki wskazują natomiast jednoznacznie, iż liczba aktywnych „polskich” PPS-ów drastycznie spadła poniżej granicy 80 000, co każe przypuszczać, że realny, oficjalny wynik może oscylować w granicach zaledwie 70 000 osób.
Co ma kluczowe znaczenie: obecna fala wyjazdowa wydaje mi się najgłębszą, najbardziej przemyślaną i najbardziej długofalową ze wszystkich dotychczasowych. W mojej ocenie populacja Polaków w Irlandii stopniała do pułapu około 68 000 dusz. Kiedy przed kilkoma miesiącami analizowałem to zjawisko na antenie Radia Wnet, prognozowałem publicznie, że nadchodzący Spis Powszechny przyniesie dane, które zszokują wielu obserwatorów. Wskazywałem wówczas, że spodziewam się skurczenia naszej diaspory do przedziału między 50 a 60 tysięcy osób. Wtedy wypowiadałem te słowa z dużą dozą niepewności, lecz dziś jestem bezwzględnie przekonany, że kolejny Census, który wystartuje 9 maja 2027 roku, bezlitośnie ujawni, że na Zielonej Wyspie pozostało niewiele więcej niż 60 000 osób polskiego pochodzenia.
W przeszłości zwykło się utyskiwać, a i mnie te słowa nie były obce, że ci Polacy, którzy decydują się na powrót, po prostu nie poradzili sobie z twardą rzeczywistością życia na obczyźnie. Dziś taka diagnoza jest nie tylko głęboko niesprawiedliwa, ale wręcz nieuprawniona. To nie brak zaradności naszych rodaków, lecz nieudolna polityka systemu oraz cyniczne ekipy rządzące rzucają nam kłody pod nogi i stawiają mury, które są nie do przebicia. Przyglądając się jednak całemu temu procesowi z perspektywy imigranta zarobkowego, muszę z goryczą dla wyspy zauważyć jedno, iż my, Polacy, jesteśmy w o niebo lepszym położeniu niż sami Irlandczycy. My mamy dokąd wracać, oni zaś, by móc żyć na godnym poziomie, zmuszeni są porzucać własną ojczyznę. Życie płata więc figle wszystkim, a także odwraca role, które kiedyś były naszym udziałem, a dla Irlandczyków jawiły się, jako zgoła abstrakcyjne.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

