Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Propaganda przegrywa z rzeczywistością, czyli nikt nie walczy za Europę

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Przez lata obywatelom Unii Europejskiej sprzedawano prostą opowieść, która była wygodna, chwytliwa i pozbawiona odcieni szarości. Po jednej stronie znajdowało się absolutne dobro, po drugiej absolutne zło. Każdy, kto próbował dostrzec cokolwiek pomiędzy, automatycznie stawał się podejrzany. Nie liczyły się argumenty, analizy ani chłodna ocena sytuacji. Liczyła się jedynie zgodność z obowiązującą narracją.

Tak właśnie wygląda polityka prowadzona przez emocje zamiast przez rozsądek, a ten powinien cechować przecież polityków. Od początku wojny pomiędzy Rosją z Ukrainą Europa przekonana została, że nie ma prawa zadawać pytań. Każda wątpliwość dotycząca skali pomocy wojskowej czy finansowej przedstawiana była jako moralna kapitulacja. Zamiast debaty pojawiły się slogany. Zamiast rzeczowych argumentów – etykiety. Zamiast polityki opartej na interesach państw – polityka oparta na poczuciu winy i moralnym szantażu. Tymczasem demokracja, a nawet zgoda na wsparcie jednej ze stron konfliktu, nie polega na bezrefleksyjnym przytakiwaniu władzy. W obu przypadkach ludzie mają prawo zapytać: ile to kosztuje, kto za to płaci i jaki jest plan wyjścia z tej sytuacji i z kryzysu? Na te pytania europejskie elity odpowiadały i odpowiadają wyjątkowo niechętnie, o ile w ogóle to robiły.

Od ponad czterech lat zachodnie miliardy płyną na Ukrainę szerokim strumieniem. Pomoc wojskowa, finansowa, humanitarna i gospodarcza osiągnęła rozmiary, których jeszcze kilka lat temu nikt nie byłby w stanie sobie wyobrazić. Nie ma nic złego w pomaganiu państwu napadniętemu przez sąsiada, jednak problem zaczyna się wtedy, gdy pomoc przestaje podlegać rzeczowej ocenie, a staje się ideologicznym batem, którego nie wolno kwestionować.

Jeszcze większym problemem jest to, że zachodnie instytucje od lat zwracają uwagę na utrzymującą się na Ukrainie korupcję. Nie są to przecież zarzuty wymyślone przez przeciwników Kijowa, a kwestia wielokrotnie podnoszona przez organizacje międzynarodowe i jego zachodnich partnerów. W ostatnich latach władze Ukrainy przeprowadzały liczne dymisje i aresztowania urzędników właśnie z powodu podejrzeń, czy nawet dowodów, że dochodziło do nadużyć finansowych. Oznacza to, że problem istnieje, więc nie można udawać, że go nie ma.

Skoro miliardy euro pochodzą z kieszeni europejskich podatników, to ci mają pełne prawo oczekiwać przejrzystości, a nie jest to wówczas brak solidarności, tylko elementarna odpowiedzialność za własne pieniądze.

Niepokoi również coś innego. W europejskiej debacie publicznej bardzo często przedstawiano konflikt jako starcie, którego wynik automatycznie zdecyduje o losach całego kontynentu. Takie twierdzenia wymagają jednak rzeczowego uzasadnienia, a nie wyłącznie politycznych deklaracji. Ocena zagrożeń powinna opierać się na dogłębnych wojskowych analizach, możliwościach gospodarczych i potencjale państw, a nie wyłącznie na hasłach powtarzanych podczas konferencji prasowych. Strach jest oczywiście skutecznym narzędziem politycznym, bo wystraszone społeczeństwo łatwiej akceptuje kolejne wydatki, kolejne ograniczenia i kolejne decyzje podejmowane bez szerszego wyjaśnienia przyczyn. Europa natomiast zna wiele przykładów, kiedy emocje przesłaniały zdrowy rozsądek i niestety wygląda na to, że niewiele się z tych przeszłych wydarzeń nauczyliśmy.

Coraz wyraźniej widać też zmęczenie państw członkowskich Unii Europejskiej i nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Chodzi o brak odpowiedzi na podstawowe pytania. Jak długo ma trwać obecna strategia? Jakie są warunki jej powodzenia? Kiedy można będzie uznać, że osiągnięto zamierzony cel? W polityce nie wystarczy mówić „tak długo, jak będzie trzeba”. To hasło dobrze brzmi w przemówieniach, ale fatalnie sprawdza się jako plan działania. Europa nie może natomiast funkcjonować wyłącznie na kredyt emocji, bo ona potrzebuje chłodnej kalkulacji, ponieważ państwa istnieją po to, by chronić interes swoich obywateli. I znowu, nie jest to cynizm, gdyż fundament polityki prowadzonej w sposób przemyślany, ale też odpowiedzialny.

Nadszedł więc już najwyższy czas, by przestać traktować w Europie każdą krytykę jako herezję. Krytyczne pytania nie osłabiają polityków i samej demokracji. To właśnie ich brak jest pierwszym sygnałem, że demokracja zaczyna ustępować miejsca polityce opartej na przekonaniu o własnej nieomylności. Unijne elity, o czym już nie pamiętają, najczęściej przegrywają nie dlatego, że brakowało im pieniędzy czy wpływów. Przegrywają wtedy, gdy przestają słuchać ludzi i zaczynają wierzyć wyłącznie we własną propagandę, która ma niestety jedną zasadniczą wadę – działa tylko do momentu zderzenia z rzeczywistością. I wygląda na to, że właśnie ten moment nadszedł, bo nie uważam, żeby dopiero nadchodził.

Największym problemem współczesnej Europy nie jest wyłącznie wojna za jej granicami. Coraz częściej jest nim sposób, w jaki „władcy Europy” reagują na każdą próbę podjęcia poważnej dyskusji. Zamiast odpowiadać na argumenty, zbyt często wybierają moralizowanie. Zamiast przekonywać – piętnują. Zamiast tłumaczyć obywatelom swoje decyzje – oczekują od nich bezwarunkowego zaufania. To droga donikąd, bo demokracja nie jest systemem, w którym obywatel ma jedynie finansować kolejne decyzje podejmowane ponad jego głową. Demokracja wymaga rozliczeń. Tymczasem przez ostatnie lata można było odnieść wrażenie, że w Brukseli coraz częściej mylono odpowiedzialność z przekonaniem o własnej nieomylności.

Niepokoi również rola części mediów. Zamiast pełnić funkcję kontrolną wobec władzy, część redakcji sprawia wrażenie, jakby przyjęły rolę rzeczników prasowych obowiązującej narracji. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich mediów ani wszystkich dziennikarzy, choć to zależy od opcji rządzącej, bo wówczas role się odwracają. Pomimo tego, trudno jednocześnie nie zauważyć, że przestrzeń dla rzeczywistej debaty w wielu krajach wyraźnie zamarła. Zamiast zadawania niewygodnych pytań pojawiało się powielanie komunikatów i uproszczonych przekazów. To nie jest zdrowy model funkcjonowania wolnych mediów, bo rolą dziennikarza nie jest utwierdzanie polityków w przekonaniu, że zawsze mają rację. Rolą dziennikarza jest zadawanie pytań, zwłaszcza wtedy, gdy stawką są miliardy euro z pieniędzy płynących z kieszeni podatników do portfeli skorumpowanych elit państwa, w tym tego, które upadło cztery lata temu. Ważne są też decyzje polityczne wpływające na bezpieczeństwo całego kontynentu, bo drażnienie lwa przez kraty, może w konsekwencji doprowadzić do nieciekawych wydarzeń.

Niepokojące jest również to, że każda próba rozmowy o kosztach prowadzonej polityki bywała przedstawiana jako przejaw braku solidarności. Tymczasem solidarność nie polega na podpisywaniu czeków bez końca i bez kontroli. Solidarność nie zwalnia z obowiązku rozsądnego gospodarowania publicznymi pieniędzmi. Państwo, które przestaje liczyć koszty swoich decyzji, prędzej czy później wystawia rachunek własnym obywatelom i ten rachunek jest od kilku już lat widoczny. Rosną wydatki na obronność, zwiększa się presja na finanse publiczne, a wiele państw Unii Europejskiej zmaga się jednocześnie z kryzysem mieszkaniowym, problemami ochrony zdrowia czy spowolnieniem gospodarczym. Natomiast podatnicy mają prawo oczekiwać odpowiedzi na pytanie, jak pogodzić te wyzwania z długofalowym finansowaniem pomocy zewnętrznej.

Co ważne, nie oznacza to nawoływania do izolacjonizmu, a jedynie, że każda polityka powinna mieć jasno określone cele, warunki oraz moment, w którym podlega ponownej ocenie. Europa potrzebuje dziś mniej sloganów, a więcej realizmu, bo polityka prowadzona wyłącznie pod wpływem emocji, z czym mamy właśnie do czynienia, rzadko kończy się sukcesem. Emocje są potrzebne społeczeństwom. Państwami powinien jednak kierować chłodny rachunek interesów. Najwyższy więc czas odejść od przekonania, że każda decyzja podjęta przez unijne instytucje jest z definicji słuszna. Unia Europejska nie jest nieomylna. Popełnia błędy – jak każda struktura polityczna, natomiast dojrzałość polega nie na zaprzeczaniu tym błędom, lecz na ich dostrzeganiu i korygowaniu.

Europa stoi dziś przed wyborem. Może nadal powtarzać te same hasła oraz błędy, a także liczyć, że rzeczywistość się do nich dostosuje. Może też przyznać, że świat stał się bardziej skomplikowany, a skuteczna polityka wymaga odwagi do zadawania trudnych pytań, nawet jeśli odpowiedzi okażą się politycznie niewygodne. Największym zagrożeniem dla Europy nie jest bowiem sama zdolność do wspierania domniemanych sojuszników, jest nim utrata zdolności do prowadzenia uczciwej debaty o tym, jak, w jakim zakresie i na jakich zasadach to wsparcie powinno wyglądać. Tam, gdzie kończy się dyskusja, zaczyna się dogmat, polityka oparta na dogmatach prędzej czy później zderza się z rzeczywistością.

Powtórzę się, ale nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż elity, które przestają słuchać obywateli. Nie dlatego, że lud zawsze ma rację, ale dlatego, że właśnie dla nich istnieją instytucje państwa i wspólnoty międzynarodowe. Jeśli głos społeczeństwa staje się jedynie przeszkodą w realizacji politycznych planów, demokracja zaczyna tracić swój sens. Być może właśnie dlatego Europa potrzebuje dziś nie kolejnych deklaracji o jedności, lecz powrotu do fundamentów: odpowiedzialności, przejrzystości, rozliczalności i prawa do zadawania pytań. Nie pytań wygodnych dla rządzących, ale tych naprawdę trudnych, bo tylko one pozwalają oddzielić politykę od propagandy i interes publiczny od politycznej iluzji. Europa potrzebuje też polityków, a nie haseł, że ktoś za nią walczy, bo tak nie jest.

Bogdan Feręc

Photo by KOBU Agency on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version