Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Prezydent na płocie, państwo na zakręcie, czyli jak ochroniarze pilnowali, żeby nikomu nie stała się krzywda

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Zaczęło się od tego, że domagają się osądzenia sędzi Anny Korwin-Piotrowskiej za czynny atak na prezydenta, a konkretnie za naruszenie jego nietykalności cielesnej. Właściwie należałoby powiedzieć też, że naruszona została nietykalność urzędnika państwowego, ale pierwszoplanową rolę odgrywa nietykalność samego prezydenta Rzeczypospolitej. I trudno się dziwić, bo prezydent to jednak nie jest pierwszy lepszy petent, który przyszedł do urzędu.

Powiedzmy sobie jednak szczerze, że sędzia Anna Korwin-Piotrowska wielkiej szkody Karolowi Nawrockiemu nie wyrządziła. Kobieta, choć ponoć guzik od marynarki urwała, a pani prezydentowa musiała później przyszyć, nie wyglądała na przeciwnika, dla którego należałoby organizować specjalną operację wojskową. Chociaż, jak się okazuje, wystarczy odpowiednio mocno stanąć w drzwiach, żeby narazić głowę państwa na niebezpieczeństwo, a przy okazji wywołać dyskusję o stanie polskich służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo najważniejszych osób w kraju.

Na marginesie dodam, że Karol Nawrocki przypomniał sobie chyba dawne czasy, kiedy był ochroniarzem, bo bramkę sforsował pierwszorzędnie, a wcześniej pokonał ogrodzenie, co dowodzi, że pewnych umiejętności człowiek nie traci. To trochę jak z jazdą na rowerze. Można przez lata nie wsiadać, ale kiedy przyjdzie potrzeba, nogi same wiedzą, co robić. Tyle że w przypadku prezydenta Rzeczypospolitej wolałbym jednak, aby jego umiejętności sportowe nie musiały być wykorzystywane podczas wizyt w instytucjach państwowych.

Pożartowałem sobie, ale teraz zajmijmy się sprawą na poważnie, bo nie chodzi przecież o guzik, marynarkę, przepychankę w drzwiach ani nawet o to, czy pani sędzia powinna odpowiadać za naruszenie nietykalności prezydenta. To wszystko można rozpatrywać w odpowiednich postępowaniach. Znacznie ciekawsze jest pytanie, dlaczego w ogóle doszło do sytuacji, w której głowa państwa musiała pokonywać przeszkody, jakby uczestniczyła w zawodach sprawnościowych dla kandydatów do jednostki specjalnej.

I tu zaczyna się przedstawienie, w którym głównymi aktorami nie są ani Karol Nawrocki, ani Anna Korwin-Piotrowska, lecz ludzie odpowiedzialni za ochronę prezydenta.

Służba Ochrony Państwa, czyli SOP, powinna wiedzieć, po co w ogóle istnieje. Nie jest to przecież formacja powołana do tego, aby ładnie wyglądać w rozpiętych garniturach, nosić słuchawki w uszach i udawać, że prowadzi się bardzo ważne rozmowy przez miniaturowy mikrofon w rękawie marynarki. Jej zadaniem jest ochrona najważniejszych osób w państwie, zabezpieczanie obiektów i tworzenie takich warunków, aby osoby chronione, mogły wykonywać swoje obowiązki bez narażania życia i zdrowia. Wśród tych osób znajduje się oczywiście prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, ale także marszałkowie Sejmu i Senatu, premier, ministrowie oraz inne osoby objęte ochroną na podstawie obowiązujących przepisów.

SOP nie jest więc klubem sympatyków polityków ani prywatną grupą towarzyską, która podąża za swoim podopiecznym, pilnując, żeby nie pobrudził butów. To formacja, od której oczekuje się przewidywania zagrożeń, organizowania zabezpieczenia i reagowania w sytuacjach niebezpiecznych.

A teraz przejdźmy do wydarzeń pod Trybunałem Konstytucyjnym. Prezydent przyjeżdża pod budynek, teren jest zabezpieczony, policja stoi równymi szpalerami w strategicznych miejscach, funkcjonariusze tworzą zwartą formację, a wszystko wygląda tak, jakby za chwilę miało nastąpić wydarzenie o znaczeniu co najmniej międzypaństwowym. I słusznie, bo przyjechać ma głowa państwa, o czym wszyscy wiedzieli.

Samochód zatrzymuje się, prezydent wysiada i co widzimy? Zamiast normalnego, przygotowanego przejścia, zamiast bezpiecznej drogi do wejścia, Karol Nawrocki musi kombinować, jak przedostać się przez policyjne zabezpieczenia. Ostatecznie ląduje na ogrodzeniu i przeciska się pomiędzy jego metalowymi elementami a policjantami oraz tarczami kompanii zwartych oddziałów.

Przyznam, że był to obrazek dość osobliwy. Gdyby nie powaga urzędu, można byłoby pomyśleć, że pomylono scenariusze i zamiast wizyty prezydenta zorganizowano nagranie do programu sportowego. Tylko że w takim programie uczestnik przynajmniej wie, jakie przeszkody ma pokonać. Tutaj wyglądało to tak, jakby prezydent przyjechał do własnego państwa, ale nikt nie poinformował go, gdzie jest wejście.

Oczywiście można powiedzieć, że policja wykonywała swoje zadania, zabezpieczała teren i pilnowała porządku. Tyle że raczej pomyliła osoby, przed którymi miała bronić niezawisłości TK. Co jednak ważne, ochrona prezydenta praktycznie nie zareagowała i nie utorowała mu drogi. A nie można przecież dopuszczać do takich sytuacji, w których prezydent musi samodzielnie rozwiązywać problemy logistyczne.

To był pierwszy poważny zgrzyt.

Drugi nastąpił już przy drzwiach do budynku Trybunału Konstytucyjnego. Tam na drodze prezydenta stanęła sędzia Anna Korwin-Piotrowska, która postanowiła bronić wejścia własną piersią, a właściwie całym swoim jestestwem. Doszło do przepychanki, szarpaniny, ale w końcu prezydent znalazł się po drugiej stronie drzwi. I tutaj chciałbym zatrzymać się na chwilę, ponieważ sprawa robi się interesująca.

Nie zamierzam rozstrzygać, czy sędzia miała prawo blokować wejście, czy przekroczyła swoje uprawnienia, czy naruszyła nietykalność prezydenta i czy powinna ponieść odpowiedzialność. To są kwestie prawne, które powinny zostać ocenione na podstawie przepisów, a nie mojej oceny sytuacji. Immunitet, nawet sędziowski, nie jest przepustką do dowolnego zachowania, ale też urząd prezydenta nie daje prawa do ignorowania wszystkich innych zasad. Tyle że w tej historii jest jeszcze jedna strona, o której mówi się zdecydowanie za mało.

Gdzie byli ochroniarze?

Przecież prezydent nie przyjechał tam sam. Nie był samotnym turystą, który zabłądził w Warszawie i próbował dostać się do budynku, pytając przechodniów o drogę. Towarzyszyli mu funkcjonariusze odpowiedzialni za jego bezpieczeństwo. Ich zadaniem nie było obserwowanie widowiska, lecz zapewnienie głowie państwa bezpiecznego przejścia. Jeżeli ktoś blokuje drogę osobie chronionej, funkcjonariusze muszą odpowiednio zareagować. Nie oznacza to automatycznie użycia siły, wyrywania drzwi z zawiasów, czy rzucania wszystkich na podłogę. Oznacza natomiast, że powinni mieć przygotowany sposób działania, który pozwoli uniknąć niepotrzebnej konfrontacji.

I właśnie tego zabrakło.

Ochrona prezydenta nie polega na tym, że on sam musi sobie torować drogę. To zdanie powinno zostać wyryte na ścianie każdego pomieszczenia, w którym funkcjonariusze SOP przygotowują zabezpieczenie wizyt głowy państwa, nawet tych nieplanowanych.

Rozmawiałem z osobami mającymi doświadczenie w służbach i ochronie. Wskazywały one, że w takiej sytuacji priorytetem powinno być zapewnienie osobie chronionej bezpiecznej drogi oraz odsunięcie potencjalnych agresorów. Jeden z byłych funkcjonariuszy ABW zwrócił moją uwagę, że z punktu widzenia ochrony prezydenta, nie powinno mieć pierwszorzędnego znaczenia, kto akurat blokuje przejście. Może to być osoba prywatna, urzędnik, a nawet sędzia korzystający z immunitetu. Oczywiście nie oznacza to, że można dowolnie naruszać jej prawa, ale funkcjonariusze mają obowiązek reagować na zagrożenie i zabezpieczać osobę chronioną.

To ważne, choć ochrona nie jest sądem, nie wydaje wyroków i nie rozstrzyga sporów kompetencyjnych. Jej zadaniem jest niedopuszczenie do sytuacji, w której osoba chroniona zostaje narażona na niebezpieczeństwo. W tym przypadku jednak była.

Inny rozmówca, emerytowany agent ochrony, który wielokrotnie zajmował się zabezpieczaniem najważniejszych osób w Polsce, ocenił sytuację znacznie ostrzej. Stwierdził, że w podobnych okolicznościach zagraniczne formacje ochronne nie dopuściłyby do takiego przebiegu wydarzeń. Przywołał francuską Grupę Bezpieczeństwa Prezydenckiego, niemieckie służby odpowiedzialne za ochronę najważniejszych osób oraz amerykański Secret Service. Jego zdaniem tamtejsi funkcjonariusze „roznieśliby osoby blokujące wejście, razem z drzwiami”.

Oczywiście traktuję to jako barwną ocenę ze strony mojego rozmówcy, a nie instrukcję postępowania dla polskich służb. Nie chodzi bowiem o to, żeby w Warszawie urządzać widowiskowe szturmy na drzwi, tylko żeby nie dopuścić do sytuacji, w której prezydent musi samodzielnie rozwiązywać problem dostępu do budynku.

Zresztą wystarczy spojrzeć na sprawę nieco szerzej. W Stanach Zjednoczonych Secret Service nie czeka, aż osoba chroniona znajdzie się w niekomfortowej sytuacji, żeby dopiero wtedy zastanawiać się nad procedurami. Podobnie jest w innych państwach. Ochrona planuje, przewiduje, rozpoznaje teren i przygotowuje warianty działania. Nie chodzi o efektowność, lecz o skuteczność.

W Polsce można jednak odnieść wrażenie, że czasami najważniejsze jest, aby wszyscy uczestnicy wydarzenia wyglądali na zajętych swoimi obowiązkami. Policjant stoi, ochroniarz stoi, funkcjonariusz patrzy, a prezydent w tym czasie zdobywa ogrodzenie.

Może powinniśmy wprowadzić nowy system zabezpieczeń. Pierwsza grupa funkcjonariuszy odpowiadałaby za ochronę prezydenta, druga za otwieranie drzwi, trzecia za pilnowanie płotu, a czwarta za przyszywanie guzików po zakończeniu operacji. Wszystko oczywiście w ramach jednej, dobrze opłacanej struktury organizacyjnej. Ale żarty na bok.

W całej sprawie jest jeszcze jeden element, który wymaga wyjaśnienia. Pojawiły się bowiem sugestie, że funkcjonariusze SOP ocenili sytuację i nie podjęli interwencji werbalnej.

Usprawiedliwieniem braku reakcji SOP może być tylko jeden przypadek, gdyby np. prezydent zakazał im wtrącania się w jego sprawy. Jeżeli rzeczywiście tak było, należałoby zadać kilka pytań. Czy prezydent może w każdej sytuacji decydować o sposobie wykonywania obowiązków przez ochronę? Czy jego polecenie zwalnia funkcjonariuszy z odpowiedzialności za bezpieczeństwo osoby chronionej? I wreszcie, czy SOP ma jedynie wykonywać polecenia, czy też posiada własne procedury, które powinny być przestrzegane, nawet wtedy, gdy chroniony człowiek nie docenia potencjalnego zagrożenia?

Ochroniarz nie jest przecież lokajem, który ma obowiązek spełniać wszystkie życzenia swojego pracodawcy. Jeżeli widzi zagrożenie, powinien reagować zgodnie z prawem i procedurami. W przeciwnym razie cała idea ochrony sprowadza się do towarzyszenia ważnej osobie podczas spacerów i pilnowania, żeby nikt nie zrobił jej zdjęcia z niekorzystnego kąta.

Jeśli więc rzeczywiście prezydent zakazał funkcjonariuszom interwencji, a oni się podporządkowali temu poleceniu, należałoby zbadać, czy postąpili prawidłowo. Nie można jednak z góry przyjmować, że takie wyjaśnienie jest prawdziwe, ponieważ byłoby ono wyjątkowo wygodne dla wszystkich zainteresowanych. Prezydent powiedział, żeby nie reagować, więc nie reagowali. Sprawa zamknięta, guzika nie ma, drzwi stoją, a płot nadal wymaga konserwacji. Tyle że państwo nie może działać na zasadzie domysłów i wygodnych usprawiedliwień.

Właśnie dlatego oczekiwałbym od kierownictwa SOP szczegółowego wyjaśnienia, kto odpowiadał za przygotowanie zabezpieczenia, jakie ustalono procedury, dlaczego nie zapewniono prezydentowi normalnego przejścia i, z jakiego powodu dopuszczono do bezpośredniego kontaktu fizycznego z osobą blokującą wejście. Nie chodzi o publiczne ujawnianie szczegółów operacyjnych, bo to byłoby nierozsądne. Chodzi o odpowiedzialność za organizację ochrony i wyciągnięcie wniosków.

Nie można również udawać, że sprawa dotyczy wyłącznie Karola Nawrockiego. Dzisiaj on jest prezydentem, jutro urząd będzie sprawować ktoś inny. Ochrona najwyższych urzędników nie może być uzależniona od tego, czy funkcjonariusze lubią danego polityka, zgadzają się z jego poglądami albo uważają, że jego zachowanie jest właściwe. Prezydent Rzeczypospolitej jest prezydentem wszystkich obywateli, również tych, którzy na niego nie głosowali, nie przepadają za nim i najchętniej widzieliby go na politycznej emeryturze.

Nie można też dopuścić, aby w wyniku tej historii powstało przekonanie, że wystarczy powołać się na ochronę prezydenta, żeby każdy spór rozwiązywać siłą. Służby mają działać w granicach prawa, a osoby pełniące funkcje publiczne, nie mogą być traktowane, jak ludzie stojący ponad wszystkimi. Nawet prezydent, choć jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej, nie przestaje podlegać porządkowi prawnemu. Jednocześnie jednak nie można odwracać sytuacji i oczekiwać, że funkcjonariusze odpowiedzialni za jego bezpieczeństwo będą biernie przyglądać się temu, jak ktoś fizycznie blokuje przejście głowie państwa. To nie jest kwestia sympatii politycznych, lecz zawodowego obowiązku.

Cała ta historia pokazuje zresztą coś znacznie bardziej niepokojącego. W Polsce nawet wejście do instytucji państwowej potrafi zamienić się w widowisko, w którym każdy ma własną interpretację prawa, własne poczucie obowiązku i własną koncepcję tego, kto powinien ustąpić. Policja blokuje wejścia, sędzia broni drzwi, prezydent pokonuje płot, a SOP najwyraźniej próbuje ustalić, czy w danym momencie należy być ochroniarzem, obserwatorem, czy może rozjemcą w sporze o klamkę.

Nie jest to obraz państwa, które imponuje sprawnością.

Można oczywiście powiedzieć, że nic wielkiego się nie stało. Prezydent wszedł do budynku, nikt nie został poważnie ranny, a guzik można przyszyć. Tylko że w służbach odpowiedzialnych za bezpieczeństwo nie ocenia się jakości pracy wyłącznie na podstawie tego, czy podczas konkretnego wydarzenia doszło do tragedii. Ocenia się także to, czy nie stworzono warunków, w których mogła ona nastąpić. Bo co by było, gdyby zamiast drobnej przepychanki doszło do poważniejszego incydentu? Gdyby ktoś wykorzystał zamieszanie, żeby zaatakować prezydenta? Gdyby wśród ludzi przy drzwiach znalazła się osoba rzeczywiście niebezpieczna? Wówczas zapewne wszyscy zaczęlibyśmy słuchać długich wyjaśnień o analizie ryzyka, procedurach, ograniczeniach kompetencyjnych i trudnych warunkach działania.

Tylko że bezpieczeństwo nie polega na tym, aby po wszystkim znaleźć odpowiednio przekonujące usprawiedliwienie. Dlatego nie zamierzam koncentrować się na tym, czy Anna Korwin-Piotrowska urwała prezydentowi guzik, czy też Karol Nawrocki przeszedł przez drzwi z większym impetem, niż wymagałaby tego etyka urzędu. Jeżeli doszło do naruszenia prawa, niech zajmą się tym odpowiednie organa. Niech ustalą fakty, przesłuchają świadków i ocenią zachowanie wszystkich uczestników zdarzenia. Bez politycznych wyroków wydawanych jeszcze przed rozpoczęciem postępowania.

Mnie znacznie bardziej interesuje, dlaczego prezydent Rzeczypospolitej musiał samodzielnie forsować przeszkody, skoro miał do dyspozycji całą formację odpowiedzialną za jego bezpieczeństwo. I tutaj nie znajduję przekonującego usprawiedliwienia. Jeżeli faktycznie funkcjonariusze SOP nie mogli działać z powodu polecenia prezydenta, niech to zostanie jasno powiedziane. Jeżeli popełnili błędy organizacyjne, niech poniosą odpowiedzialność służbową. Jeżeli zaś ich postępowanie było zgodne z procedurami, to być może należałoby przyjrzeć się samym procedurom, ponieważ najwyraźniej wymagają poważnej korekty.

Nie oczekuję, że polscy ochroniarze będą wyważać każde drzwi, na których pojawi się tabliczka z napisem „nie wchodzić”. Oczekuję natomiast, że będą wiedzieli, jak bezpiecznie przeprowadzić prezydenta przez wejście, które zostało wcześniej zabarykadowane. To naprawdę nie powinno przekraczać możliwości zawodowców.

Na koniec pozostaje mi jeszcze jedna refleksja. W państwie, w którym wszyscy tak chętnie powołują się na powagę urzędu, warto byłoby czasami przypomnieć sobie, że powaga państwa nie bierze się z wielkości gabinetów, liczby ochroniarzy, długości kolumny samochodów ani z tego, jak mocno ktoś potrafi trzymać drzwi. Bierze się przede wszystkim z profesjonalizmu ludzi, którzy za jego funkcjonowanie odpowiadają.

Prezydent może być bardziej lub mniej lubiany, sędzia może mieć rację albo jej nie mieć, politycy mogą się kłócić, a instytucje mogą pozostawać w konflikcie. To wszystko jest częścią naszej rzeczywistości. Ale służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa, powinny stać ponad tymi sporami i wykonywać swoje zadania bez względu na to, kto akurat siedzi w Pałacu Prezydenckim. Bo dzisiaj Karol Nawrocki wspina się na płot, jutro może to być jego następca, a pojutrze ktoś, kogo poglądy będą nam jeszcze mniej odpowiadać. Właśnie dlatego nie wolno przyzwyczajać się do widoku prezydenta, który musi sam sobie organizować drogę do wejścia.

SOP ma chronić głowę państwa, a nie czekać, aż ona sama rozwiąże problemy SOP.

Bogdan Feręc

fot. Radio Wnet, Jakub Pilarek

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version