Przez moment wydawało się, że historia w Irlandii wstrzyma oddech, że wahadło, które od dekad porusza się między Fine Gael a Fianna Fáil, nagle zatrzymało się w najwyższym punkcie i zaczęło drżeć, gotowe opaść w zupełnie nowym kierunku. Wybór Catherine Connolly na urząd prezydenta przyjęty został przez środowiska lewicowe niczym znak z nieba, a może nawet dowód, że społeczeństwo jest gotowe na coś więcej niż tylko kosmetyczne korekty systemu. W politycznych kuluarach zaczęto mówić półgłosem o końcu starego porządku, a głośniej o narodzinach nowego.
To był jednak moment bardziej symboliczny niż realny, który rozbudził wyobraźnię, ale nie zmienił niczego. Irlandzka polityka od zawsze przypominała raczej rodzinny spór niż ideologiczną wojnę, więc nawet Fine Gael i Fianna Fáil, choć formalnie wywodzą się z przeciwnych stron wojny domowej, przez lata zbudowały system stabilności oparty na pragmatyzmie, kompromisie i głęboko zakorzenionym instynkcie przetrwania. W tym świecie lewica funkcjonowała jak echo dawnych nadziei, czyli była obecna, słyszalna, ale rzadko zdolna do przejęcia głównej roli w teatrze polityki.
Dlatego zwycięstwo Connolly miało znaczenie przede wszystkim psychologiczne. Oto polityczka kojarzona z progresywnymi ideami, z krytyką nierówności i establishmentu, zajęła najwyższy urząd w państwie. W kraju o tak silnym przywiązaniu do symboli było to wydarzenie, które musiało pobudzić wyobraźnię. Lewicowi komentatorzy niemal natychmiast zaczęli kreślić wizję efektu domina, więc prezydent jako moralny kompas narodu, postać jednocząca, która natchnie rozproszone lewicowe ugrupowania i przyciągnie wyborców zmęczonych starym układem. Problem polegał na tym, że Uachtarán na hÉireann (prezydent ROI) nie jest silnikiem.
Irlandzki prezydent może inspirować, przemawiać, przestrzegać i symbolizować, ale nie może rządzić. Konstytucja zaprojektowała ten urząd jako punkt równowagi, nie jako dźwignię zmiany, czyli Catherine Connolly mogłaby nadawać ton debacie, lecz nie może uchwalać ustaw ani budować koalicji. Jej wybór stał się jedynie sygnałem kulturowym, nie politycznym, natomiast lewica zdawała się jednak traktować go jak zapowiedź nieuniknionego przejęcia władzy.
W tygodniach po zaprzysiężeniu w mediach pojawił się niemal rytualny optymizm i przedstawiciele Partii Pracy, Socjaldemokratów oraz mniejszych ugrupowań niereprezentowanych w Dáil Éireann powtarzali, że oto nadchodzi moment jedności, że kończy się epoka rozdrobnienia, osobistych animozji i ideologicznych sporów o szczegóły, a zacznie się era wspólnego frontu. W tych deklaracjach pobrzmiewała nuta przeznaczenia i właściwie przekonanie, że historia wreszcie wyrówna rachunki. Było to jednak przekonanie bardziej życzeniowe niż oparte na faktach.
Irlandzka lewica od lat zmaga się z problemem, który trudno rozwiązać samą retoryką, a jest podzielona nie tylko organizacyjnie, ale i tożsamościowo. Partia Pracy wciąż nosi na sobie ciężar kompromisów z czasów kryzysu finansowego, gdy współrządziła krajem w okresie bolesnych oszczędności. Natomiast Socjaldemokraci próbują przedstawiać się jako świeża alternatywa, ale ich wpływ pozostaje ograniczony. Mniejsze ugrupowania istnieją głównie w przestrzeni mediów społecznościowych, a nie parlamentarnych, ale każde z nich wierzy, że to ono powinno być rdzeniem przyszłej lewicowej koalicji, co skutecznie uniemożliwia powstanie jednej, spójnej siły. W efekcie zamiast armii powstał chór solistów.
Sondaże, które początkowo odnotowały niewielkie wzrosty poparcia dla ugrupowań lewicowych, szybko ustabilizowały się na poziomie, który nie daje podstaw, nawet do snucia wizji przejęcia władzy, czy rewolucyjnych scenariuszy. Owszem, kilka dodatkowych punktów procentowych może poprawić humory działaczy i zapewnić więcej czasu antenowego, ale nie zmienia fundamentalnej struktury politycznej kraju. Irlandzcy wyborcy, choć potrafią być impulsywni, pozostają w gruncie rzeczy przywiązani do rozwiązań znanych, ale i dających rękojmię umiejętnego sprawowania władzy, choćby mieli do polityków opcji rządzącej wiele zarzutów. W momentach niepewności wolą więc znane niedoskonałości niż nieznane obietnice, co skutecznie blokuje dostęp do rządowych gabinetów mniejszym ugrupowaniom.
Istnieje w tym wszystkim również element narodowej psychologii, bo Irlandia jest krajem, który pamięta biedę aż nazbyt dobrze, by stawiać na eksperymenty gospodarcze. Sukces ostatnich dekad, więc wzrost gospodarczy, napływ inwestycji, transformacja z peryferyjnej gospodarki Europy w jedno z technologicznych centrów Unii Europejskiej, nie jest traktowany jako coś oczywistego. Wielu wyborców obawia się, że gwałtowne zmiany mogłyby zachwiać tym, co udało się zbudować.
Na wyobraźnię działa także przykład Wielkiej Brytanii. Irlandczycy obserwują ją z uwagą, jak patrzy się na starszą siostrę, która wybrała właśnie tę inną drogę i teraz zmaga się z jej konsekwencjami. Relacje rodzinne, migracje zarobkowe i wspólna przestrzeń medialna sprawiają, że wydarzenia po drugiej stronie Morza Irlandzkiego nie są abstrakcją, lecz częścią codziennej rozmowy. Obraz, który dociera z Londynu, nie sprzyja entuzjazmowi wobec lewicowych eksperymentów. Brytyjska Partia Pracy, która wróciła do władzy z obietnicą stabilizacji i odnowy, musi mierzyć się z gospodarką w stanie chronicznego zmęczenia. Do tego dochodzą wysokie koszty życia, napięcia społeczne i poczucie stagnacji, które sprawiają, że cierpliwość wyborców szybko się wyczerpuje. Niezależnie od tego, jak dalece te problemy wynikają z globalnych trendów, a jak bardzo z konkretnych decyzji politycznych, w świadomości opinii publicznej zaczynają się zlewać w jedną narrację, czyli lewica obiecuje więcej, niż może dostarczyć.
Irlandczycy, którzy przez lata emigrowali do Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu pracy, dziś często opowiadają o rosnących trudnościach, a te opowieści działają silniej niż jakakolwiek kampania wyborcza. Są osobiste, konkretne i trudne do zignorowania, a w polityce percepcja bywa ważniejsza niż statystyka. Na tym tle irlandzka lewica znalazła się w paradoksalnej sytuacji, ponieważ z jednej strony dysponuje sprzyjającymi symbolami – prezydentką, która ideowo jest jej bliska, oraz społeczeństwem coraz bardziej świadomym problemów również po stronie przychylnej społeczeństwu, przynajmniej pod względem głoszonych haseł. Z drugiej zaś nie potrafi przekuć tych symboli w realną władzę, a brakuje jej nie tylko jedności, ale i wiarygodnego planu, który przekonałby wyborców, że zmiana nie oznacza chaosu.
Catherine Connolly obejmując urząd, stała się figurą, na którą rzutowano oczekiwania wykraczające daleko poza jej konstytucyjne kompetencje, a niektórzy widzieli w niej niemal zwiastuna nowej epoki. Tymczasem ona sama wydaje się rozumieć ograniczenia swojej roli i jej prezydentura, jak do tej pory, jest powściągliwa, wyważona i bardziej instytucjonalna niż ideologiczna. Nie rozdaje czerwonych sztandarów, nie nawołuje do politycznych krucjat, a jest strażnikiem ciągłości, nie architektem rewolucji. Ergo, to zderzenie oczekiwań z rzeczywistością musiało przynieść rozczarowanie.
W polityce istnieje stare powiedzenie, że łatwiej wygrać symbol niż system. Lewica w Irlandii wybrała symbol, a system pozostał nienaruszony.
Można odnieść wrażenie, że największym błędem irlandzkiej lewicy była zbyt wczesna wiara we własną narrację, bo zamiast cierpliwie budować struktury, poszerzać bazę wyborców i tworzyć spójną programową alternatywę, część jej przedstawicieli zaczęła zachowywać się tak, jakby zwycięstwo było kwestią czasu. Media społecznościowe wypełniły się triumfalnym tonem, który nie znajdował potwierdzenia w liczbach i w ten sposób powstała iluzja siły, która w rzeczywistości była jedynie echem nadziei.
Jeżeli spojrzeć na politykę z dystansu, pełna jest takich chwil, gdy wydaje się, że wszystko jest możliwe, a potem okazuje się, że nic się nie zmieniło. Czasami, czego nie można pominąć, symbol staje się początkiem realnej transformacji, jednak częściej pozostaje tylko symbolem, który szybko idzie w zapomnienie.
Irlandia, kraj o długiej pamięci i jeszcze dłuższej tradycji pragmatyzmu, nie ulega łatwo politycznym mirażom, choć wyborcy mogą tu eksperymentować, mogą flirtować z alternatywami, ale rzadko porzucają stabilność bez wyraźnego powodu. Lewica, jeśli chce kiedykolwiek przejąć władzę, będzie musiała zrobić coś więcej niż tylko czekać na sprzyjający wiatr historii. Będzie musiała sama nauczyć się go wytwarzać. Na razie jednak ten wiatr ucichł, a razem z nim ucichły opowieści o nieuniknionej wygranej.
Bogdan Feręc

