W polskiej polityce prawica od lat opowiada tę samą historię, ale bohaterowie się starzeją, dekoracje płowieją, hasła drukuje się większą czcionką, ale scenariusz pozostaje identyczny, więc najpierw trzeba odsunąć liberałów, potem „jakoś to będzie”. Tyle że państwo to nie remiza strażacka, którą można przejąć po sąsiedniej wsi i przemalować na własny kolor. Państwo wymaga projektu, a z tym na prawicy jest dziś dramat, o ile nie dno zupełne.
Nie chodzi o to, że nie mają ambicji. Mają. Nie chodzi też o to, że nie mają energii. Mają jej aż nadto, ale głównie w mediach społecznościowych, w studiach telewizyjnych, w sejmowych tyradach. Problem w tym, że cała ta energia idzie w gwizdek, bo zamiast spójnej wizji Polski dostajemy festiwal udowadniania, kto jest bardziej prawicowy, kto ma czystsze ideologiczne sumienie, kto ostrzej uderzy w rząd. To polityka na poziomie szkolnego korytarza, która rządzi się przepychankami, etykietkami i demonstracyjnie odwraca plecami.
Wybory parlamentarne zbliżają się nieubłaganie, a to moment, w którym poważne ugrupowania powinny wyłożyć karty na stół. Powinny powiedzieć: tak, chcemy władzy, wiemy po co, wiemy jak, wiemy z kim. Tymczasem na prawicy słychać głównie chóralne – „byle nie oni”. To za mało, o wiele za mało, ale spójrzmy po kolei.
Pierwszym graczem jest Prawo i Sprawiedliwość, więc partia, która przez lata dominowała scenę polityczną, dziś jednak wygląda trochę jak drużyna, która nadal rozgrywa mecz sprzed dekady. Narracja wciąż ta sama, że „było dobrze, a będzie jeszcze lepiej”, tyle że wyborcy nie głosują na wspomnienia, oni głosują na przyszłość, a tej w przekazie PiS brakuje. Wodzostwo w PiS jest dobrze widoczne, a zarazem coraz mniej skuteczne, natomiast lider, który przez lata potrafił narzucić tempo całej scenie politycznej, dziś wydaje się zmęczony. Do tego dochodzą wewnętrzne podziały, ambicje młodszych działaczy, frakcje, które coraz mniej udają jedność, co oznacza, że nie jest to naturalny stan partii szykującej się do odzyskania władzy. To obraz ugrupowania, które bardziej zajmuje się sobą niż Polską.
Program? W dużej mierze reaktywacja dawnych haseł. Więcej transferów, więcej państwa, więcej „suwerenności”, ale świat się zmienił. Polska gospodarka nie jest już w fazie nadrabiania dystansu, ona jest w ciągłej rywalizacji o jakość, innowacje, o kapitał ludzki. Gdzie jest plan na zatrzymanie młodych w kraju? Gdzie konkretna strategia wobec automatyzacji, sztucznej inteligencji, transformacji energetycznej? Zamiast tego słyszymy mantrę o powrocie do czasów, które w pamięci zwolenników są złote, a w realnej analizie, co najwyżej szare.
Drugi gracz to Konfederacja. Ugrupowanie, które próbuje przedstawiać się jako świeża krew prawicy, wolnorynkowy dynamit, antysystemowa alternatywa. Rzecz w tym, że ten dynamit bywa odpalany w przypadkowych miejscach. Konfederacja koncentruje się na gospodarce, ale robi to w sposób uproszczony do granic karykatury. Państwo ma się wycofać, podatki mają spaść, przedsiębiorca ma być królem. Brzmi atrakcyjnie, dopóki nie zapytamy o szczegóły. Jak zabezpieczyć pracowników w świecie niestabilnych umów? Jak finansować ochronę zdrowia i edukację przy radykalnym ograniczeniu wpływów budżetowych? Jak chronić polski kapitał przed globalnymi gigantami, którzy z wolnego rynku potrafią zrobić pole minowe?
W retoryce niektórych liderów Konfederacji pobrzmiewa wizja kraju, w którym właściciel ma rację z definicji, a pracownik ma być wdzięczny, że w ogóle jest zatrudniony. To nie jest nowoczesny prawicowy liberalizm gospodarczy. To echo pańszczyzny w nowym garniturze, a XXI wiek nie wybacza takich uproszczeń. Społeczeństwo jest bardziej świadome i, o czym politycy muszą pamiętać, bardziej wymagające. Wolność gospodarcza bez odpowiedzialności społecznej to przepis na konflikt, nie na rozwój.
Trzeci podmiot to rosnąca w siłę Konfederacja Korony Polskiej, a ta operuje na jeszcze innym poziomie. To wprost formacja, która karmi się kontrowersją, więc skrajny elektorat wreszcie ma swoich reprezentantów, którzy mówią to, czego inni nie odważą się powiedzieć. Problem w tym, że polityka to nie konkurs na najbardziej radykalne hasło. To sztuka budowania większości. Nie przeczę, można mieć rację w pojedynczych diagnozach, można i trzeba trafnie punktować błędy Unii Europejskiej, wskazywać na hipokryzję zachodnich elit, alarmować w sprawach suwerenności, ale jeśli forma przekazu jest permanentnym skandalem, jeśli ton jest nieustannie konfrontacyjny, jeśli brakuje elementarnej odpowiedzialności za słowo – to nie jest droga do realnej władzy. To jest droga do niszy.
Największy problem prawicy nie leży jednak w różnicach programowych, leży także w mentalności oblężonej twierdzy. Każde z tych ugrupowań prezentuje przekonanie, że to ono jest jedynym prawdziwym reprezentantem narodu. Każde patrzy na pozostałe jak na konkurenta do tej samej puli głosów, a nie potencjalnego partnera i w efekcie mamy trzy wyspy, które zamiast budować mosty, strzelają do siebie racami.
Deklaracje o braku współpracy padają z łatwością. „Z nimi nie wejdziemy w koalicję”. „Z tamtymi nam nie po drodze”, bo politycy mówią to tak, jakby wyborcy byli dziećmi, które uwierzą w każdą przysięgę złożoną przed kamerą. Tymczasem historia polskiej polityki przypomina, że po wyborach arytmetyka potrafi zmiękczyć nawet najbardziej twarde stanowiska. Jeśli więc dziś słyszymy kategoryczne „nie”, to trudno nie odnieść wrażenia, że jest to raczej element gry niż realna strategia.
Na drugim biegunie stoi Koalicja Obywatelska, jako całość, więc obecny główny rozgrywający po stronie rządowej. Prawica buduje swoją tożsamość niemal wyłącznie w kontrze do niej. Każda wypowiedź, każdy wpis, każda konferencja prasowa sprowadza się do jednego: „oni są źli”. Owszem, krytyka władzy jest fundamentem demokracji, ale jeśli cała tożsamość polityczna sprowadza się do negacji przeciwnika, to w momencie, gdy przeciwnik znika, partia zostaje z pustymi rękami.
Obecne odwrócenie ról jest aż nazbyt widoczne i zamiast mówić, co zrobią po przejęciu steru, prawicowi liderzy skupiają się na codziennym punktowaniu potknięć rządu. To tak, jakby drużyna piłkarska koncentrowała się wyłącznie na analizie błędów przeciwnika, zapominając o własnych treningach. W dniu meczu okazuje się, że kondycji brak, taktyki nie ma, a jedyne, co zostało, to przekonanie o własnej wyższości.
Do tego dochodzi kwestia międzynarodowa. Europa znajduje się w stanie permanentnego napięcia: wojna za wschodnią granicą, spowolnienie gospodarcze, transformacja energetyczna wymuszająca trudne decyzje. W tej sytuacji przejęcie władzy to nie jest nagroda, lecz odpowiedzialność. Ergo, każdy błąd będzie kosztował podwójnie, każda nietrafiona decyzja odbije się nie tylko w sondażach, ale w realnych portfelach obywateli. Prawica deklaruje także twardą postawę wobec Rosji, a w wielu wymiarach jest to stanowisko zrozumiałe i uzasadnione, jednak twardość w retoryce to jedno, a chłodna kalkulacja interesów państwa to drugie. Polityka zagraniczna nie znosi emocjonalnych zrywów, ona wymaga precyzji, cierpliwości i świadomości konsekwencji. Wystarczy posłuchać wypowiedzi takich postaci jak prezydent Karol Nawrocki, by zobaczyć, jak łatwo retoryka historyczna przechodzi w ton konfrontacyjny, bo taką właśnie się staje. Historia jest ważna, ale nie może być jedynym kompasem w świecie, który zmienia się szybciej niż podręczniki.
W tym wszystkim najgorsze jest jednak to, że prawica sprawia wrażenie formacji, która sama nie wierzy w możliwość stabilnego rządzenia. Jakby wolała pozostawać w wygodnej roli krytyka. Bo krytyk nie odpowiada za budżet, za inflację, za bezrobocie, za ceny energii. Krytyk może mówić wszystko, a rządzący musi liczyć się z realiami.
Nie można wykluczyć, że część liderów prawicy kalkuluje, że lepiej będzie poczekać, aż kryzysy się skumulują, aż obecna władza zużyje się do końca, aż gniew społeczny osiągnie maksimum. Wtedy wejść i zebrać polityczne żniwo. To strategia cyniczna, ale jednocześnie prawdopodobna, choć problem w tym, że państwo nie jest polem do taktycznych eksperymentów. Każdy rok dryfowania bez jasnej alternatywy to czas stracony dla kraju i jego mieszkańców.
Polska potrzebuje dziś poważnej rozmowy o gospodarce, o tym, jak budować przewagi konkurencyjne, jak wspierać innowacje, jak reformować edukację, by odpowiadała na realne potrzeby rynku pracy. Potrzebuje rozmowy o demografii, o systemie emerytalnym, o ochronie zdrowia, jednocześnie rozmowa nie może być wiecznym polem do politycznych przepychanek. Tymczasem prawica oferuje głównie retorykę konfrontacji i wewnętrzne wojny. Powiem to tak – nie wystarczy krzyczeć, że „Polska jest najważniejsza”, bo trzeba jeszcze pokazać, jak tę Polskę urządzić. Nie wystarczy oskarżać przeciwników o zdradę czy niekompetencję, a trzeba udowodnić, że samemu jest się lepszym, czyli konkretem, a nie memem.
Dzisiejszy obraz polskiej polityki jest wręcz barbarzyński, choć może bardziej sadystyczny wobec własnych obywateli i te trzy najważniejsze ugrupowania prawicowe, każde z własnym ego większym niż suma ich programów, daje Polakom brak zgody, brak wspólnej strategii, brak elementarnej pokory wobec skali wyzwań. Jeśli tak ma wyglądać droga do władzy, to prawica może znów obudzić się w roli opozycji i znów tłumaczyć, że „naród nie zrozumiał”.
Politycy prawicy muszą wreszcie przestać traktować wyborców jak kibiców, choć chciałem powiedzieć idiotów, których wystarczy podgrzać ostrym hasłem. Muszą przestać udawać, że jedynym problemem Polski jest aktualny rząd. Muszą wyjść poza własne strefy komfortu, poza własne ambicje, poza własne urazy, bo inaczej pozostanie im tylko jedno, więc ponownie głośno krzyczeć z ław opozycji, że mogliby rządzić lepiej.
A kraj, cóż, pozostanie zmęczony permanentną wojną na górze, wybierze tych, którzy przynajmniej sprawiają wrażenie, że wiedzą, dokąd idą. Ten tak zwany kwiat narodu, jego domniemana elita powinna zapamiętać, że polityce nie wygrywa ten, kto najgłośniej potępia przeciwnika, a na podium staje ten, kto potrafi przekonać, że ma plan. Dziś prawica w Polsce tego planu nie pokazuje i dopóki będzie zajęta głównie sobą, dopóty władza pozostanie dla niej bardziej marzeniem niż scenariuszem i to realnym.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

