Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Polska nie jest gotowa na jednego człowieka u steru. Czy system prezydencki byłby dla nas politycznym eksperymentem, czy początkiem poważnych problemów?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

W Polsce ponownie pojawiły się głosy, a miało to miejsce szczególnie po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego zwołanym przez prezydenta Karola Nawrockiego, że głowa państwa usilnie dąży do zmiany ustroju i chciałaby wprowadzenia w Polsce systemu prezydenckiego. Oznaczałoby to oczywiście fundamentalną przebudowę obecnego modelu sprawowania władzy. Prezydent, a nie premier, stałby się rzeczywistym centrum władzy wykonawczej, a Polska zaczęłaby funkcjonować według zasad zbliżonych do tych, które znamy ze Stanów Zjednoczonych lub, przy zachowaniu odpowiednich różnic, Francji.

Nie jest to zresztą pomysł, który pojawił się wczoraj. Sugestie dotyczące wzmocnienia kompetencji prezydenta powracały już wielokrotnie, a i ja nie jestem wolny od przekonania, że obecny prezydent nie zmierza w tym kierunku. Już w pierwszych miesiącach prezydentury Karola Nawrockiego zauważyłem bowiem, że jego sposób sprawowania urzędu, aktywność polityczna i sposób komunikowania się z rządem wskazują, przede wszystkim na znacznie szersze rozumienie roli prezydenta, niż to, do którego przyzwyczaili nas jego poprzednicy.

Trzeba jednak pamiętać, że prezydentura doktora Nawrockiego różni się od wszystkich wcześniejszych. Jej dynamika, konfrontacyjność i zdecydowanie, mogą być interpretowane, jako próba poszerzania faktycznego wpływu głowy państwa na politykę krajową. Nie musi to jednak oznaczać, że mamy do czynienia z przygotowywaniem gruntu pod zmianę ustrojową. Sam dr Nawrocki nie deklaruje przecież wprost, że zamierza zmienić Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej w tym zakresie. Możliwości są więc dwie i albo nie ujawnia wszystkich swoich politycznych zamiarów, albo rzeczywiście jest człowiekiem, który sprawnie zarządza otrzymanym od narodu urzędem oraz wykorzystuje dostępne mu konstytucyjne instrumenty w sposób, który jest znacznie bardziej aktywny niż poprzedników.

Nie to jest jednak najważniejsze. Znacznie ciekawsze, a zarazem poważniejsze jest pytanie, czy system prezydencki w ogóle sprawdziłby się w Polsce. Czy rzeczywiście potrzebujemy silnego przywódcy, który skupiałby w swoich rękach najważniejsze państwowe kompetencje? Czy polskie doświadczenia historyczne, nasza kultura polityczna i sposób funkcjonowania społeczeństwa pozwalają na bezpieczne przeprowadzenie takiej zmiany?

Moja odpowiedź jest dość jednoznaczna. Nie widzę obecnie możliwości, aby Polska mogła być skutecznie zarządzana w klasycznym systemie prezydenckim. I nie chodzi wyłącznie o konstrukcję prawną, lecz przede wszystkim o naszą polską naturę polityczną. Mamy bowiem w sobie pewien pierwiastek autorytarny, który w określonych okolicznościach, potrafi ujawnić się z zadziwiającą siłą. W państwie, w którym spór polityczny bardzo szybko przeradza się w osobistą wojnę, a przeciwnik przestaje być rywalem i staje się wrogiem, przekazanie ogromnej władzy jednemu człowiekowi może okazać się rozwiązaniem wyjątkowo ryzykownym.

Oczywiście nie oznacza to, że każdy system prezydencki musi prowadzić do dyktatury. Byłoby to nadużycie z mojej strony. Stany Zjednoczone mają rozbudowany system kontroli i równowagi władz, a prezydent nie może tam dowolnie zmieniać prawa ani ignorować Kongresu. O ile nie jest Donaldem Trumpem. Francja funkcjonuje z kolei w modelu semiprezydenckim, w którym kompetencje prezydenta i premiera są rozdzielone, choć rzeczywista siła głowy państwa zależy również od układu politycznego w parlamencie. Nie można więc wrzucać tych rozwiązań do jednego worka. Problem polega na czymś innym. Każdy system ustrojowy musi być dostosowany nie tylko do zapisów konstytucyjnych, ale również do ludzi, którzy będą go tworzyć, interpretować i stosować. Nawet najlepsza konstytucja nie ochroni państwa przed wszystkimi skutkami złych decyzji, jeżeli instytucje kontrolne zostaną podporządkowane interesowi politycznemu, a społeczeństwo zaakceptuje przekonanie, że silny przywódca zawsze wie lepiej.

Właśnie dlatego warto przyjrzeć się dotychczasowym prezydentom Polski. Nie po to, aby urządzać historyczny sąd nad każdym z nich, ale żeby się zastanowić, jak poszczególne osobowości odnalazłyby się w systemie, w którym ich wpływ na państwo byłby wielokrotnie większy.

Wojciech Jaruzelski (1989–1990)

Tu problemów z oceną nie mam. Zdeklarowany komunista, człowiek odpowiedzialny za wprowadzenie stanu wojennego, nigdy nie powinien być prezydentem demokratycznego państwa w normalnych warunkach ustrojowych. Oczywiście doskonale rozumiem historyczny kontekst jego wyboru. Polska znajdowała się w okresie przejściowym, rozpoczynała odchodzenie od systemu komunistycznego i wchodziła w zupełnie nową rzeczywistość polityczną. Wybór Jaruzelskiego był elementem politycznego kompromisu Okrągłego Stołu, a nie rezultatem zwyczajnej demokratycznej rywalizacji.

Nie zmienia to jednak faktu, że był to prezydent wywodzący się z poprzedniego systemu, którego obecność na najwyższym stanowisku państwowym symbolizowała bardziej ciągłość, niż rzeczywiste zerwanie z komunistyczną przeszłością. W systemie prezydenckim, z dużo szerszym zakresem kompetencji, taka postać byłaby szczególnie problematyczna. Historia pokazała zresztą, jak niebezpieczne potrafi być skupienie instrumentów państwowych w rękach aparatu władzy pozbawionego demokratycznej legitymacji.

Lech Wałęsa (1990–1995)

Do dziś zastanawiam się, dlaczego przewodniczący Solidarności został prezydentem. Po głębszym namyśle dochodzę do wniosku, że była to w pewnym sensie forma podziękowania za jego historyczną rolę w obaleniu komunizmu. Polska potrzebowała symbolu zwycięstwa nad poprzednim systemem, a Wałęsa był postacią, która najlepiej pasowała do tej roli.

Problem w tym, że historyczne zasługi nie zawsze przekładają się na umiejętność sprawowania najwyższych funkcji państwowych.

Lech Wałęsa na urzędzie prezydenta był nieprzewidywalny, często prostacki w sposobie komunikacji i pozbawiony politycznej powściągliwości, której należałoby oczekiwać od głowy państwa. Jego konflikty z rządem, otoczeniem politycznym i kolejnymi instytucjami państwowymi pokazały, że charyzma oraz zdolność mobilizowania tłumów, nie są wystarczającymi kwalifikacjami do zarządzania państwem.

W mojej ocenie prezydent Lech Wałęsa zaszkodził zarówno własnemu wizerunkowi, jak i powadze urzędu prezydenckiego. A przecież dysponował już wtedy znaczącymi instrumentami politycznymi. Trudno sobie wyobrazić, jakie konsekwencje mogłoby przynieść wyposażenie go w kompetencje odpowiadające klasycznemu systemowi prezydenckiemu. Byłby to eksperyment, którego wyników chyba nie chcielibyśmy poznawać.

Aleksander Kwaśniewski (1995–2005)

Też człowiek wywodzący się z komunistycznego obozu politycznego, ale przynajmniej potrafił zachować się na stanowisku prezydenta. Oczywiście pod warunkiem, że postaram się zapomnieć o jego alkoholowych wybrykach i kilku sytuacjach, które niekoniecznie powinny znaleźć się w prezydenckich kronikach.

Mimo wszystko uważam go za jednego z lepszych prezydentów III Rzeczypospolitej. Potrafił znaleźć nić porozumienia z różnymi środowiskami politycznymi, sprawnie posługiwał się słowem i rozumiał, że prezydentura wymaga czegoś więcej, niż nieustannego prezentowania własnych przekonań. Dobrze poruszał się zarówno w polityce krajowej, jak i międzynarodowej. Miał wyczucie dyplomatyczne, potrafił rozmawiać z politycznymi przeciwnikami i nie sprawiał wrażenia człowieka, który każdą różnicę zdań traktuje jak osobistą obrazę.

Nie był pozbawiony wad, ale posiadał cechę niezwykle istotną z punktu widzenia systemu prezydenckiego: umiejętność budowania relacji i politycznego kompromisu.

Właśnie dlatego, gdybym miał wskazać osobę spośród dotychczasowych prezydentów, która mogłaby odnaleźć się w systemie o znacznie większej koncentracji władzy wykonawczej, Kwaśniewski znalazłby się na tym miejscu. Miał polityczne doświadczenie, umiejętność komunikacji i wystarczającą elastyczność, aby nie traktować państwa jak własnego politycznego folwarku.

Lech Kaczyński (2005–2010)

Jego tragicznie przerwana prezydentura zapisała się w historii przede wszystkim z dwóch powodów: katastrofy smoleńskiej oraz silnego związania urzędu prezydenckiego z obozem Prawa i Sprawiedliwości.

Prezydent Kaczyński był politycznie bliski swojej macierzystej formacji, a granica pomiędzy rolą głowy państwa a interesem partyjnym, nie zawsze była wystarczająco wyraźna. Nie chodzi o to, że prezydent nie może mieć własnych przekonań politycznych. Oczywiście, że może. Problem zaczyna się wtedy, gdy urząd mający reprezentować wszystkich obywateli, zaczyna być postrzegany przede wszystkim, jako instrument jednej strony politycznego sporu.

W systemie prezydenckim byłoby to szczególnie niebezpieczne. Prezydent wyposażony w szerokie kompetencje, który utożsamia interes państwa z interesem własnego obozu, mógłby doprowadzić do bardzo głębokiej polaryzacji instytucji. A Polska i bez tego ma wystarczająco dużo politycznych podziałów.

Bronisław Komorowski (2010–2015)

To człowiek, który objął urząd prezydenta w szczególnych okolicznościach, ponieważ wcześniej pełnił funkcję marszałka Sejmu i zastąpił Lecha Kaczyńskiego po jego śmierci. Następnie wygrał wybory prezydenckie.

Jego prezydentura dała się zapamiętać przede wszystkim z licznych wpadek, niezręcznych wypowiedzi i sytuacji, które nie budowały szczególnego autorytetu głowy państwa. Nie przypominam sobie, aby pozostawiła po sobie jakiś wyjątkowo wyraźny ślad w zakresie przebudowy sposobu funkcjonowania kraju. Nie oznacza to natomiast, że prezydentura musi być oceniana wyłącznie przez pryzmat spektakularnych inicjatyw. Prezydent powinien również stabilizować sytuację polityczną. Jednak w przypadku Komorowskiego trudno mówić o szczególnie wyrazistej wizji sprawowania urzędu.

W systemie prezydenckim potrzebowalibyśmy od takiego człowieka znacznie więcej, niż poprawnego wykonywania obowiązków reprezentacyjnych. Potrzebowalibyśmy przywództwa, zdolności podejmowania decyzji i umiejętności zarządzania rozbudowaną administracją państwową.

Andrzej Duda (2015–2025)

A kto to jest? To oczywiście złośliwość, ale przyznaję, że po zakończeniu dwóch kadencji Andrzej Duda zaskakująco szybko zniknął z politycznego pierwszego planu i pamięci Polaków. Niektórzy byli prezydenci pozostawiają po sobie określone dziedzictwo, inni stają się przede wszystkim ulotnym wspomnieniem minionej epoki.

Andrzej Duda był prezydentem mocno upolitycznionym, niesamodzielnym w wielu najważniejszych momentach i dość mdłym pod względem prezentowania własnych opinii. Jego prezydentura była silnie związana z obozem politycznym, z którego się wywodził, a sam urząd nie zawsze sprawiał wrażenie instytucji zachowującej odpowiedni dystans wobec bieżącej polityki.

Oczywiście nie można odmówić mu aktywności w polityce międzynarodowej ani całkowicie pomijać jego roli w najważniejszych wydarzeniach dekady. Niemniej jednak, nie widzę w nim polityka, któremu należałoby powierzyć zdecydowanie szersze kompetencje wykonawcze.

System prezydencki wymaga samodzielności. Nie wystarczy więc być tytularną głową państwa, trzeba jeszcze potrafić nim kierować.

Karol Nawrocki (od 2025 roku)

I tutaj zaczyna się znacznie ciekawsza część moich rozważań. Karol Nawrocki jest prezydentem samodzielnym, wyrażającym własne opinie, nieunikającym walki politycznej i starającym się nie dopuścić do przypięcia mu łatki przedstawiciela wyłącznie jednego obozu. Nie oznacza to oczywiście, że nie ma wyraźnych prawicowych inklinacji. Ma je i trudno udawać, że jest inaczej. Stara się jednak budować pozycję człowieka, który nie zamierza ograniczać swojej działalności do interesów politycznego środowiska, które pomogło mu w zdobyciu urzędu.

Jest sprawny w zakresie inicjatyw ustawodawczych, aktywny, konfrontacyjny i szybko odnalazł się w politycznej rzeczywistości, mimo że nie wywodzi się z tradycyjnych kół politycznych. Zrozumiał, że prezydentura to nie tylko ceremoniał, przemówienia i przecinanie wstęg. To także możliwość wywierania nacisku na rząd, inicjowania zmian i kształtowania debaty publicznej.

Nie oznacza to jednak, że uważam go za polityczny ideał. Wręcz przeciwnie, wciąż mam wobec niego kilka poważnych zastrzeżeń.

Przede wszystkim przeszkadza mi częściowy brak ugodowej postawy, mimo że prezydent próbuje kreować się na człowieka otwartego na dialog. Kiedy jednak przyglądam się jego dotychczasowemu sposobowi prowadzenia polityki urzędu, chwilami odnoszę wrażenie, że przypomina dziecko, które coś sobie wymyśliło, a kiedy nie dostaje wymarzonego lizaka, rzuca się na ziemię i zaczyna bić w nią rękoma i nogami. Oczywiście jest to porównanie celowo przerysowane, ale oddaje pewną cechę jego politycznego charakteru. Nawrocki bywa zbyt uparty, a momentami można odnieść wrażenie, że zaczyna traktować własne przekonania, jako jedyne słuszne. Jest twardym graczem, który bardzo szybko nauczył się mechanizmów polityki, choć nie zawsze potrafi zaakceptować, że druga strona również ma swoje racje i konstytucyjnie uzasadnione kompetencje.

Nie mam też całkowitej pewności, czy jego otwartość na ludzi jest autentyczną cechą charakteru, czy może elementem świadomie budowanego wizerunku. Mogę się oczywiście mylić i pozostawiam sobie tutaj furtkę do zmiany oceny.

Prezydent Nawrocki ma pewne zadatki na silnego przywódcę, ale jednocześnie pojawiają się u niego cechy, które w określonych warunkach mogłyby prowadzić do nadmiernej koncentracji władzy. Nie oznacza to, że jest przyszłym dyktatorem, choć… Oznacza natomiast, że przyznanie mu znacznie szerszych kompetencji wymagałoby szczególnie starannego przemyślenia mechanizmów kontroli.

Niewątpliwym plusem aktualnego prezydenta jest umiejętność prezentowania własnych opinii i rzutkość w formułowaniu pomysłów. Z drugiej strony zbyt często prezentuje swoje narodowe przywiązanie do ojczyzny w sposób, który sprawia wrażenie próby narzucania określonego sposobu myślenia wszystkim obywatelom. Patriotyzm jest wartością, ale w państwie demokratycznym nie może być narzędziem do sprawdzania, kto jest wystarczająco patriotyczny, a kto powinien jeszcze odrobić lekcję z polskości.

Prezydent powinien reprezentować naród, nie zaś oczekiwać, że naród będzie reprezentował jego własne poglądy.

Czy Polska potrzebuje silnego prezydenta?

Przechodząc do zasadniczej konkluzji, bilans naszych dotychczasowych prezydentów wypada dość blado. Spośród siedmiu osób, które sprawowały ten urząd od 1989 roku, zaledwie dwie widziałbym w systemie prezydenckim, choć również wobec nich miałbym określone zastrzeżenia. Pierwszym byłby Aleksander Kwaśniewski, drugim zaś, co zapewne nie będzie zaskoczeniem, Karol Nawrocki.

Nie oznacza to jednak, że obaj byliby idealnymi kandydatami do sprawowania władzy w takim właśnie modelu. Kwaśniewski miał doświadczenie i umiejętność politycznego porozumienia, Nawrocki natomiast posiada cechy silnego przywódcy, potrafiącego samodzielnie wyznaczać kierunek działania. Różnica między nimi jest jednak istotna. Jeden opierał swoją pozycję przede wszystkim na umiejętności budowania politycznego kompromisu, drugi znacznie częściej na konfrontacji i zdecydowanym prezentowaniu własnego stanowiska.

Tak dochodzimy do sedna problemu.

Polska funkcjonuje obecnie w systemie parlamentarno-gabinetowym, w którym zasadnicza odpowiedzialność za prowadzenie polityki państwa spoczywa na rządzie i premierze, a prezydent pełni funkcję głowy państwa, dysponując określonymi kompetencjami kontrolnymi, reprezentacyjnymi i ustrojowymi. Nie jest to rozwiązanie pozbawione wad. Przeciwnie, wielokrotnie mogliśmy się przekonać, że współistnienie prezydenta i rządu wywodzących się z przeciwnych obozów politycznych, prowadzi do paraliżu, wzajemnego blokowania decyzji i niepotrzebnych konfliktów.

Jednak właśnie w tym modelu istnieją mechanizmy, które ograniczają możliwość skupienia całej władzy w jednym ośrodku. Sejm kontroluje rząd, rząd odpowiada przed parlamentem, prezydent dysponuje określonymi uprawnieniami, a sądy i Trybunał Konstytucyjny, stać mają na straży prawa i konstytucyjnego porządku państwa. Oczywiście skuteczność tych mechanizmów zależy od ich rzeczywistej niezależności. Nie wystarczy bowiem zapisać w Konstytucji, że instytucja ma kontrolować władzę, jeżeli w praktyce staje się ona elementem politycznej układanki.

Mimo wszystkich niedoskonałości uważam jednak, że obecny model jest dla Polski bezpieczniejszy niż system, w którym najważniejsze kompetencje wykonawcze zostałyby skoncentrowane w rękach prezydenta.

Trzeba przy tym pamiętać, że wprowadzenie systemu prezydenckiego nie polegałoby na prostym dopisaniu kilku uprawnień do obecnej Ustawy Zasadniczej. Wymagałoby gruntownej przebudowy relacji pomiędzy prezydentem, premierem i parlamentem. Należałoby określić, kto odpowiada za administrację, kto prowadzi politykę zagraniczną, kto kieruje obronnością, kto podejmuje decyzje budżetowe i przed kim, odpowiadają poszczególni członkowie władzy wykonawczej.

Nie można bowiem stworzyć dwóch ośrodków kierowania państwem, które będą miały podobne ambicje, ale nie będą posiadały jasno rozdzielonych kompetencji. Taki model nie prowadziłby do sprawniejszego zarządzania, lecz mógłby stworzyć jeszcze większy konflikt kompetencyjny niż ten, z którym mamy do czynienia obecnie.

Warto również zauważyć, że prezydent wybierany bezpośrednio przez obywateli posiada silną legitymację demokratyczną. Premier również może powoływać się na demokratyczny mandat, ponieważ jego rząd uzyskuje poparcie większości parlamentarnej. Jeżeli obaj politycy reprezentują przeciwne obozy, konflikt nie jest jedynie kwestią osobistych ambicji. Staje się konfliktem dwóch ośrodków władzy, z których każdy może twierdzić, że reprezentuje wolę wyborców.

W systemie prezydenckim problem ten rozwiązuje się poprzez precyzyjny podział kompetencji i mechanizmy wzajemnego równoważenia władz. Nie można jednak zakładać, że samo skopiowanie amerykańskich rozwiązań automatycznie przyniesie podobne rezultaty w Polsce. Instytucje nie funkcjonują w próżni. Ich skuteczność zależy od kultury politycznej, szacunku dla prawa, tradycji demokratycznych i gotowości do zaakceptowania ograniczeń własnej władzy. A z tym mamy w Polsce poważny problem.

Nasza polityka jest wyjątkowo silnie spersonalizowana. Wyborcy często głosują nie tyle na program, ile przeciwko konkretnemu politykowi. Partie budują swoją tożsamość na konflikcie z przeciwnikami, a zmiana władzy potrafi oznaczać próbę zakwestionowania niemal wszystkiego, co zrobiła poprzednia ekipa. W takich warunkach silny prezydent, mógłby stać się nie tyle gwarantem stabilności, ile centralną postacią nieustannego politycznego starcia. Co więcej, bez odpowiednich zabezpieczeń system prezydencki, mógłby sprzyjać powstawaniu kultu jednostki. Zwycięzca wyborów otrzymywałby mandat, który część jego zwolenników mogłaby interpretować, jako zgodę na niemal nieograniczone działania. Przeciwnicy polityczni zostaliby zepchnięci do roli przeszkody w realizacji woli narodu, a instytucje kontrolne zaczęłyby być przedstawiane jako element blokujący demokratycznie wybranego przywódcę.

To bardzo niebezpieczny mechanizm. Historia Europy wielokrotnie pokazała, że autorytaryzm nie zawsze rozpoczyna się od zamachu stanu, wojska na ulicach i zawieszenia konstytucji. Czasami zaczyna się od przekonania, że jeden człowiek wie lepiej, a wszyscy pozostali powinni przestać mu przeszkadzać.

Nie twierdzę, że Polska nie jest zdolna do funkcjonowania w systemie prezydenckim. Mówię natomiast, że nie widzę obecnie wystarczających przesłanek, aby uznać taką zmianę za korzystną. Potrzebujemy przede wszystkim stabilnych instytucji, sprawnego parlamentu, odpowiedzialnego rządu i prezydenta, który rozumie granice własnych kompetencji. Sprawne i znajace swoją moc państwo, nie musi mieć jednego niezwykle silnego człowieka na szczycie. Powinno mieć silne instytucje, które działają niezależnie od tego, kto aktualnie zajmuje najważniejsze stanowiska. To różnica fundamentalna, choć w polskiej debacie politycznej często traktowana jest jak szczegół, który można pominąć.

Nie każdy naród potrzebuje jednego sternika

Jestem zdania, że Polska jeszcze nie dorosła do tego, aby zarządzał nią jeden człowiek, nawet jeżeli byłby wybierany w demokratycznych wyborach. Nie mamy wystarczająco ugruntowanej kultury politycznej, aby mieć pewność, że ogromna koncentracja władzy nie zostanie wykorzystana do realizowania interesów partyjnych, osobistych lub środowiskowych.

Nie chodzi przy tym o to, że brakuje nam ludzi inteligentnych, kompetentnych czy posiadających predyspozycje przywódcze. Takie osoby z pewnością się znajdą. Problemem jest raczej brak gwarancji, że człowiek obdarzony wielką władzą, potrafił będzie z niej korzystać z odpowiednią powściągliwością. Jeszcze większym problemem jest to, że wyborcy potrafią bardzo szybko wybaczać politykom zachowania, których nie zaakceptowaliby u przedstawicieli obozu przeciwnego.

Właśnie dlatego nie chciałbym, aby Polska stała się państwem, w którym o najważniejszych kierunkach polityki decyduje jeden człowiek, niezależnie od tego, jak dobrze prezentowałby się podczas kampanii wyborczej i jak sprawnie posługiwał językiem politycznych deklaracji. Dzisiaj może to być Aleksander Kwaśniewski, jutro Karol Nawrocki, a pojutrze ktoś, kto nie będzie miał ani ich doświadczenia, ani umiejętności, ani nawet podstawowego wyczucia granic własnej władzy. Konstytucji nie pisze się przecież dla jednego prezydenta i jednej kadencji. Pisze się ją również dla tych, którzy przyjdą później. I to właśnie o nich należy myśleć, kiedy choćby sugeruje się tak daleko idące zmiany ustrojowe.

Nie można budować systemu państwowego na założeniu, że zawsze wybierzemy właściwego człowieka. To byłaby polityczna naiwność. Dobry ustrój powinien być odporny również na złego prezydenta, niekompetentnego premiera, nieodpowiedzialny parlament i polityków przekonanych o własnej nieomylności. Dlatego zdecydowanie bliższy jest mi obecny system parlamentarno-gabinetowy, mimo jego licznych wad. Daje on możliwość wzajemnej kontroli najważniejszych ośrodków władzy i pozostawia instrumenty, które można wykorzystać, kiedy sprawy zaczynają zmierzać w niewłaściwym kierunku. Nie gwarantuje idealnego rządzenia, ale ogranicza ryzyko, że całe państwo stanie się zakładnikiem jednego polityka.

A przecież o to powinno nam chodzić. Nie o znalezienie człowieka, któremu można powierzyć wszystko, lecz o stworzenie państwa, które będzie funkcjonowało poprawnie niezależnie od tego, kto akurat nim kieruje. Nie mogę więc powiedzieć, że z radością przyjąłbym wprowadzenie w Polsce systemu prezydenckiego. Obawiam się, że nie mamy wystarczającej liczby odpowiedzialnych polityków, którym można byłoby bezpiecznie powierzyć tak szeroki zakres kompetencji, a jeszcze mniej mamy pewności, że społeczeństwo potrafiłoby skutecznie kontrolować ich poczynania.

Silny prezydent może być dla państwa atutem. Ale silny prezydent bez odpowiednio silnych ograniczeń, stać się może jego największym problemem.

I na koniec pozostaje mi jedna refleksja, bo przecież Polska przez stulecia szukała silnych przywódców, którzy mieli ją prowadzić, bronić i jednoczyć. Historia nauczyła nas jednak, że państwo nie może opierać swojej przyszłości wyłącznie na charakterze człowieka zasiadającego na najwyższym urzędzie. Przywódcy odchodzą, ambicje przemijają, a instytucje powinny pozostawać.

Nie potrzebujemy więc prezydenta, który będzie chciał być monarchą republiki. Potrzebujemy republiki, w której nawet najbardziej ambitny prezydent będzie wiedział, że jego władza ma swoje granice.

Bogdan Feręc

Fot. CC Marcin Białek

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version