Będziecie wybierać. Już niedługo. Jedni za dwa lata pójdą do urn w Polsce, inni wcześniej lub później w Irlandii, jeszcze inni, jak tysiące Polaków na emigracji, rozciągną swój obywatelski obowiązek między Wisłę a Liffey, między Warszawę a Dublin. Znów usłyszymy te same frazesy o „historycznej chwili”, „odpowiedzialności za przyszłość” i „sile demokracji”. Znów politycy wyjdą na sceny niczym objazdowi kuglarze z wyćwiczonym uśmiechem, ręką na sercu i obietnicami tak szumnymi i oderwanymi od realizmu, że nawet deszcz nad Irlandią zacząłby zawracać w stronę chmur, z których spada.
A potem? Potem wszystko wróci do normy, czyli do kontrolowanego chaosu, bo największym dramatem współczesnej polityki nie jest już nawet korupcja, cynizm czy niekompetencja. Największym dramatem jest to, że społeczeństwa przywykły do bycia okłamywanymi. Ludzie nie oczekują już prawdy, a chcą komfortowego kłamstwa, podanego miękkim głosem, najlepiej w trzydziestosekundowym filmiku na TikToku, między reklamą kebaba a kolejnym tańcem internetowego błazna. Myślenie stało się wysiłkiem, a wysiłek, czymś niemodnym. Dzisiaj łatwiej znać wszystkie dramy celebrytów niż nazwisko własnego posła.
I właśnie dlatego politycy mogą robić z obywatelami niemal wszystko. Wystarczy spojrzeć na liczby, więc wybory często rozstrzygają się różnicą kilkunastu tysięcy głosów, czasem kilkuset, czasem dosłownie garści kart wrzuconych do urny. Jeden blok mieszkalny potrafi przesądzić o poselskim mandacie. Jedno średniej wielkości miasto potrafi zdecydować o prezydenturze. Jednak mimo to miliony ludzi zachowują się tak, jakby polityka była czymś odległym, abstrakcyjnym i nieistotnym. Jakby decyzje podejmowane w parlamentach nie wpływały na cenę chleba, rachunek za prąd czy długość kolejki do lekarza.
Wpływają, i to z pełną mocą.
Czy kryzys mieszkaniowy spadł z nieba? Czy eksplozja kosztów życia wydarzyła się sama z siebie? Czy wielomiesięczne oczekiwanie na wizytę lekarską jest wynikiem nagłego wybuchu narodowej hipochondrii? Oczywiście, że nie. To rezultat decyzji politycznych, a nawet konkretnych decyzji podejmowanych przez konkretnych ludzi w garniturach, którzy później z kamiennymi twarzami mówią obywatelom, że „sytuacja jest skomplikowana”. Nie, ona nie jest skomplikowana, ona została skomplikowaną uczyniona.
I trzeba powiedzieć tu rzecz wyjątkowo niewygodną, że winę ponoszą niemal wszyscy. Zarówno obecne rządy, jak i ich poprzednicy. Zarówno ci, którzy dziś siedzą w ławach władzy, jak i ci, którzy czekają na swoją kolej do politycznego żerowania. Partie zmieniają logotypy, kolory i hasła, ale mechanizm pozostaje identyczny. Najpierw kampania pełna wielkich słów o obywatelu, a potem kadencja pełna pogardy wobec tego samego obywatela.
W Polsce wygląda to znajomo, w Irlandii wygląda niemal tak samo, bo premier wychodzi przed kamery i oznajmia narodowi, że oto przygotowano nową reformę „dla dobra społeczeństwa”. Za chwilę okazuje się jednak, że „dobro społeczeństwa” oznacza wyższe podatki, nowe opłaty, większą kontrolę albo kolejne ograniczenia. Kilka tygodni później podobny komunikat słyszymy w innym europejskim kraju. Inne twarze, inny język, ale sens identyczny, jakby wszyscy korzystali z tego samego politycznego generatora przemówień.
I może właśnie tak jest.
Współczesna Europa coraz mniej przypomina wspólnotę suwerennych narodów, a coraz bardziej korporację zarządzaną przez technokratów, którzy nie muszą znać ceny masła ani martwić się rachunkiem za ogrzewanie. Decyzje zapadają daleko od zwykłych ludzi, często poza realną demokratyczną kontrolą. Parlamenty narodowe coraz częściej pełnią rolę teatrów, w których odgrywa się spektakl pod tytułem „sprawczość lokalna”, choć scenariusz napisano już wcześniej gdzie indziej.
Najgorsze jednak nie jest samo podporządkowanie elitom, czyli tym politycznym czy też biurokratycznym strukturom. Najgorsza jest obojętność wobec skutków tych działań. Kiedy polityk mówi o „transformacji”, zwykły człowiek słyszy – będziesz płacił więcej. Kiedy mówi o „modernizacji”, często oznacza to redukcję usług publicznych. Kiedy słyszymy o „bezpieczeństwie”, w praktyce dostajemy więcej nadzoru i mniej prywatności. Wszystko opakowane w eleganckie słowa i w slogany, które mają sprawić, że obywatel połknie własne zubożenie jak gorzką tabletkę.
A przecież skutki są widoczne gołym okiem i coraz więcej ludzi pracuje ciężej niż ich rodzice, a żyje gorzej. Młodzi nie mogą kupić mieszkań nawet przy przyzwoitych zarobkach. Emeryci liczą każdego centa i każdy grosz. Rodziny zastanawiają się, czy stać je jeszcze na normalne życie, czy już tylko na jego imitację. Publiczna służba zdrowia przypomina miejscami poczekalnię w loterii, że może się uda, może człowiek nie zdąży umrzeć przed diagnozą.
I nie, to nie jest „naturalny proces dziejowy”. To efekt politycznych decyzji.
Politycy uwielbiają mówić o solidarności, ale sami żyją w świecie całkowicie odklejonym od codzienności obywateli. Człowiek stojący w kolejce do lekarza nie ma kierowcy i parlamentarnej pensji. Kobieta martwiąca się o rachunki nie może wrzucić kosztów życia w służbową delegację. Młody człowiek wynajmujący pokój za absurdalne pieniądze nie dostanie odprawy po czterech latach przeciętnej pracy. Ten system stworzyły te tzw. elity polityczne, w którym ryzyko ponoszą zwykli ludzie, a komfort zachowują rządzący. Właśnie dlatego coraz więcej obywateli czuje nie tyle gniew, co niechęć do polityki. Zmęczenie ciągłym słuchaniem, że trzeba jeszcze trochę zacisnąć pasa. Jeszcze trochę dopłacić. Jeszcze trochę poczekać. Jeszcze trochę zaufać. Tymczasem ten pas zaciskany jest od lat tak mocno, że wielu ludzi ledwo łapie oddech, bo on zaciska się teraz na szyi.
Najbardziej przerażające jest jednak to, że społeczeństwa zaczynają traktować ten stan jako normalność. Człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego, nawet do powolnego odbierania godności, a może nawet życia. Właśnie na tym polega największy sukces współczesnej polityki, że nie na przekonywaniu ludzi, że żyją dobrze, ale na wmówieniu im, że mogłoby być jeszcze gorzej.
To polityka strachu, zarządzania kryzysem i permanentnego podtrzymywania społecznego napięcia, bo straszenie wojną zbliżającą się do granic jest właśnie straszeniem. Obywatel zmęczony, przestraszony i zajęty walką o codzienne przetrwanie nie ma czasu analizować mechanizmów władzy. Ma pracować, płacić i milczeć, a najlepiej jeszcze dziękować za ochłapy.
Dlatego kolejne wybory będą tak istotne. Nie dlatego, że nagle pojawi się cudowny kandydat, który odmieni świat. Nie łudźmy się, takiego nie będzie. Polityka nie jest bajką dla dzieci, a parlament nie jest zgromadzeniem świętych, ale wybory są ostatnim momentem, w którym obywatel może powiedzieć: „dość”. Nie wolno już głosować jak piłkarski kibic, który odziedziczył sympatię po rodzinie. Nie wolno wybierać twarzy z billboardu tylko dlatego, że dobrze wygląda w garniturze albo potrafi płakać przed kamerą. Demokracja umiera nie wtedy, gdy czołgi wyjeżdżają na ulice, a wówczas, gdy obywatele przestają myśleć.
Dzisiaj wielu już przestało.
Politycy doskonale o tym wiedzą. Wiedzą, że emocje są silniejsze od faktów. Wiedzą, że łatwiej sprzedać strach niż rozsądek. Wiedzą, że społeczeństwo podzielone i skłócone nigdy nie zwróci się przeciwko całej klasie politycznej, bo będzie zbyt zajęte wojną między sobą. I właśnie dlatego ta gra trwa. Tylko że ta kiedyś się kończy i nawet najpiękniej oświetlona polityczna scena kiedyś gaśnie, a po niej zostają rachunki, ruiny i ludzie pytający samych siebie, w którym momencie pozwolili odebrać sobie wpływ na własne życie?
Może właśnie teraz jest ten moment, żeby przestać klaskać kuglarzom. Może czas wreszcie spojrzeć politykom prosto w oczy i powiedzieć: sprawdzam. Bo inaczej obudzimy się w świecie, w którym obywatel będzie już tylko numerem w systemie, tanią siłą roboczą i klientem własnego państwa. Wtedy będzie już za późno, by pytać, kto doprowadził nas do zguby. Bo odpowiedź okaże się prosta – oni mogli to zrobić tylko dlatego, że zbyt długo im na to pozwalaliśmy.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowane przez AI

