Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Od charyzmy do okrutnej ciszy?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Irlandia od zawsze miała skłonność do mylenia polityki z literaturą, ale co powinno się podkreślać, nie w sensie chaosu, lecz w sensie głębokiego przekonania, że państwo to nie tylko pogoda, pieniądze, wydatki, drogi, czy zbierane od wszystkich podatki, ale również opowieść o ludziach i o sobie samym. Dlatego urząd prezydenta, chociaż formalnie słaby, realnie też symboliczny, bywał zwyczajowo na wyspie czymś więcej niż konstytucyjnym ornamentem i stawał się często lustrem, a czasami nawet latarnią morską, świecącą i wyraźnie bardziej zauważalną emocją niż władzą.

Michael D. Higgins był właśnie taką latarnią stojącą na urwisku i świecącą we mgle. Niewysoki, niekiedy może nawet zbyt gestykulujący, mówiący zdaniami, które brzmiały od czasu do czasu jak urwane strofy wiersza, ale nigdy nie były one jak wypolerowane ministerialne komunikaty prasowe. W czasach, gdy politycy na całym świecie uczyli się mówić jak algorytmy, Higgins uparcie brzmiał jak człowiek i to nie byle jaki, bo jak ktoś, kto przeczytał więcej książek, niż jego krytycy mieli w planie wziąć do ręki w całym swoim życiu. Cóż, w końcu był dziennikarzem, pisarzem i poetą.

Jego prezydentura była swoistym kulturowym performansem, a co ciekawe, Higgins nie rządził – on interpretował cały kraj. Interpretował Irlandię, jej historię, jej traumy, jej niespełnienia i gdy przemawiał, robił to tak, jakby prowadził dialog z duchami przeszłości, z Yeatsem, Joyce’em, z emigrantami, z ludźmi stojącymi w kolejkach do autobusów, z robotnikami, nauczycielami i z tymi, których nigdy nie zaprasza się na salony władzy. Był prezydentem, który przypominał, że Republika Irlandii nie jest jednak spółką akcyjną, a prawdziwym, dumnym państwem.

Po czternastu latach takiej prezydentury każde następstwo niosło ze sobą element niewiadomej i chyba musiało boleć, ale istotne jest, że Irlandia nie dostała kontrastu w postaci anty-Higginsa, kogoś wyrazistego na inny sposób. Szmaragdowa Wyspa dostała Catherine Connolly i tu zaczyna się problem, który nie jest osobisty, lecz może bardziej państwowy.

Prezydent Connolly nie jest ponad wszelką wątpliwość polityczną pustką, nie jest też z jakiegoś partyjnego nadania. Wręcz przeciwnie – ma biografię twardą, ideową, osadzoną w pracy parlamentarnej i społecznej. To polityczka zasad, nie zaś koniunktury, choć problem polega na tym, że prezydentura w Irlandii nie jest konkursem na najlepiej uporządkowany kręgosłup moralny. To funkcja narracyjna, a Catherine Connolly tej właśnie narracji unika. Jakby nie ufała metaforze. Jakby bała się lekkiego nawet patosu. Jakby uznała, że emocja to coś podejrzanego, z czym lepiej nie obcować publicznie, więc jej osobowość wydaje się jakby zimna, bo już nawet nie chłodna.

Efekt jest taki, że Irlandia ma dziś prezydentkę poprawną, ale niewidoczną. Występującą, lecz nie rezonującą, obecną ciałem, lecz zarazem jakby nieobecną duchem i chwilami odnoszę wrażenie, że mniej irlandzką od prezydenta Higginsa. Michael Daniel Higgins potrafił jednym zdaniem narobić hałasu na pół kontynentu, a nawet na połowę świata, natomiast Catherine Connolly potrafi wygłosić całe przemówienie, po którym nie zostaje ani jedno zdanie warte zapamiętania. Żeby jednak nie odnieść mylnego wrażenia, że Pani prezydent nie umie mówić, to nie jest kwestia talentu uzewnętrzniania retoryki, a bardziej symboliki wyobraźni, magii słów, umiejętności posługiwania się metaforami, które trafiają do zwykłego człowieka.

Idąc teraz drogą konstytucyjną, bo jeżeli zgodnie z Bunreacht na hÉireann prezydent, nie ma w kraju władzy realnej, musi ją zdobyć oraz utrzymać poprzez władzę znaczenia. Higgins ją miał, był na swoim urzędzie chodzącym przypisem do wieloletniej historii Irlandii, on ją nawet tworzył, ale stał się też, i właściwie od pierwszych dni w Áras an Uachtaráin przypisem zapisanym piękną kursywą. Prezydent Connolly przypomina mi bardziej urzędowy aneks do jakiegoś nudnego dokumentu, więc konieczny, poprawny, nienaganny, ale kompletnie nieczytany przez nikogo.

Widać to szczególnie dobrze w momentach kryzysowych i gdy świat chwieje się w posadach, nie słyszy się już dziś donośnego irlandzkiego głosu, który potrafiłby nadać temu rozchwianiu sens. Jest komunikat, jest stanowisko, jest balans, ale nie ma jednak tej charakterystycznej dla Higginsa umiejętności nazwania chaosu językiem, który jednocześnie koi, prowokuje do myślenia i wskazuje na taki lub inny kierunek. Catherine Connolly nie prowokuje, nasza nowa prezydent administruje emocją, zamiast ją przeżywać, pokazać, że świat ją obchodzi, że dzieją się rzeczy, których nie można zbyć milczeniem, że świat posunął się o jeden krok za daleko – Pani prezydent przedstawia wyłącznie oświadczenie.

Obserwując to, co obecnie się dzieje, można swobodnie powiedzieć, że czasy mocno się zmieniły, że nawet nie ma miejsca na poetów w polityce. Tyle że musimy pamiętać, iż Irlandia zawsze była wyjątkiem od tej reguły. To kraj, który właściwie zawsze bardziej ufał bardom niż bankierom. Kraj, w którym słowo „republika” nadal brzmi jak obietnica, a nie jak nazwa pliku, który wyświetla się na ekranie komputera. Dlatego tak dotkliwie można odczuć dziś, choć na początku drogi Catherine Connolly, brak prezydenckiej charyzmy i nie jako fanaberię elit, lecz jako realną stratę kulturową. Prezydent Connolly zdaje się nie rozumieć albo nie chcieć przyjąć, że urząd, który sprawuje, jest trochę teatrem, a w tym nie wystarczy stać prosto, znać tekst – trzeba jeszcze porwać publiczność. Michael D. Higgins porywał, choćby mówił rzeczy niewygodne. Pani Connolly nie porywa nawet w chwilach, gdy ma rację i mówi w Gaeilge, co zaczynam obserwować z pewną przykrością, bo jako mieszkaniec Zielonej Wyspy, uważam ją także za swoją prezydentkę, która zawsze może liczyć na mój szacunek.

Zastanawiałem się pisząc ten tekst, jak bardzo powinienem ingerować w najgłębszą istotę Irlandii, kraju, który stał się moją drugą ojczyzną, głównie ze względów podatkowych, ale i, który poniekąd ukształtował mnie na nowo. Irlandia pokazała mi w wielu momentach, że można inaczej, spokojniej, ładniej i bez krzyku, co akurat bardzo mi się spodobało. Mogę też powiedzieć, że wychowałem się na Michaelu D. Higginsie, który towarzyszył mi przez te wszystkie lata, jakie spędziłem na wyspie, a może nawet zacząłem w jakiś sposób – pod koniec jego drugiej kadencji rozumieć, co chciał nam wszystkim powiedzieć.

Z prezydent Catherine Connolly mam niestety pewien problem, bo jako człowiek, który uznaje, że zna się trochę na irlandzkiej polityce, wciąż nie umiem skategoryzować pani na włościach Phoenix Park. Nie chcę być też radykalny w swoich ocenach początków prezydentury, bo przecież nie o to chodzi, żeby komukolwiek sprawiać przykrość, o ile nie jest przedstawicielem koalicji rządzącej, a z nimi się nie patyczkuję. Bardziej idzie tu o wyraźny kontrast pomiędzy Catherine Connolly a Michaelem D. Higginsem, więc reasumując, nie jest to felieton o złej prezydentce, bo na to, o ile w ogóle do tego dojdzie, nie mogę sobie pozwolić, a nawet nie jest to odpowiedni czas. To chyba tekst o źle rozumianej prezydenturze, a może inaczej, o przekonaniu, że skromność wystarczy tam, gdzie potrzeba jeszcze odrobiny szaleństwa. O Republice, która po epoce poezji weszła w epokę prozy użytkowej, czyli poprawnej, gładkiej, ale bez akapitów, które zmuszają do marzeń, przemyśleń i wciągają czytelnika, który zatapia się w pojawiające kolejno słowa.

Wiem, historia bywa okrutna dla następców legend, ale bywa też hojna dla tych, którzy potrafią znaleźć własną drogę i nadać jej donośny, acz odmienny ton. Prezydent Catherine Connolly jak dotąd tego tonu jeszcze chyba nie odnalazła, a Irlandia, kraj, który zawsze słuchał uważnie, coraz częściej ma wrażenie, że nie bardzo ma dziś czego słuchać, bo kampanijne słowa o zainteresowaniu wszystkimi, wciąż czekają na realizację.

Tak całkiem na marginesie, a przecież w wyborach prezydenckich na Szmaragdowej Wyspie udziału brać jeszcze nie mogę, to przyznam, że cieszyłem się z wyboru Pani Catherine Connolly na urząd Prezydenta Republiki Irlandii. Nie chodziło jednak o moje lewicowe poglądy, bo tych już dawno we mnie nie ma, a bardziej o zablokowanie fotela w Áras an Uachtaráin kandydatce Fine Gael Heather Humphreys. Dlaczego? Sprawa jest prosta, więc chodzi o analogię do naszych wyborów w Polsce, kiedy na polu boju zostało dwóch kandydatów, czyli Rafał Trzaskowski i Karol Nawrocki. Wiadomo przecież, że inny wynik wyborów, miałby daleko idące skutki, niż te, z którymi mamy do czynienia obecnie, a w mojej ocenie, w Irlandii byłoby dokładnie tak samo.

Oczywiście wiem, że Pani prezydent Connolly ma lewicowy rodowód, wcale go przecież nie ukrywa, ale mam jednocześnie takie przeświadczenie, że nie wyjdzie z niej takie typowe „lewactwo”. Do tej pory nie do końca była okazja, żeby przekonać się o mocy tej prezydentury, a tylko dlatego, że w Irlandii nie działo się nic społecznie drażliwego. Jeżeli jednak przyjdzie do procedowania jakiejś ustawy, która mogłaby mieć wpływ na całe społeczeństwo albo pojawi się referendum w ważkiej kwestii, wówczas ujrzymy pełnię krasy prezydenckiej, bo opinia prezydent Catherine Connolly będzie miała w tej właśnie chwili ogromne znaczenie.

Jak się stanie? To pytanie, na które sam sobie nie umiem odpowiedzieć i kiedy swoim zwyczajem siadam w fotelu, gaszę światło i rozwijam w myślach różne polityczne scenariusze, w przypadku Pani Connolly mam zupełną pustkę. Nie umiem wyobrazić sobie, w jakim kierunku mogłaby pójść, co powiedzieć, jak zdecydować, co rekomendować społeczeństwu, nic – jest dla mnie tajemnicą, do tej pory nieodkrytą, wycofaną i nieobecną.

Na koniec mogę zadać sobie i chyba nie tylko sobie pytanie, czy chcę albo, czy oczekiwałem takiej prezydentury? Nie. Bardziej przemawiają do mnie prezydenci aktywni, działający w ramach przysługujących im uprawnień, ale też widoczni, głośni społecznie, wyraziści. Tacy, którzy umieją wytworzyć atmosferę, że jednak ktoś stoi na czele państwa, że ktoś kontroluje, co się w nim dzieje i jest jak surowy ojciec, w tym przypadku matka, która za dobre nagradza, a za złe karze. Natomiast obecnie Pani prezydent Connolly dała się poznać, że wciąż umie wrzucić piłkę do kosza. To jednak dla mnie za mało, a nawet w pewien sposób jest przykre, bo sprawność fizyczna jest ważna, ale na urzędzie Prezydenta Republiki Irlandii, nie jest najważniejsza. Mam wciąż niegasnącą nadzieję, że za rok, będę mógł napisać, iż myliłem się w swoich pierwotnych ocenach, więc prezydentura Catherine Connolly, stanie się w kolejnych 12 miesiącach – wręcz przebojowa.

Bogdan Feręc

Fot. Public domian Office of the President of Ireland

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version