Gdy od dawna powtarzałem w swoich felietonach i analizach, że polityczni seniorzy powinni wreszcie zejść z afisza, zrezygnować z pałacowych gier i ustąpić miejsca nowej fali, na salonach zbywano to pobłażliwym uśmieszkiem. Wawelsko-warszawskie stare wygi, zasiedziałe na swoich stołkach od czasów z przełomu wieków, uległy więc groźnej iluzji własnej niezastępowalności, czyli postanowiły trwać. Odrzuciły łagodne, ewolucyjne i cywilizowane przejście ku nowoczesności i – jak to w polityce bywa, gdy paraliżuje się naturalną wymianę pokoleniową – uruchomiły w ten sposób potężny, nieodwracalny łańcuch zdarzeń, który właśnie teraz, choć wciąż potencjalnie, rozrywa dotychczasowy układ sił w pył.
To, co obserwowaliśmy przez ostatnie dwadzieścia lat, ten jałowy, wyniszczający i cyniczny teatr dwóch aktorów – Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska – ostatecznie może dobiegać końca. Każdy, kto potrafi chłodno spoglądać na fakty, zamiast karmić się medialną papką dla naiwnych, wie, że podziemne wstrząsy już się rozpoczęły. To nie jest kwestia odległej przyszłości ani przypuszczeń. To realizujący się na naszych oczach, twardy i bezkompromisowy scenariusz, który wkrótce może całkowicie przebudować mapę polityczną Polski.
Na zgliszczach zużytego zakonu Nowogrodzkiej, rodzi się nowa potęga: triumwirat Nawrocki–Morawiecki–Bosak. A Kaczyński? Kaczyński zostaje osadzony na bocznym torze, skąd może już tylko bezradnie obserwować, jak jego dawni podwładni i pragmatyczni sojusznicy przejmują pełną kontrolę nad przyszłością kraju.
ŚMIERTELNY BŁĄD PREZESA I ROZPAD PRAWICOWEGO MONOLITU
Żeby zrozumieć nieuchronność tej rewolucji, trzeba cofnąć się do przyczyn, które doprowadziły do pęknięcia w obozie prawicy. PiS przez lata trwał wyłącznie dzięki dyscyplinie strachu i monopolowi na dystrybucję prestiżu. Jednak władza absolutna jednego człowieka w skostniałej strukturze prędzej czy później wywołuje sprzeciw kadr, które wyrastają ponad schemat ślepego posłuszeństwa.
Wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości od dawna wrzało. Ścieranie się dwóch frakcji, więc tej betonowej z pragmatycznym skrzydłem rozwoju, osiągnęło poziom krytyczny. Iskrą rzuconą na ten skrajnie wybuchowy proch stała się dramatyczna w skutkach decyzja lidera z Nowogrodzkiej, który na przyszłego premiera z ramienia partii, trochę bezmyślnie i raczej beż konsultacji wyznaczył Przemysława Czarnka. To akurat było nie do przyjęcia dla Mateusza Morawieckiego. Morawiecki to natomiast człowiek, który ma ogromną chrapką na kontynuację misji premiera i nawet dysponuje realnym zapleczem ekspertów, czyli był to dla niego jasny sygnał, że w skostniałym obozie politycznym, nie ma miejsca na nowoczesne zarządzanie państwem, ekonomiczny rozwój czy zdobywanie nowego audytorium.
Reakcja była natychmiastowa i brutalna. Prorozwojowe skrzydło PiS-u odczepiło swoje wagony od zardzewiałej lokomotywy Kaczyńskiego. Powstanie ugrupowania „Rozwój Plus” raz na zawsze położyło kres monopolowi starego zakonu z Nowogrodzkiej, więc monolit przestał istnieć. Odłączona część podjęła ryzykowne, ale jedyne logiczne wyzwanie, czyli stworzenie nowoczesnej, profesjonalnej alternatywy dla wyborców, którzy mają już serdecznie dosyć partyjnego sekciarstwa i permanentnej ideologicznej nawalanki.
Samo stowarzyszenie czy nawet nowa partia polityczna mogłaby jednak w polskich warunkach podzielić tragiczny los wcześniejszych rozłamowców i politycznych emigrantów – gdyby nie pojawienie się w samym centrum tej układanki postaci kluczowej, dysponującej najsilniejszym mandatem w państwie.
ARCHITEKT Z PAŁACU PREZYDENCKIEGO: KAROL NAWROCKI PRZEJMUJE INICJATYWĘ?
Gdy Karol Nawrocki sięgał po prezydenturę w kuluarach szeptano, że ma być jedynie sprawnym administratorem, kolejnym reprezentantem partyjnego interesu PiS-u. Jakże głęboko pomylili się ci polityczni cynicy. Przez niewiele ponad rok Nawrocki udowodnił swoją niezależność, błyskawicznie przeistoczył się z naukowca i historyka w bezwzględnego, długodystansowego gracza politycznego wysokiego formatu. Zrozumiał coś, czego jego poprzednik nie pojął przez dekadę urzędowania w Pałacu Prezydenckim. Bo prezydentura nie służy do malowniczego zasiadania na „tronie”, przecinania wstęg i biernego oczekiwania na koniec kadencji, by potem pisać pamiętniki czy jeździć z bezbarwnymi odczytami po świecie.
Nawrocki od samego początku konsekwentnie i skrupulatnie budował własne, w pełni niezależne zaplecze polityczne. Nie miał najmniejszej ochoty wiązać swojego nazwiska i potencjału ze skostniałym, defensywnym układem PiS-u. Co więcej, prezydent nie pała miłością ani do Jarosława Kaczyńskiego, który chciał z niego zrobić potulnego wykonawcę woli, ani tym bardziej do Donalda Tuska. Problem polegał na tym, że przez lata monopolizująca media wojenka podjazdowa między Tuskiem a Kaczyńskim, odcinała jakąkolwiek przestrzeń dla nowych projektów. Nawrocki potrzebował z kolei skutecznego tarana, by rozbić ten duopol i wbić się klinem w dotychczasową architekturę władzy.
Samo Stowarzyszenie „Rozwój Plus” Morawieckiego było dla Pałacu Prezydenckiego idealną odpowiedzią na to zapotrzebowanie, lecz wciąż zbyt słabą siłą parlamentarną, by samodzielnie rzucić wyzwanie machinie PiS-u i podjąć próbę sparaliżowania rządu Donalda Tuska. Potrzebny był trzeci element. I w ten sposób dochodzimy do wyliczonego z zimną krwią posunięcia, które dopełnia konstrukcję nowego centrum siły.
ALIANS PRAGMATYKÓW: ROZWÓJ PLUS I RUCH NARODOWY
Analitycy sceny politycznej przez lata ulegali złudzeniu, że cała Konfederacja to projekt spójny. Nic bardziej mylnego. Od dawna widać było wyraźną rysę między postawami Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena. Gdy ten drugi trwał przy swojej doktrynalnej, libertariańskiej ortodoksji i politycznym show-businessie, Krzysztof Bosak konsekwentnie budował pozycję państwowca – polityka dojrzałego, merytorycznego i pragmatycznego.
Bosak nie jest ekonomicznym ani politycznym radykałem, za jakiego chętnie przebierają go liberalne media. Mentalnie, ideowo i programowo jego środowisko znajduje się niezwykle blisko państwowego, prorozwojowego skrzydła Morawieckiego. Zarówno Bosak, jak i były premier rozumieją, że przyszłość Polski nie leży ani w wiernopoddańczym realizowaniu instrukcji z Brukseli, ani w romantycznym, bezproduktywnym machaniu szabelką na marginesie międzynarodowej polityki.
Karol Nawrocki dostrzegł w tej zbieżności ogromną szansę. Bliskie porozumienie Pałacu Prezydenckiego, Ruchu Narodowego Krzysztofa Bosaka oraz środowiska Mateusza Morawieckiego daje, domniemany jeszcze początek bezprecedensowej konsolidacji. Prawdopodobieństwo trwałego zjednoczenia tych sił pod jednym sztandarem nie jest już tylko hipotetycznie rozważaną opcją – to najbardziej prawdopodobny, wręcz nieuchronny kierunek ewolucji polskiej prawicy.
Wyobraźmy sobie ten układ:
- Karol Nawrocki jako naturalny patron, spoiwo, ale i przyszły lider całego obozu, który po zakończeniu kadencji prezydenckiej nie odejdzie na polityczną emeryturę, lecz stanie na czele potężnej formacji. W Polsce może to budzić zdziwienie, ale w dojrzałych demokracjach europejskich jest rzeczą zupełnie naturalną;
- Mateusz Morawiecki jako sprawny menedżer, dysponujący doświadczeniem w zarządzaniu finansami państwa i siecią międzynarodowych kontaktów gospodarczych;
- Krzysztof Bosak jako ideowy kotwiczny, gwarantujący spójność tożsamościową, poparcie młodego pokolenia i zaplecze organizacyjne.
Ten triumwirat posiada wszystko, czego brakuje zgrzybiałym strukturom z Nowogrodzkiej: młodość, dynamikę, wysokie kompetencje zarządcze oraz, co najważniejsze, świeży wizjonerski program, odpowiadający na wyzwania XXI wieku.
REALIZM ZAMIAST SERWILIZMU: UNIA EUROPEJSKA NA ZASADACH SZWAJCARSKICH
Gdy tylko informacje o kształtowaniu się nowego obozu zaczęły przeciekać do wiadomości publicznej, w reżimowych i sprzyjających rządowi mediach natychmiast uruchomiono zgraną do bólu płytę. Ruszyła nagonka z gatunku: „Nawrocki, Morawiecki i Bosak chcą wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej!”. To tania, bezczelna propaganda, mająca zastraszyć społeczeństwo i ukryć własną bezradność.
Prawda jest zupełnie inna i brzmi dla brukselskiej biurokracji znacznie groźniej: nowy triumwirat nie chce Polexitu, ale żąda bezwzględnego realizmu politycznego.
Zarówno prezydent Nawrocki, jak i „późny”, wyzwolony z pęt partyjnych Morawiecki oraz Bosak mówią jednym głosem: Unia Europejska – tak, ale wyłącznie jako przestrzeń swobodnej wymiany gospodarczej, handlu i wspólnych projektów infrastrukturalnych, a nie jako superpaństwo z politycznym nadzorem ideologicznym. Dość ślepego przyjmowania dyrektyw, które niszczą polską konkurencyjność, osłabiają nasz przemysł i rolnictwo.
Model, do którego dąży ta nowa siła, to polityka na wzór relacji szwajcarskich – twarda, wręcz cyniczna ochrona własnego rynku, podmiotowość w negocjacjach, korzystanie ze wspólnotowego rynku, przy jednoczesnym kategorycznym odrzuceniu wszelkich prób narzucania władzy centralnej przez brukselskie czy berlińskie elity. Jeżeli więc ten projekt dojdzie do skutku, nastanie też koniec epoki pokornego potakiwania i przepraszania za to, że Polska ma własne interesy.
WEKTOR WASZYNGTON: TRÓJMORZE JAKO NOWE CENTRUM CIĘŻKOŚCI
Co wyjątkowo uwiera obecną koalicję rządzącą oraz zepchnięty do narożnika PiS, to fakt, że nowy obóz prezydencko-partyjny posiada niezwykle wyrazistą i realną wizję geostrategiczną. Warszawskie korytarze huczą od doniesień, że Morawiecki i Bosak mogą poprzeć flagowy projekt Karola Nawrockiego, jakim jest reaktywowana i gwałtownie budująca się koncepcja Trójmorza.
Przypomnijmy – projekt ten, zapoczątkowany przez Andrzeja Dudę, który w mojej ocenie był jednym z najgorszych, najbardziej bezbarwnych i uległych prezydentów, jakich Polska miała nieszczęście sobie wybrać, przez lata traktowany był przez oficjalny PiS trochę po macoszemu. Partyjni baronowie woleli skupiać się na wewnętrznych poletkach, więc walce z PO i rozdawaniu stanowisk, nie rozumiejąc stawki o znaczeniu globalnym.
Karol Nawrocki dał Trójmorzu zupełnie nowe, potężne życie. Co kluczowe, projekt ten rozwija się przy bezpośrednim, walnym wsparciu prezydenta Donalda Trumpa i amerykańskich kół konserwatywnych. Przestaje też być jedynie akademicką dyskusją, a staje się realną osią geopolityczną łączącą bałtycko-czarnomorsko-adriatycki pas gospodarczy i wojskowy.
Dla Polski oznacza to wyjście z roli petenta w relacjach z Europą Zachodnią. Budowa silnego bloku państw Europy Środkowo-Wschodniej, opartego na sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, da nam narzędzie, jakiego nie miał żaden polski rząd od wieków. I to właśnie wokół tej wizji – nowoczesnej, bezpiecznej i silnej ekonomicznie Polski – jednoczą się chyba dzisiaj Nawrocki, Morawiecki i Bosak.
CZAS NA OSTATECZNE ROZLICZENIE
Znajdujemy się w punkcie zwrotnym. Próby reanimowania starego układu przez Kaczyńskiego, wysyłanie na odcinek walki politycznej jastrzębi w rodzaju Czarnka czy nieudolne próby zarządzania państwem przez Donalda Tuska, który stracił swój polityczny węch, to absolutny łabędzi śpiew mijającej epoki. Zderzenie skostniałego dogmatyzmu z nowym pragmatyzmem musi zakończyć się klęską tego pierwszego. Patrząc na to z pewnej perspektywy, nowy triumwirat nie powstaje w wyniku nagłego kaprysu czy przelotnej kalkulacji. To efekt chłodnej analizy, nieubłaganych praw socjologii politycznej i głębokiego zapotrzebowania społecznego. Polacy mają dosyć wyboru między dwoma emerytowanymi liderami, którzy od lat więżą polską energię w okopach swojej prywatnej zemsty.
Przebudowa polskiej sceny politycznej nie będzie ani cicha, ani spokojna. Będzie to proces bezkompromisowego wyrywania wpływów, stopniowego, ale konsekwentnego budowania nowych struktur i odbierania terytorium starzejącym się partyjnym baronom. Jednak kierunek został już raczej wyznaczony.
Jarosław Kaczyński może wciąż udawać, że trzyma rękę na pulsie, ale zwrotnice zostały już przestawione. Jego wagon stoi na bocznicach historii, podczas gdy nowy zwarty obóz pod przewodnictwem Karola Nawrockiego, Mateusza Morawieckiego i Krzysztofa Bosaka właśnie wyrusza z pełną prędkością na magistralę, by przejąć pełną odpowiedzialność za losy Rzeczypospolitej. I nikt ani nic już tego procesu nie zatrzyma, o ile się nie mylę. A w sprawach politycznych, raczej rzadko.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

