Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Niższe podatki, wyższe wpływy? Lekcja, której rządy wciąż nie chcą odrobić

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Jest coś niezwykle charakterystycznego w sposobie działania niemal każdego rządu na świecie. Gdy w budżecie zaczyna brakować pieniędzy, pierwszym odruchem ratunkowym staje się podniesienie podatków. Politycy tłumaczą, że to konieczność, odpowiedzialność i troska o stabilność finansów państwa. Problem polega na tym, że ekonomia bardzo często pokazuje coś zupełnie odwrotnego. Nie każda podwyżka podatków oznacza większe wpływy do budżetu. W pewnym momencie zaczyna bowiem działać mechanizm, który od ponad pół wieku opisuje jedna z najbardziej znanych teorii ekonomicznych, czyli krzywa Arthura Laffera.

Sprzeczność polega na tym, że teoria ta nie jest żadnym nowoczesnym odkryciem ani eksperymentem na poziomie akademickim. To obserwacja ludzkich zachowań, a zarówno ludzie, jak i przedsiębiorstwa reagują na bodźce ekonomiczne. Jeżeli państwo odbiera im coraz większą część dochodów, wcześniej czy później zaczynają ograniczać wydatki, zmniejszają inwestycje i produkcję, a następnie szukają sposobów na ucieczkę od nadmiernych obciążeń. W efekcie budżet państwa zamiast zyskiwać, zaczyna tracić.

To właśnie dlatego dyskusja o podatkach nigdy nie powinna sprowadzać się do prostego pytania: „czy podnieść stawki?”. Znacznie ważniejsze brzmi: „gdzie znajduje się granica, po której przekroczeniu państwo zaczyna szkodzić samo sobie?”.

Krzywa Laffera – prosta teoria, której politycy nie lubią

Arthur Laffer nie twierdził, że podatki powinny być zerowe. Nie twierdził również, że każda obniżka automatycznie zwiększy dochody państwa, a jego koncepcja była znacznie bardziej wyważona.

Założenie jest w tym przypadku proste. Przy zerowych podatkach wpływy budżetowe wynoszą zero. Przy podatkach sięgających stu procent również wynoszą zero, ponieważ nikt nie będzie pracował ani prowadził działalności gospodarczej wyłącznie dla zysków państwa. Oznacza to jednak tyle, że gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami istnieje punkt optymalny, czyli taki poziom opodatkowania, który przynosi najwyższe możliwe dochody budżetowe. Problem polega na tym, że rządy bardzo często przekraczają tę granicę.

Nie dzieje się to dlatego, że ministrowie finansów nie znają teorii ekonomii. Znają ją doskonale, choć znacznie częściej decydują względy polityczne. Łatwiej podnieść podatek niż ograniczyć wydatki państwa. Znacznie trudniej powiedzieć wyborcom, że administracja będzie mniejsza, część programów zostanie zlikwidowana, a urzędy zaczną oszczędzać. Dlatego najprostszym rozwiązaniem pozostaje sięgnięcie do kieszeni podatników.

Podatki to nie tylko liczby

Ekonomiści często analizują podatki poprzez tabele, wykresy i procenty. Tymczasem za każdą taką decyzją fiskalną stoją miliony codziennych wyborów zwykłych ludzi. Każda rodzina dysponuje określonym budżetem. Z tych pieniędzy opłaca rachunki, kupuje żywność, ubrania, paliwo, odkłada oszczędności lub wydaje środki na rozrywkę. Jeżeli natomiast państwo zwiększa obciążenia podatkowe, domowy zasób pieniędzy automatycznie się kurczy.

Nie oznacza to natomiast, że rodzina przestaje płacić za mieszkanie i za prąd. Gospodarstwo domowe rezygnuje z wydatków uznawanych za mniej konieczne. Rzadziej odwiedza restauracje. Mniej odkłada na remont mieszkania. Kupuje tańszy sprzęt AGD. Nie wymienia samochodu. Mniej wydaje na usługi. Na pierwszy rzut oka wydaje się to drobiazgiem, jednak właśnie z takich drobiazgów składa się cała gospodarka rodziny.

Gdy konsumenci oszczędzają, przedsiębiorcy zaczynają liczyć straty

Każda złotówka czy euro, które nie zostało wydane przez konsumenta oznacza mniejsze przychody dla sklepu, dostawcy i wytwórcy. Największe firmy zazwyczaj poradzą sobie z chwilowym spadkiem sprzedaży. One dysponują kapitałem, rezerwami finansowymi i możliwością ograniczenia kosztów. Średnie przedsiębiorstwa zaczynają jednak balansować na granicy rentowności, a najgorzej wygląda sytuacja najmniejszych firm.

To właśnie one jako pierwsze odczuwają skutki obniżającej się, a następnie zmniejszonej konsumpcji. Mała piekarnia, rodzinna restauracja, sklep osiedlowy czy lokalny warsztat samochodowy nie mają wielomilionowych rezerw. Każdy spadek obrotów może oznaczać utratę płynności finansowej. Jeżeli jednocześnie do tego rosną podatki, składki, koszty energii i wynagrodzeń, przedsiębiorca staje przed prostym wyborem. Ograniczyć zatrudnienie, zamknąć działalność albo przenieść biznes tam, gdzie warunki są korzystniejsze.

Każde z tych rozwiązań oznacza jedno – niższe wpływy podatkowe dla państwa.

Państwo również przegrywa

Na pierwszy rzut oka wyższy podatek oznacza większy dochód budżetu. Tak wygląda pierwszy rok, ale schody zaczynają się później. Bankrutujące firmy przestają płacić CIT. Zwolnieni pracownicy przestają płacić PIT. Spadają wpływy z VAT, bo konsumenci kupują mniej. Maleją też składki na ubezpieczenia społeczne. Rośnie natomiast liczba osób pobierających świadczenia socjalne.

Budżet traci jednocześnie z dwóch stron, ponieważ wpływy maleją, a wydatki rosną. To jest właśnie klasyczny mechanizm opisany przez Laffera.

Irlandzki przykład minimalnej ceny alkoholu

Dobrym przykładem są doświadczenia Irlandii po wprowadzeniu minimalnej ceny alkoholu. Intencje były zrozumiałe – ograniczenie spożycia oraz poprawa zdrowia publicznego. Ekonomia jednak ponownie przypomniała o swoich prawach. Znaczna część mieszkańców zaczęła kupować alkohol w Irlandii Północnej, gdzie ceny były i są nadal zdecydowanie niższe. Inni amatorzy trunków wysokoprocentowych nie poszli aż tak daleko, bo skierowali swoją uwagę na nielegalny handel.

W rezultacie część pieniędzy, które miały zasilić irlandzki budżet, zaczęła trafiać poza granice kraju albo do szarej strefy. Mała uwaga, bo mechanizm ten nie dotyczy wyłącznie alkoholu. Podobnie funkcjonują podatki od paliw, papierosów czy wielu innych produktów łatwych do przewiezienia przez granicę. Ergo, im większa różnica cen, tym większa pokusa omijania zasad opresyjnego fiskalnie systemu.

Szara strefa nie bierze się znikąd

Żaden przedsiębiorca nie marzy o prowadzeniu działalności w szarej strefie. To jest po prostu ryzyko, brak ochrony prawnej, problemy z finansowaniem i stała niepewność. Jednak gdy legalna działalność przestaje być opłacalna, część ludzi zaczyna szukać alternatyw. Historia fiskalizmu w Europie pokazuje, że wysokie podatki niemal zawsze prowadzą do rozwoju gospodarki nieformalnej.

Tak było w starożytnym Rzymie, tak było w Europie XX wieku i tak dzieje się również obecnie.

Państwo może zwiększać kontrole, zatrudniać kolejnych urzędników i tworzyć nowe przepisy. Nie zmieni jednak podstawowego prawa ekonomii, że ludzie reagują na bodźce.

Czy obniżanie podatków zawsze działa?

Nie. To również duże uproszczenie jak twierdzenie, że każda podwyżka zwiększa dochody. Jeżeli państwo znajduje się jeszcze po lewej stronie krzywej Laffera (tej ze spadkiem wpływów), obniżenie podatków może w istocie dodatkowo zmniejszyć wpływy budżetowe. Dlatego odpowiedzialna polityka fiskalna wymaga analizy danych, poziomu rozwoju gospodarczego, aktywności przedsiębiorców oraz skłonności społeczeństwa do inwestowania oraz konsumpcji.

Nie istnieje też jedna idealna stawka podatkowa dla wszystkich państw. Inne warunki panują w Irlandii, inne w Polsce, jeszcze inne w Singapurze czy Szwajcarii. To właśnie dlatego kopiowanie cudzych rozwiązań rzadko przynosi oczekiwane efekty, jak stara się to narzucić w naszych warunkach Komisja Europejska.

Pomówmy więc o samym podatku od towarów i usług, czyli VAT. W kraju, który charakteryzuje się wyższymi zarobkami, z rozwiniętą i prężną gospodarką, VAT na buty może mieć wysokość 23%, jeżeli jednak mamy do czynienia z państwem uboższym, VAT na ten sam produkt, aby był kupowany, powinien dla przykładu wynosić 14%. Tego jednak Bruksela nie chce zrozumieć, narzuciła podatki w kategorii wysokiej, choć wprowadziła widełki podatkowe, jednak ich rozpiętość jest na tyle niska, że w krajach biedniejszych, nie wpływa to na zwiększenie sprzedaży tych samych butów.

Podatki powinny być przewidywalne

Równie ważna jak sama wysokość podatków jest ich stabilność. Przedsiębiorca planujący inwestycję na dziesięć lat musi wiedzieć, jakie warunki będą obowiązywały za rok, dwa czy pięć lat. Jeżeli system podatkowy zmienia się co kilka miesięcy, kapitał zaczyna uciekać. Nie dlatego, że podatki są najwyższe, a tylko dlatego, że niepewność jest jeszcze droższa. Stabilność prawa bardzo często okazuje się więc większą zachętą do inwestowania niż jednorazowa obniżka stawek.

Mniej fiskalizmu, więcej wzrostu

Przeszłość gospodarcza pokazuje wiele przypadków, gdy umiarkowane obniżki podatków pobudzały inwestycje, zwiększały zatrudnienie i poprawiały dynamikę wzrostu gospodarczego. Nie oznacza to jednak, że samą polityką podatkową można rozwiązać wszystkie problemy państwa. Jeżeli równocześnie rosną wydatki publiczne, mnożą się regulacje, a administracja staje się kosztowniejsza, nawet najlepiej zaprojektowany system podatkowy nie zrównoważy tych obciążeń.

To prowadzi do wniosku, którego wielu polityków woli unikać. Dochodów budżetowych nie zwiększa się wyłącznie poprzez podnoszenie podatków. Równie ważne jest racjonalne gospodarowanie pieniędzmi, które już trafiają do państwowej kasy.

Podobnie jest w przypadku, kiedy system fiskalny pozostaje na niezmienionym poziomie, więc wpływy wciąż są takie same, ale przybywa jego beneficjantów. Przykład mamy obecnie bardziej niż wyraźny, więc masy migrantów, którzy utrzymywani są z naszych podatków, ale też kilka milionów domniemanych uchodźców wojennych z kraju sąsiadującego z Polską.

Ekonomia zamiast politycznych odruchów

Debata o podatkach od lat przypomina wahadło. Jedni domagają się coraz wyższych danin, argumentując to potrzebami państwa. Drudzy postulują radykalne cięcia, licząc na automatyczny wzrost gospodarczy. Prawda, jak to często bywa w ekonomii, jest bardziej złożona. Krzywa Laffera z pewnością nie jest receptą na wszystkie problemy finansów publicznych, lecz ważnym drogowskazem i ostrzeżeniem przed pokusą nieustannego zwiększania obciążeń fiskalnych. Państwo powinno szukać punktu równowagi – takiego, w którym zapewni środki na realizację swoich podstawowych zadań, nie tłumiąc jednocześnie aktywności obywateli i przedsiębiorców.

Bo bogate państwo nie powstaje dzięki wysokim podatkom. Powstaje dzięki bogatym obywatelom i silnym przedsiębiorstwom, które chcą pracować, inwestować i rozwijać się właśnie tam, gdzie państwo nie traktuje ich jak niewyczerpanego źródła dochodów.

To lekcja znana ekonomistom od dziesięcioleci, ale ilu polityków zechce ją wreszcie odrobić?!

Bogdan Feręc

Photo by Aaron Lefler on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version