Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Nie pozwólmy, by Polska stała się zakładnikiem własnych patriotów

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

O niepodległość walczyliśmy wspólnie, choć nie zawsze się ze sobą zgadzaliśmy. Być może właśnie dlatego warto dziś przypomnieć sobie, że patriotyzm nie polega na tym, by wszyscy myśleli jednakowo, maszerowali w tym samym szeregu i podnosili rękę w tym samym kierunku. Prawdziwa miłość do ojczyzny wymaga czegoś znacznie trudniejszego – umiejętności obrony własnych przekonań bez odbierania drugiemu człowiekowi prawa do jego własnych.

„Mamy Orła Białego, szumiącego nad głowami, mamy tysiące powodów, którymi serca nasze cieszyć możemy. Lecz uderzmy się w piersi! Czy mamy dość wewnętrznej siły? Czy mamy dość tej potęgi duszy? Czy mamy dość tej potęgi materialnej, aby wytrzymać jeszcze te próby, które nas czekają? Przed Polską leży i stoi wielkie pytanie; czy ma być państwem równorzędnym z wielkimi potęgami świata, czy ma być państwem małym, potrzebującym opieki możnych. Na to pytanie Polska jeszcze nie odpowiedziała. Ten egzamin z sił swoich zdać jeszcze musi. Czeka nas pod tym względem wielki wysiłek, na który my wszyscy, nowoczesne pokolenie, zdobyć się musimy, jeżeli chcemy zabezpieczyć następnym pokoleniom łatwe życie, jeżeli chcemy obrócić tak daleko koło historii, aby wielka Rzeczpospolita Polska była największą potęgą nie tylko wojenną, lecz także kulturalną na całym Wschodzie”.

To słowa Józefa Piłsudskiego, wypowiedziane w Wilnie w 1923 roku, jednak wciąż brzmią dzisiaj zaskakująco aktualnie. Nie dlatego, że historia zatoczyła koło, bo przecież współczesna Polska nie jest państwem odradzającym się po ponad stu dwudziestu latach zaborów. Nie musimy na nowo wytyczać granic, odbudowywać administracji ani przekonywać świata, że mamy prawo istnieć. Mamy własne państwo, własne instytucje, własną armię, gospodarkę i miejsce na mapie. A jednak pytanie postawione przez marszałka Piłsudzkiego, nadal pozostaje otwarte: czy potrafimy być państwem naprawdę silnym, samodzielnym i odpowiedzialnym za własną przyszłość?

W tym właśnie miejscu zaczyna się problem, ponieważ coraz częściej odnoszę wrażenie, że zamiast budować tę siłę, zajmujemy się czymś zupełnie innym. Polacy coraz chętniej udowadniają sobie nawzajem, kto jest większym patriotą, kto lepiej rozumie historię, kto ma właściwszą wizję przyszłości, a kto powinien przestać wypowiadać się w sprawach ojczyzny. W tej narodowej już konkurencji na prawomyślność, zdobyliśmy całkiem pokaźne doświadczenie, choć trudno powiedzieć, żeby przekładało się ono na jakiekolwiek konkretne osiągnięcia państwa.

Zbliża się 11 listopada, dzień szczególny dla każdego, kto choć trochę rozumie znaczenie polskiej niepodległości. W 1918 roku odzyskaliśmy państwo, ale nie odzyskaliśmy przecież jednomyślności. Ta nigdy nie była naszym narodowym znakiem rozpoznawczym. II Rzeczpospolita była areną sporów, politycznych ambicji, konfliktów i wzajemnych oskarżeń. Później przyszła wojna, okupacja, a następnie kilkadziesiąt lat komunistycznego zniewolenia. Wreszcie nastał rok 1989 i przyniósł możliwość ponownego decydowania o własnym losie.

Nie była to droga prosta ani pozbawiona błędów, a mimo wszystko przetrwaliśmy. Przetrwaliśmy dlatego, że w najważniejszych momentach potrafiliśmy odnaleźć w sobie coś, co wykraczało poza bieżące polityczne sympatie. Niejednokrotnie bywało, że ludzie o zupełnie różnych poglądach stawali obok siebie, kiedy zagrożona była sprawa większa, niż ich osobiste przekonania. Nie musieli się lubić, nie musieli się zgadzać, nie musieli nawet rozumieć swoich motywacji. Wiedzieli jednak, że są Polakami i istnieją sprawy, których nie wolno sprowadzać do partyjnego interesu.

W 2004 roku, kiedy Polska przystępowała do Unii Europejskiej, pamiętam autentyczną radość, która towarzyszyła temu wydarzeniu. Było w niej poczucie otwarcia, nadzieja na rozwój, możliwość swobodnego podróżowania, pracy, prowadzenia działalności gospodarczej i uczestniczenia w europejskiej wspólnocie. Dla wielu z nas był to symbol ostatecznego powrotu Polski do politycznej i gospodarczej przestrzeni Zachodu. Nie widzę też powodu, żeby dzisiaj udawać, że tamta radość była pomyłką. Polska skorzystała w pewien na członkostwie, a europejska współpraca przyniosła nam wiele konkretnych korzyści. Jednocześnie nie widzę też powodu, aby zamykać oczy na zmiany zachodzące w samej Unii Europejskiej. Wspólnota, do której przystępowaliśmy, nie jest już tą samą wspólnotą, którą znamy dzisiaj. Coraz większe znaczenie mają ambicje centralizacyjne, pojawiają się pomysły ograniczania kompetencji państw narodowych, a niektóre decyzje podejmowane w Brukseli budzą uzasadnione pytania, głównie o granice wspólnej odpowiedzialności i suwerenności narodowej.

Można być zwolennikiem Unii Europejskiej i jednocześnie ją krytykować. Można popierać współpracę europejską, ale sprzeciwiać się federalizacji. Można też uważać, że Polska powinna odgrywać w Europie znacznie większą rolę, nie godząc się przy tym na polityczne podporządkowanie gospodarkom silniejszym. To nie są poglądy wzajemnie się wykluczające, jest inaczej, właśnie na tym polega dojrzała debata o przyszłości państwa.

Niestety, w polskiej polityce coraz częściej nie ma miejsca na takie rozróżnienia. Zamiast rozmawiać o szczegółach, przedstawia się obywatelom dwa obozy, jakby pomiędzy nimi nie istniała żadna przestrzeń. Jedni mają być prawdziwymi Polakami, drudzy rzekomo służyć obcym interesom. Jedni są przedstawiani jako obrońcy europejskich wartości, drudzy jako niebezpieczni nacjonaliści. W zależności od tego, kto akurat przemawia, patriotyzm może oznaczać niemal wszystko, a jego brak przypisuje się każdemu, kto ośmieli się mieć inne zdanie.

Tak właśnie powstaje polityczna rzeczywistość, w której człowiek przestaje oceniać argumenty, a zaczyna oceniać ludzi przez pryzmat ich przynależności do określonego obozu. I to jest jeden z najpoważniejszych problemów współczesnej Polski.

Nie mam nic przeciwko temu, że 11 listopada na ulicach pojawią się ludzie z biało-czerwonymi flagami, że będą maszerować, śpiewać hymn, przypominać historię i manifestować swoje przywiązanie do narodowej tradycji. Nie mam również nic przeciwko temu, że inni wybiorą uroczystości o bardziej obywatelskim, liberalnym czy europejskim charakterze. Polska jest państwem demokratycznym, a demokracja nie polega na tym, że wszyscy mają obowiązek uczestniczyć w tym samym wydarzeniu i podzielać identyczną wizję ojczyzny. Niepodległość nie jest własnością jednej partii, jednego środowiska, jednego prezydenta ani żadnego politycznego przywódcy. Nie można jej zarezerwować dla tych, którzy maszerują w określonym pochodzie, ani odebrać tym, którzy mają odmienne poglądy na przyszłość kraju.

Nie można też przyjąć, że samo używanie narodowych symboli automatycznie czyni człowieka patriotą. Flaga jest ważna, hymn jest ważny, historia jest ważna, ale za tym wszystkim powinno stać jeszcze coś więcej. Odpowiedzialność za państwo, szacunek do jego obywateli, uczciwość w życiu publicznym i świadomość, że wolność, o którą walczyły poprzednie pokolenia, nie została nam dana po to, abyśmy mogli bez końca walczyć między sobą.

Patriotyzm nie jest konkursem na najgłośniejsze okrzyki. Nie mierzy się go liczbą uczestników marszu, wielkością transparentu ani intensywnością niechęci do politycznych przeciwników. Można krzyczeć o Polsce przez kilka godzin, a później przez pozostałą część roku nie zrobić dla niej absolutnie niczego. Można również nie uczestniczyć w żadnej manifestacji, nie nosić na co dzień narodowych symboli, a mimo to swoją pracą, uczciwością, odpowiedzialnością i troską o wspólnotę budować jej siłę.

Warto o tym pamiętać, szczególnie wówczas, kiedy politycy zaczynają przekonywać nas, że tylko oni mają monopol na właściwe rozumienie polskości.

Tym bardziej że tegoroczne obchody mogą stać się kolejną odsłoną politycznego starcia, w którym uczestnicy będą chcieli pokazać nie tylko swoje przywiązanie do ojczyzny, ale również niechęć do tych, którzy rozumieją ją inaczej. Po jednej stronie znajdą się środowiska narodowe i konserwatywne, skupione wokół własnej wizji państwa. Pojawi się także prezydent Karol Nawrocki, który stał się ważnym punktem odniesienia dla znacznej części Polaków. Po drugiej stronie staną zwolennicy obecnego rządu, liberalnej wizji państwa i silniejszej integracji europejskiej.

Nie zamierzam odbierać żadnej z tych grup prawa do publicznego wyrażania poglądów. Nie mam też zamiaru udawać, że wszystkie przedstawiane przez nie koncepcje są równie przekonujące. Można przecież uważać jedne za słuszne, inne za błędne, a jeszcze inne za niebezpieczne dla przyszłości kraju. Można krytykować działania rządu, prezydenta, parlamentu czy instytucji europejskich, ale to wszystko jest częścią normalnego życia politycznego.

Jest jednak pewna granica, której przekraczać nie wolno. Tą granicą jest uznanie drugiego Polaka za wroga tylko dlatego, że nie podziela naszych poglądów.

Zastanówmy się przez chwilę nad tym, co właściwie może wydarzyć się 11 listopada. Czy człowiek idący w marszu narodowym staje się automatycznie przeciwnikiem człowieka, który wybiera marsz w Brukseli? Czy zwolennik Unii Europejskiej przestaje być Polakiem, ponieważ uważa, że nasza przyszłość powinna być głęboko związana ze współpracą europejską? Czy konserwatysta ma obowiązek wstydzić się swoich poglądów, a liberał przepraszać za to, że nie odnajduje się w tradycyjnym modelu patriotyzmu?

Oczywiście, że nie.

Możemy się nie zgadzać, możemy prowadzić ostre spory, możemy nawet uważać, że druga strona popełnia poważne błędy. Ale nie mamy prawa sprowadzać całego człowieka do jego politycznych sympatii. Za tymi poglądami stoją przecież konkretni ludzie, ich doświadczenia, wychowanie, rodzinne historie, lęki i nadzieje. Nie każdy, kto głosuje na inną partię, jest zmanipulowany. Nie każdy, kto nie zgadza się z naszym stanowiskiem, jest zdrajcą. Nie każdy, kto uważa inaczej, musi być głupi. To ostatnie warto sobie szczególnie przyswoić, ponieważ w polskiej debacie publicznej zdaje się ono należeć do coraz bardziej deficytowych umiejętności.

Politycy doskonale wiedzą, że społeczeństwo, które jest podzielone, jest też łatwiejsze do mobilizowania, niż to zdolne do samodzielnego myślenia. Wystarczy wskazać przeciwnika, przypisać mu złe intencje, odpowiednio podgrzać atmosferę, a następnie przekonać własnych wyborców, że tylko zwycięstwo ich obozu może uratować Polskę. Nie ma przy tym większego znaczenia, czy chodzi o wybory parlamentarne, prezydenckie, lokalne, czy zwykły spór o sposób zarządzania państwem. Ten cały mechanizm jest podobny, o ile nie taki sam. Najpierw buduje się poczucie zagrożenia, później wskazuje winnych, a na końcu oferuje własne środowisko, jako jedyną możliwą odpowiedź. W takim świecie nie potrzeba już argumentów. Wystarczy emocja, odpowiednio dobrane hasło i przekonanie, że przeciwnik nie tylko się myli, ale wręcz działa przeciwko Polsce.

To bardzo wygodny sposób prowadzenia polityki, tyle że rachunku nie płacą politycy. Płacą go rodziny, w których przestaje się rozmawiać o polityce, bo każda rozmowa kończy się kłótnią. Płacą ludzie w miejscach pracy, gdzie zaczynają się oceniać przez pryzmat politycznych deklaracji. Płacą w sąsiedztwie, gdzie dawniej wystarczało sobie powiedzieć dzień dobry, a dzisiaj niektórzy najpierw sprawdzają, na kogo głosował człowiek mieszkający za ścianą. Płacą również wszyscy w przestrzeni publicznej, gdzie coraz trudniej odróżnić zdecydowaną krytykę od zwyczajnej pogardy.

I właśnie dlatego mam obawy przed tegorocznym Świętem Niepodległości. Nie dlatego, że ktoś wyjdzie na ulicę z inną flagą, innym hasłem czy odmiennym przekonaniem. Obawiam się raczej tego, co może wydarzyć się pomiędzy ludźmi, którzy zapomnieli, że stoją po przeciwnych stronach politycznego sporu, ale wciąż należą do jednego narodu.

Nie chcę Polski, w której obywatel musi zastanawiać się, czy bezpiecznie jest wyrazić własne zdanie. Nie chcę kraju, w którym uczestnictwo w określonym marszu staje się powodem do publicznego piętnowania. Nie chcę też takiej ojczyzny, w której narodowe święto jest wykorzystywane jako narzędzie do demonstrowania wyższości jednych Polaków nad drugimi.

Niepodległość odzyskaliśmy na końcu długiej i trudnej drogi. Nie po to, by dzisiaj dobrowolnie oddawać ją w ręce partyjnych kacyków, którzy z narodowych symboli uczynili element kampanii politycznej.

Jest jeszcze jedna kwestia, o której warto powiedzieć. Patriotyzm nie powinien być ślepy. Nie powinien oznaczać bezwarunkowego popierania własnego obozu, niezależnie od tego, co robi i jakie decyzje podejmuje. Jeżeli ktoś uważa, że kocha Polskę, powinien mieć odwagę krytykować również tych, którzy występują w jej imieniu. Dotyczy to zarówno prawicy, jak i lewicy, liberałów, konserwatystów, centrystów oraz wszystkich pozostałych środowisk. Polityk nie staje się nieomylny tylko dlatego, że powołuje się na wartości narodowe. Rząd nie uzyskuje prawa do nieograniczonej władzy tylko dlatego, że wygrał wybory. Prezydent nie staje się właścicielem państwa tylko dlatego, że został wybrany w głosowaniu powszechnym. Komisja Europejska nie ma zawsze racji tylko dlatego, że reprezentuje europejskie instytucje. Każdy powinien podlegać ocenie, a żadna funkcja publiczna nie może zwalniać z odpowiedzialności.

Właśnie tego oczekuję od obywatelskiej dojrzałości. Nie bezrefleksyjnego posłuszeństwa, ale świadomego uczestnictwa w życiu państwa.

Jeżeli ktoś uważa, że Polska powinna być bardziej suwerenna, niech przedstawia argumenty, pokazuje konkretne rozwiązania i przekonuje do nich innych. Jeżeli ktoś opowiada się za głębszą integracją europejską, niech również wyjaśnia, jakie korzyści przyniesie to państwu, a jakie mogą być koszty. Jeżeli ktoś chce bronić tradycji, niech robi to w sposób, który nie zamienia jej w narzędzie pogardy wobec ludzi żyjących inaczej. Jeżeli ktoś chce budować nowoczesne, otwarte społeczeństwo, niech nie traktuje ludzi przywiązanych do narodowej historii jak przeszkody, którą należy usunąć z drogi.

Polska jest wystarczająco duża, aby pomieścić różne poglądy. Powinna być również wystarczająco dojrzała, aby potrafić z nimi żyć.

Nie oznacza to oczywiście, że należy ze wszystkimi się zgadzać, że trzeba rezygnować z własnych przekonań albo rozmywać stanowisko w imię fałszywie rozumianej zgody narodowej. Przeciwnie. Potrzebujemy zdecydowanych poglądów, odwagi w ich wyrażaniu i ludzi gotowych bronić swoich racji. Ale potrzebujemy również umiejętności zatrzymania się w odpowiednim momencie. Człowiek, który nie potrafi powstrzymać własnych emocji, prędzej czy później staje się zakładnikiem tych, którzy umieją nimi sterować.

W tym miejscu wracam do słów Józefa Piłsudskiego. Marszałek mówił o wewnętrznej sile, potędze duszy i materialnej zdolności państwa do sprostania nadchodzącym próbom. Nie mówił wyłącznie o armii, przemyśle czy gospodarce. W jego słowach można odnaleźć również wezwanie do narodowej odpowiedzialności, do zrozumienia, że wielkość państwa nie bierze się z samego przekonania o własnej wielkości.

Polska nie stanie się przecież silna tylko dlatego, że jej obywatele będą głośniej krzyczeć o patriotyzmie. Nie stanie się też silna przez samo przeciwstawianie się Brukseli, Waszyngtonowi, Berlinowi czy Moskwie. Siłę buduje się przez sprawne instytucje, rozwiniętą gospodarkę, dobrą edukację, bezpieczeństwo energetyczne, nowoczesną armię, odpowiedzialną politykę zagraniczną i społeczeństwo, które potrafi współpracować mimo różnic. Wielkość państwa nie polega więc na tym, że wszyscy obywatele myślą tak samo. Polega na tym, że potrafią wspólnie działać pomimo tego, że myślą inaczej.

I być może właśnie tego najbardziej nam dzisiaj brakuje.

Nie oczekuję, że 11 listopada wszyscy Polacy staną obok siebie, podniosą te same transparenty i zaśpiewają te same pieśni. Nie oczekuję nawet, że przestaną się spierać. To byłoby naiwne, a być może również niebezpieczne, ponieważ zdrowa demokracja potrzebuje sporów, kontroli władzy i ścierania się różnych koncepcji. Oczekuję natomiast, że nie zapomnimy, gdzie przebiega granica pomiędzy politycznym sporem a zwyczajną wrogością.

Kiedy spotkasz człowieka idącego w przeciwnym kierunku, zastanów się, czy naprawdę jest twoim wrogiem. Kiedy usłyszysz pogląd, z którym się nie zgadzasz, spróbuj najpierw zrozumieć, skąd się wziął, zanim uznasz jego autora za człowieka złej woli. Kiedy polityk powie ci, że druga strona zagraża Polsce, zapytaj, czy przypadkiem nie próbuje wykorzystać twojego przywiązania do ojczyzny dla własnych korzyści. I przede wszystkim nie pozwól, aby ktoś wmówił ci, że musisz nienawidzić drugiego Polaka, żeby udowodnić swoją miłość do Polski. Bo to byłaby chyba największa porażka naszego pokolenia.

Niepodległość nie jest przecież stanem, który raz osiągnięty pozostaje na zawsze bez względu na nasze zachowanie. Można ją osłabiać nie tylko przez naciski z zewnątrz, ale również przez wewnętrzną niezdolność do współpracy, niszczenie instytucji, pogardę dla prawa i podziały społeczne, które uniemożliwiają prowadzenie odpowiedzialnej polityki. Państwo skłócone samo ze sobą, staje się łatwiejszym przedmiotem nacisków zewnętrznych. I nie trzeba być szczególnie przenikliwym obserwatorem historii, żeby dostrzec, że w świecie pełnym rywalizacji mocarstw, taka słabość może mieć bardzo wysoką cenę.

Dlatego 11 listopada powinien być dla nas nie tylko dniem wspominania przeszłości, ale również okazją do zastanowienia się nad przyszłością. Nad tym, jakiej Polski chcemy dla naszych dzieci, wnuków i następnych pokoleń. Czy będzie to państwo silne, samodzielne, szanujące własną historię, ale także otwarte na siebie i współpracę z innymi? Czy może kraj, w którym każda kolejna zmiana władzy oznacza kolejną próbę przejęcia wszystkich instytucji, kolejną falę rozliczeń i kolejne miesiące przekonywania obywateli, że poprzednicy byli największym zagrożeniem dla narodu?

Nie mam wątpliwości, którą drogę wolałbym zobaczyć. Chciałbym Polski, która nie musi wybierać pomiędzy tożsamością własną a europejską współpracą. Polski, która potrafi rozmawiać z partnerami, ale nie rezygnuje z własnych interesów. Polski, która szanuje tradycję, ale nie zamyka się na przyszłość. Polski, w której patriotyzm nie jest towarem politycznym, a biało-czerwona flaga nie staje się własnością jednego środowiska. Chciałbym też, abyśmy wreszcie przestali traktować polityków jak przywódców plemiennych, którym należy się bezwarunkowa lojalność. Są naszymi przedstawicielami, nie właścicielami naszych sumień. Możemy ich popierać, możemy od nich odchodzić, możemy ich rozliczać. Nie musimy natomiast oddawać im prawa do decydowania, kogo mamy uważać za swojego rodaka, a kogo za przeciwnika.

Nie wiem, jak przebiegną tegoroczne obchody Święta Niepodległości. Nie wiem, czy emocje pozostaną pod kontrolą, czy też ktoś uzna, że warto jeszcze bardziej podgrzać atmosferę. Wiem natomiast, że odpowiedzialność za to, co wydarzy się na ulicach, spoczywa nie tylko na politykach, organizatorach i służbach porządkowych. Spoczywa również na każdym z nas. Możemy bowiem zdecydować, że nie damy się sprowokować. Możemy nie odpowiadać agresją na agresję, nie możemy powtarzać bezmyślnie najbardziej obraźliwych haseł i nie traktować drugiego człowieka jak przeciwnika tylko dlatego, że ma inne poglądy. Nie jest to oznaka słabości. Przeciwnie, wymaga znacznie więcej siły niż bezrefleksyjne podążanie za tłumem.

A może właśnie tego potrzebujemy najbardziej, tej odrobiny narodowej powagi, której nie należy mylić z nadęciem, oraz świadomości, że Polska jest czymś znacznie większym niż suma naszych politycznych sympatii i antypatii.

Niech więc 11 listopada będzie dniem dumy, a nie demonstracji wzajemnej pogardy. Niech będzie dniem pamięci, a nie politycznej zemsty. Niech Biało-Czerwona pozostanie symbolem wspólnoty, a nie narzędziem do wyznaczania granic pomiędzy tymi, którzy rzekomo mają prawo nazywać się Polakami, a tymi, którym ktoś chciałby tego prawa odmówić. Bo można mieć różne pomysły na Polskę, można spierać się o suwerenność, gospodarkę, prezydenta, rząd i przyszłość państwa. Można nawet uważać, że druga strona popełnia błędy, których konsekwencje będziemy odczuwać przez lata. Ale nie wolno zapominać, że kiedy kończy się polityczny marsz, gasną światła telewizyjnych kamer, a politycy wracają do swoich gabinetów, my nadal pozostajemy tutaj. Obok siebie. W jednym kraju, w jednym bloku, z tą samą historią i odpowiedzialnością za jego przyszłość.

I nie pozwólmy, aby ludzie, którzy żyją z politycznych podziałów, przekonali nas, że największym zagrożeniem dla Polski jest sąsiad mający inne poglądy. Znacznie większym zagrożeniem jest państwo, którego obywatele przestają dostrzegać w sobie nawzajem współobywateli.

Na koniec pozostawię słowa Józefa Piłsudskiego. Niech będą przestrogą, ale też przypomnieniem, że polityka powinna być służbą państwu, a nie sposobem na urządzenie sobie życia jego kosztem. Warto o tym pamiętać, zanim po raz kolejny oddamy własny rozsądek w ręce tych, którzy najgłośniej przekonują nas, że wiedzą, co dla Polski najlepsze.

„Do polityki garną się ludzie, którzy nic nie osiągnęli, a więc nieudacznicy i darmozjady. Polityka to dla nich deska ratunku, mogą godnie żyć nie dając w zamian żadnej wartości”.

Bogdan Feręc

Fot. P. Tracz / KPRM

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version