Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Nazatrudniali, a teraz nawet kaczka nie może trafić do domu

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Jeszcze kilka lat temu w Irlandii wiele spraw było z gatunku prostych, więc można było zamówić przez aplikację jakieś nieirlandzkie jedzonko, by po 30 minutach rozkoszować się smakiem azjatyckich albo włoskich potraw. Teraz też można, ale tylko w chwilach, kiedy doręczycielowi uda się trafić pod właściwy adres.

Nie dalej jak w środę postanowiłem, że zrobię sobie mały festiwal kuchni azjatyckiej, więc wziąłem do ręki telefon i w „pomarańczowej” aplikacji, a może nie będę nawet ukrywał jej tożsamości, bo było to Just Eat, zamówiłem chrupiącą kaczkę, kluseczki i jakieś warzywa z patelni. Radość zapanowała, bo przywiozą, zjem i wszyscy będą szczęśliwi, gdyż zarobi restauracja, ja będę miał pełny brzuszek, a i przy okazji rowerowy dostawca złapie parę euro.

Aplikacja stwierdziła, że o głodzie to pozostawać będę tylko 30 minut, bo woki już się grzeją, olej skwierczy, a i „deliwerowiec” pojawił się na rowerze, by to wszystko dowieźć z centrum do mnie. Przyszło też powiadomienie, że ów rowerzysta z termosem wyruszył w drogę, więc naostrzyłem pałeczki, bo przecież chińszczyznę trzeba jeść w odpowiedni sposób, a i stół przygotowałem na tę okoliczność.

Czekam, czekam i czekam, a przecież minut trzydzieści już minęło, i właśnie wtedy pojawia się wiadomość, że kurier „dociera”. Okay, niech dociera, bo pora obiadowa dawno minęła, więc czekam nadal. Po kolejnych 10 minutach biorę do ręki telefon, otwieram aplikację, gdzie uwidoczniona jest mapka, a na tej błąkający się punkt. Ów natomiast pojawił się w okolicy mojego osiedla, ale widzę, że pojechał na jedną ulicę, pojechał też na inną, okrążył osiedle i wrócił tam, gdzie już był.

Powiem szczerze, zainteresowała mnie ta mapowana aktywność, bo jakimś cudem, za każdym razem, gdy punkt zbliżał się do ulicy, przy której mieszkam, natychmiast zmieniał kierunek i udawał się dalej, niż był wcześniej. W końcu, a mogło minąć kolejne 10 minut burczenia mi w brzuchu, dociera do mnie wiadomość, że kaczka z kluseczkami została dostarczona. Przeżyłem wówczas pewnego rodzaju szok, bo przecież siedziałem sobie spokojnie w miejscu strategicznym, czyli miałem na oku podjazd, by wygłodzony, ostatkiem sił wybiec, gdy podjedzie dostawca i dorwać się do tych wytworów kuchni chińskiej.

Wyszedłem przed dom, patrzę na pusty ganek, oglądam krzaki, drzwi sąsiada, ale nic. Jak kaczuszki nie było, tak jej nie ma. Owszem, sprawdziłem aplikację, a dopiero wówczas przyszło powiadomienie, że dostawca próbował się ze mną skontaktować. Nie zrobił tego jednak, jak zazwyczaj w takich przypadkach bywa, czyli telefonicznie, ale wypisywał coś na wewnętrznym komunikatorze aplikacji. Widniało tam więc powtórzone kilka razy słowo „halo”. Odpisałem w nadziei, że cokolwiek się stanie, ale nic, cisza, dno i wodorosty. Za chwilę zadałem nawet pytanie: „gdzie się znajduje?”, ale i to pozostało bez odpowiedzi, a nawet nikt nie odczytał wiadomości.

Skoro jednak zapłaciłem, a i wciąż byłem głodny, a wiemy, że Polak głodny, to Polak… wiadomo jaki, postanowiłem wyjaśnić sprawę u źródła, czyli u operatora. Ów odpisał po kilku sekundach, że mu przykro, ale musi sprawdzić, czy rzeczywiście jestem głodny, a i czy durny nie jestem i nie zamówiłem przypadkiem obiadu na inny adres. Podałem dokładnie, jeszcze raz, choć w aplikacji na stałe go mają, miejsce mojego zamieszkania, więc pod jaki numer trafić miała rzeczona kaczka. Poparłem wszystko kodem przypisanym do posesji, a i potwierdziłem numer telefonu. Wówczas się okazało, że jednak pamiętam, gdzie mieszkam, ale wiem też, gdzie chciałbym zjeść zamówione potrawy.

Pomocny skądinąd pracownik firmy dostawczej stwierdził, że mu przykro, że nastąpiła pomyłka i że dostawca musiał pomylić adresy. Przyznałem mu rację, choć dodałem nieco złośliwie – stosując pewną grę słowną, że wcale nie musiał, choć pomylił, ale poprosiłem, aby bez zbędnych ceregieli spowodował dostawę do drzwi moich. Odmówił, bo nie miał takiej władzy, choć uznał, że jednak może oddać mi pieniądze za niezrealizowane zamówienie. Niechętnie, ale zgodziłem się na to i tu pojawia się pewna ciekawostka.

Kiedy płacę za zamówione potrawy, bo przecież nie jestem laikiem w tych sprawach, pieniądze z mojego konta pobierane są natychmiast, jednak proces zwrotu to już całkiem inna sytuacja i mam czekać na nie od 3 do 5 dni. To potwierdza przesłany mi e-mail z przeprosinami, choć mało mnie w sumie obszedł.

Jednak tak do końca nie miało być o tym, ale o samym procesie dostaw. Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu dostarczaniem tych wszystkich smażonych kaczek, kurczaków, pizz i frytek zajmowali się najczęściej studenci, osoby dorabiające do swoich pensji, ale w znakomitej większości tubylcy. Struktura dostawców zaczęła się jednak zmieniać i od dłuższego czasu zauważam, że wśród dostawców dominują osoby niezwykle zagraniczne. Oczywiście do większości nic nie mam, bo jakoś udaje im się trafić pod wskazany adres, a „in the hole, killed by desks” nie mieszkam. Jednak coraz częściej dochodzi do przypadków, że albo dostawa się spóźnia, albo mota po mieście, albo w ogóle nie dociera. Ten przypadek był już trzecim w ostatnich dwóch miesiącach, więc nie są to w mojej ocenie zdarzenia jednostkowe.

Zastanawia mnie tylko, jak można pomylić ulice, które mają inne nazwy, choć ich drugie człony są takie same, ale pierwsze różnią się diametralnie. Może problem leży właśnie w osobach, które nie znają topografii miasta, ale jednak Galway to nie Dublin, więc można się go nauczyć bardzo szybko. A może kandydaci na restauracyjnych kurierów powinni przechodzić egzaminy ze znajomości ulic, dokładnie tak samo, jak taksówkarze.

Jest jeszcze jedna kwestia, a tę też zauważyłem w ostatnim czasie, więc rozleniwienie, o ile nie zwykłe nygustwo dostawców. Otóż, a takich przypadków też miałem już kilka, więc informują telefonicznie, że stoją u drzwi moich. W porządku, bo nie śledzę w napięciu ich tras, ale od czasu do czasu ci ludzie po prostu siedzą w samochodach i nawet nie mają zamiaru z nich wysiąść, a czekają aż podejdę. Nie jest oczywiście dużym problemem, abym to zrobił i odebrał zamówienie, jednak wcześniej tego nie było. Co więcej, w wielu informacjach firm zarządzających dostawcami znajdziemy zapewnienie, że żarełko z knajpy trafi pod nasze drzwi, więc pod drzwi, a nie na ulicę przed domem z leniwym kierowcą w samochodzie w tle, który przez okno poda pudełko z pizzą.

I właśnie tutaj dochodzimy do sedna. Zmienia się Irlandia, zmienia się też jej struktura społeczna, ale czy na lepsze? Sam fakt, że coraz więcej osób wykonuje pracę dostawców, nie jest przecież problemem, bo ten zaczyna się wtedy, kiedy wraz ze zmianą ludzi zmienia się również jakość świadczonych usług. Klient nie powinien zastanawiać się, czy jego obiad dojedzie pod właściwy adres, czy krąży np. po Galway, zwiedza sąsiednie ulice, czy może został dostarczony komuś, kto przypadkiem miał większe szczęście?

Jeżeli płacę za usługę, oczekuję po prostu, że zostanie dobrze i sumiennie wykonana. Nic poza tym.

Nie oczekuję przecież cudów. Nie wymagam, aby dostawca znał całe Galway jak własną kieszeń, choć byłoby to niewątpliwie pomocne. Nie oczekuję też czerwonego dywanu dla mojej kaczki. Chcę tylko, żeby zamówione jedzenie rzeczywiście trafiło pod właściwy adres i żeby człowiek, który je przywozi, wysiadł z samochodu i zrobił to, za co mu zapłacono, a i zapracował na napiwek, który daję zawsze, a przynajmniej zaznaczam w aplikacji, że takie jest moje życzenie.

Bo może problem wcale nie polega na tym, że „nazatrudniali” osób bez pewnych podstawowych umiejętności, jak odnalezienie adresu. Być może problem leży głębiej, więc zaczęliśmy akceptować sytuację, w której zwykła, prosta usługa staje się małą wyprawą logistyczną. A przecież mówimy tylko o kaczce z kluseczkami, która nie powinna być przygodą życia, bo zwykłym obiadem dostarczonym do naszego domu.

Bogdan Feręc

Photo by Manek Singh on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version